Detoks od smartfona, czyli farmerskie życie w Południowym Tyrolu

Góry, jeziora, krowy, sery i dużo intensywnie zielonej trawy. Było też wino i zaskakująco wysokie temperatury. Zorganizowałem sobie smartfonowy detoks u górskiego farmera.

Może i nie wydaje się to wielkim wyczynem. – Cztery pełne dni bez internetu? Żadna filozofia – mówili koledzy. Może tak, ale odkąd w „Logo” mamy pracę zdalną, odnoszę wrażenie, że w pracy jestem cały czas. Messenger stał się podstawą mojej komunikacji ze światem – zdarzy mi się w ciągu jednego dnia wymienić kilka zdań z nawet 50 osobami. Telefon nieustannie brzęczy i zabiega o atencję. Powiadomienia przychodzą z kilku źródeł: z programu do zarządzania pracą nad magazynem, z Outlooka schodzą maile – prywatne (mimo filtrów wciąż duża część to spam), służbowe (ich liczba stopniała po wprowadzeniu RODO, ale nadal zdarza się i ponad ćwierć tysiąca wiadomości dziennie), z Facebooka i innych aplikacji, choć regularnie korzystam z nie więcej niż pięciu. Ta nieustanna burza powiadomień i informacji sprawia, że sam łapię się na tym, jak odruchowo, z nudów, sprawdzam wiadomości, scrolluję niekończące się portale społecznościowe, odświeżam aplikacje, a nuż ktoś coś „ważnego” napisał. Na szczęście niewiele wrzucam na „instagramy”, więc nie mam psychozy lajkingu. Mimo to tak, przyznaję, jestem uzależniony jak połowa ludzkości od smartfona. Zainstalowałem aplikację zliczającą liczbę odblokowań ekranu. I się przeraziłem. Gdy przekroczyła setkę dziennie, uznałem, że czas się odrobinę wylogować. Pierwszy krok: rzuć telefon w kąt podczas wyjazdu. Ale wyjazdu nie do kolejnego miasta, tylko gdzieś, gdzie żyje się spokojniej.

W Prackfolerhofie
robią bardzo udane
sauvignon i vernatsch
(typowe dla regionu), a że
było gorąco, kosztowaliśmy
co wieczór głównie tego
pierwszego białego, zmrożonego
tak, by powstało
culaccino - to włoskie
określenie kółka na stole
zostawionego po kieliszku
zimnego wina w upalne dni.W Prackfolerhofie robią bardzo udane sauvignon i vernatsch (typowe dla regionu), a że było gorąco, kosztowaliśmy co wieczór głównie tego pierwszego białego, zmrożonego tak, by powstało culaccino - to włoskie określenie kółka na stole zostawionego po kieliszku zimnego wina w upalne dni. Marcin Kasprzak

– A może pojedziemy na farmę? – zaproponowałem żonie. Pomysł jej się spodobał,
tylko zapytała, jak ta farma wygląda. Uspokoiłem, że Roter Hahn – organizacja zrzeszająca farmerów w Południowym Tyrolu – pilnuje jakości. Wśród wytycznych (których mają całą listę) jest chociażby drewniana podłoga, bo wtedy przytulniej. I przynajmniej osiem składników śniadania powinno pochodzić z ich własnych źródeł – stąd robione na miejscu masła, sery, marmolady czy soki z jabłek z domowego sadu. Maksymalnie pokojów może być osiem, żeby nie było zbyt tłoczno i żeby tamtejsi hotelarze się nie obrazili.

U farmerki

Lot do Bergamo, samochód, po trzech godzinach kwaterujemy się w Prackfolerhofie u pani Petry. W Polsce „farmer” kojarzy się z brzuchatym typem w kufajce i gumofilcach, który mówi gwarą i jara szlugi bez filtra. A tam? Jak w katalogu – kraciaste koszule, modne fryzury, czyste samochody, na regale mądre gazety. Angielski Petry był lepszy niż mój. To nowoczesna farmerka, która miód z własnej pasieki podaje na ceramicznej płytce, jak w dobrych knajpach.

W Roter Hahn do wyboru jest kilkaset noclegów – od prostych pośrodku łąki po luksusowe wille z basenami i saunami – wielu gości przybywa tu zimą, i to wcale nