Ciężarówką przez świat

Dawid Andres tym razem zabiera nas i swoją ciężarówkę do Wietnamu

Dawid Andres tym razem zabiera nas i swoją ciężarówkę do Wietnamu (materiały prasowe / Discovery Channel)

Nasz krajan Dawid Andres to uosobienie powiedzenia "chcieć to móc". Chciał zwiedzać świat, więc go zwiedza. Zaczynał na statku, a teraz robi to na Discovery Channel za kierownicą ciężarówki.

Przeszkadza ci, że często nie ma cię w domu?

Zupełnie nie. Nauczyłem się tego. To jest trochę dziwne, ale nie potrafię już być w nim za długo. Jak wychodzę z domu, to nie ma mnie najczęściej kilka tygodni. Rekordem były cztery miesiące w pracy i ponad sześć na Amazonce.

Jak na to reaguje rodzina?

Moja żona zdążyła się do tego przyzwyczaić. Wie, że nie wychodzę z domu dla przyjemności, tylko jak mnie nie ma, to zarabiam pieniądze, z których utrzymuję rodzinę. Amazonkę „zrobiłem” dla przyjemności – to fakt. Od lat marzyłem o tym, żeby ją przemierzyć, ale nie wiedziałem jak. Postawiłem w końcu na rower.

To nie był taki zwykły rower.

Tak, bo po lądzie mogłem poruszać się nim na kołach, a jak kończyła się droga, to przerabialiśmy z bratem nasze rowery na amfibie. Mieliśmy specjalne ramy i pontony. Wystarczyło ściągnąć koła, założyć ramę, opuścić śrubę i można było wodować.

Ile trwała taka transformacja roweru?

Dosyć długo, bo ze dwie godziny. Zajmował się tym mój brat, który jest prawdziwą złotą rączką i ma smykałkę do mechaniki.

I to wam zajęło pół roku?

Dokładnie sześć miesięcy i trzy dni. Zrobiliśmy ponad 8 tys. km!

Ładny wynik. To przygoda twojego życia?

Amazonki nic nie pobiło i chyba już nic nie pobije. Choć przygód miałem bardzo dużo, to tak naprawdę nawet nie wiem, ile państw zwiedziłem, bo pracowałem wcześniej na statkach i pływałem po całym świecie. Gdy wróciłem po 10 latach do domu rodzinnego i zobaczyłem, skąd przysyłałem rodzicom pocztówki, to byłem w szoku.

Dawid AndresDawid Andres materiały prasowe / Discovery Channel

Wiedziałeś w dzieciństwie, że będziesz tak dużo podróżować?

Jak byłem dzieciakiem, to w naszej parafii przebywał ksiądz, który wyjechał na misję na Madagaskar. I wysyłał stamtąd zdjęcia. To miało duży wpływ na to, że zapragnąłem zwiedzać świat. Zwyczajnie mu zazdrościłem tego Madagaskaru. Wtedy to było niezwykle egzotyczne, bo wychowywałem się jeszcze w czasach, kiedy na wakacje wyjeżdżało się jedynie do NRD, Rumunii czy Bułgarii.

Który z podróżników jest twoim idolem?

Jesteśmy z bratem jednymi z dwunastu ludzi, którzy pokonali Amazonkę o własnych siłach, a pierwszą osobą, która to zrobiła, też jest Polak – Piotr Chmieliński. To mój mentor. Kiedyś przeczytałem książkę „Z nurtem Amazonki” o jego wyprawie kajakiem i bardzo chciałem go poznać. Dzisiaj jesteśmy świetnymi kumplami. Piotr promował nas, i to dzięki jego artykułom dowiedział się o nas świat. Opisał też nasze przeżycia w „Rowerem po Amazonce”, a wspomniane artykuły zawarł w zbiorze „Wyprawy i podróże. Reportaże Piotra Chmielińskiego”. Spodobała mu się w nas spontaniczność i to, że nie pedałowaliśmy przez Amazonkę dla sławy ani pieniędzy.

Do ciężarówki przesiadłeś się prosto z łajby?

Na drugim roku studiów postanowiłem, że będę podróżować, ile się da. Zawsze chciałem to robić, ale nie miałem kasy. Jeździłem z kumplami po Europie, jednak to mi nie wystarczało, bo ciągnęło mnie dalej. Stwierdziłem, że mogę pracować i podróżować jednocześnie. Zaciągnąłem się do roboty na statku pasażerskim i dzięki temu zwiedzałem świat, a nie musiałem wydawać forsy. W Stanach Zjednoczonych zszedłem na ląd i… tam już zostałem, bo to była moja wymarzona destynacja. Chciałem przeżyć przygodę i utrzymać się, więc poszedłem na ciężarówki. Znowu ten sam schemat, czyli robota i zwiedzanie.

Dawid Andres na łódce w Wietnamie.Dawid Andres na łódce w Wietnamie. materiały prasowe / Discovery Channel

Lubisz to zajęcie?

Ciężko powiedzieć. Jak pracuję non stop przez miesiąc albo dwa, to pod koniec nienawidzę już tej ciężarówki. Ale przyjeżdżam do domu i po paru tygodniach zaczynam za nią tęsknić. I wracam do niej. Zwłaszcza jak kończy się szmal. Nie marzyłem o tym, żeby być majtkiem na statku, tak samo jak nie marzyłem o tym, żeby prowadzić tira. Chciałem zwiedzać świat, a to mi dawało taką możliwość.

Jak wygląda wyposażenie ciężarówki? Ty w zasadzie w niej mieszkasz.

Nie wychodzę z niej, nawet jak kręcimy program z chłopakami, choć mógłbym spać w hotelu. Jest tak duża, że robię w niej pompki na podłodze, a na łóżku wyśpią się dwie osoby. Mam też dość dużą lodówkę (z zamrażarką!) i mikrofalówkę. Teraz normą są nawet wieszaki na ogromne telewizory LED-owe.

Stresujesz się przed przejazdami?

Mam „stresa” zwłaszcza zimą. Nie cierpię wtedy jeździć, więc robię sobie wakacje. Na trasie czuję się pewnie, ale jak mam wjechać do jakiegoś miasta, to trzy dni wcześniej się tym stresuję. Nowy Jork nawet po tylu latach jest dla mnie wyzwaniem. To wielkie miasto pełne zakazów i nieoznaczonych ulic. Te zakazy trzeba po prostu znać. I te wąskie wjazdy w ciemnych miejscach, gdzie masz tylko po 2 cm zapasu po każdej ze stron.

Opracowujesz sobie wcześniej trasę?

Nie, już tak nie sprawdzam. Kiedyś patrzyłem na mapę, ale chyba tylko po to, żeby się przestraszyć, że wjeżdżam do samego centrum. Teraz mogę sobie w Google’u przybliżyć to miejsce i zobaczyć, jak mniej więcej wygląda.

Jakie zdolności są najbardziej potrzebne za kierownicą tira?

Przede wszystkim trzeba umieć walczyć z nudą. Nie wiem, jak to robię, ale po prostu się hipnotyzuję i nie zasypiam. Niektórzy mnie straszyli, mówiąc, że zasypiali z otwartymi oczami. Po prostu ciemno im się nagle robiło. Trzeba się też nauczyć rozłąki z rodziną. W Europie może jest inaczej, bo to jest tydzień lub dwa. W Stanach to są dużo dłuższe i dalsze wyjazdy.

A co jest najtrudniejsze w twojej pracy?

Ogromna odpowiedzialność. Odpowiadasz na drodze za bezmyślność innych ludzi, którzy wjeżdżają ci pod koła, bo nie zdają sobie sprawy, że droga hamowania takiej ciężarówki jest dziesięć razy dłuższa niż osobówki. Ciągle się boję, że kogoś pieprznę i zabiję, jak mi wyjdzie przed tira.

Rozbiłeś kiedyś wóz?

O, stary! Miałem osiem wypadków, licząc z tym niedawnym w Kalifornii.

Poważnie?!

Słowo. Osiem wypadków.

Wszystkie w ciężarówce?

Tylko jeden. Tira, w którego przydzwoniłem, nie powinno być na tej autostradzie. Facet miał przebitą oponę, więc jechał tylko 15 mil/h. Trochę poboczem, a trochę pasem autostrady. Minimalna prędkość tam to 40 albo 45 mil/h. Nie zdążyłem wyhamować. Silnik mi wypadł, a ja zobaczyłem śmierć przed oczami, jak otworzyła mi się poduszka powietrzna.

Od czego zaczynałeś swoją przygodę z motoryzacją? Przecież nie od ciężarówek.

Jeśli pytasz o motoryzację, to muszę ci powiedzieć, że nie lubię samochodów. Przez
20 lat pobytu w USA miałem tylko jeden wóz, i to na samym początku – kupiłem go, żeby dojeżdżać do pracy. To była stara, rozwalająca się „maździnka”.

To co robisz w TVN Turbo w takim razie?!

Dlatego teraz jestem na Discovery Channel, a nie na Turbo (śmiech).

Zmieniliście też kraj. Były Stany, jest Wietnam. Ile czasu tam spędziłeś?

Miesiąc. Pierwszy raz byłem w Wietnamie i przez to ten program ma trochę inną formułę. Wcześniej przekazywałem swoją wiedzę, a teraz widzowie poznają wszystko od podszewki razem ze mną.

Czego nauczyłeś się w Wietnamie?

Cierpliwości. Jeździłem tam z prędkością 40-45 km/h. Miejscowi nagminnie wymuszają pierwszeństwo, więc na początku wściekle kląłem. Potem nauczyłem się, że też mogę wymuszać, bo żaden kierowca nie ma z tym problemu, tylko kulturalnie ustępuje. Mogłoby się wydawać, że jest tam niezwykły chaos, ale oni mają w tym chaosie nieprawdopodobny porządek.

O ruchu w Wietnamie krążą legendy.

Najgorsze są skutery, bo pojawia ci się nagle ich sto i atakują cię ze wszystkich stron. A ja przedzieram się przez tę rzekę wielką ciężarówką! Miałem wrażenie, że te skutery wyjeżdżają mi spod kół. Każdy w innym kierunku – nawet pod prąd. Inny przykład – krowa idzie sobie autostradą. No i co zrobisz?

Ciężarówka Dawida na ulicach Wietnamu.Ciężarówka Dawida na ulicach Wietnamu. materiały prasowe / Discovery Channel

Nie korciło cię, żeby wsiąść na jeden z nich?

Zrobiłem to! Jeździłem pierwszy raz na skuterze nie tylko w Wietnamie, ale i w życiu.

I jak to wspominasz?

W jednym skuterze miałem automat, więc to nie była duża filozofia. Ale w drugim musiałem wrzucać biegi i miałem problem, bo nie mogłem znaleźć luzu, jak chciałem stanąć, więc skuter mi wierzgał i uciekał. Później tak się w to wszystko „wkleiłem”, że czułem się jak pan dróg. Urodzony Wietnamczyk!

Jakie miejsce na trasie podobało ci się najbardziej?

Południe, delta Mekongu. Ta rzeka jest po prostu piękna. Wietnam mnie zszokował, bo myślałem, że ludzie jeżdżą tam tylko na wołach po polach ryżowych, a zobaczyłem kompletnie co innego. Piękne, nowoczesne miasta ze światłami, neonami, wielkimi, drogimi hotelami i śliczne plaże. Szukając tego „prawdziwego” Wietnamu, trafiłem na Mekong. Coś pięknego.

A strefa zdemilitaryzowana? Byłeś w niej?

Nie lubię rozgrzebywać starych ran. Pojechałem, zobaczyłem, ale nie przeżyłem tego bardzo. Ludzie już do tego nie wracają. Pytałem ich, jak to jest między nimi a Amerykanami, i wszyscy mówili to samo: „Stary, było, minęło. Nie wracamy do tego”. Nam też by się przydało coś takiego.

Dawida zachwyciła rzeka Mekong. Tak dla niego wygląda 'prawdziwy' Wietnam.Dawida zachwyciła rzeka Mekong. Tak dla niego wygląda 'prawdziwy' Wietnam. materiały prasowe / Discovery Channel

Jacy są „lokalsi” w Wietnamie? I jak reagują na obcokrajowców?

Są świetni. Tak życzliwi, że nie mogłem w to uwierzyć. Gdziekolwiek podjechałem, miejscowi kierowcy wołali mnie do siebie. Zapraszali do swojego stołu i oferowali jakąś wódkę i bimber z opium czy co tam mieli. Nie piłem, bo to nie były długie przystanki, ale sam fakt, że mnie częstowali, był niezwykle miły.

Słyszałem, że zatrzymała cię policja.

W krajach Trzeciego Świata mało kto zwraca uwagę na coś takiego jak czerwone światło czy zakaz. W Stanach dozwolony jest skręt w prawo na czerwonym świetle. Byłem przekonany, że tak samo jest w Wietnamie, jednak za każdym razem, gdy tak skręciłem, od razu spotykała mnie kontrola. Policjant oczywiście na skuterku. Najczęściej kończyło się mandatem, choć często mnie też puszczali, bo byli w szoku, że Europejczyk jeździ u nich ciężarówką. Ale raz złamanie zakazu skrętu kosztowało mnie milion dongów, czyli w przeliczeniu jakieś 160 zł. Niemało jak na Wietnam.

Gdzie jeździło ci się lepiej – po Stanach czy Wietnamie?

Odpowiedź jest prosta, bo nie wiem, czy istnieje inne miejsce na świecie, gdzie jeździłoby się tak wygodnie jak po Stanach. Może Australia… W Stanach są szerokie drogi, wszystko jest przystosowane do ciężarówek. W Wietnamie na trasach dla ciężarówek nie miałem żadnego problemu z parkingami i to akurat mnie trochę zaskoczyło.

Dawid spędził w Wietnamie miesiąc.Dawid spędził w Wietnamie miesiąc. materiały prasowe / Discovery Channel

To co, następna edycja „Ciężarówką przez…” będzie w Australii?

Mam nadzieję, że kiedyś się to uda. Myślałem o tym już dawno temu, bo mam podwójne obywatelstwo – polskie i amerykańskie – a jako obywatel USA bez problemu dostanę wizę pracowniczą. W Australii też jest ogromne zapotrzebowanie na kierowców, więc myślę, że dość łatwo znajdę zatrudnienie.

Gdzie jeszcze chciałbyś tak pracować?

Kraj nie ma znaczenia. Ale żeby był dreszczyk emocji, to w Pakistanie. Chciałbym też przejechać ciężarówką Transamazonikę, czyli drogę, która prowadzi przez lasy tropikalne od Pacyfiku aż do Atlantyku. Czad.

Potrafiłbyś odnaleźć się w innym zawodzie?

Pewnie! Jestem elastyczny. Wykonywałem wiele zawodów w swoim życiu. Pracowałem jako kelner, później kucharz, byłem pomocnikiem murarza, miałem swoją firmę, ocieplałem domy, instalowałem telewizję interaktywną. Ciężarówką jeżdżę też dlatego, że w Stanach zarabia się na tym dobre, naprawdę dobre, pieniądze.

Zobacz także
  • Monopoly for Millennials Cotygodniowy przegląd gadżetów
  • Piotr Granicki przy pracy Jest taki zawód: projektant słuchawek
  • 26 rzeczy, które będą podstawą twojej garderoby 26 rzeczy, które będą podstawą twojej garderoby

Polecamy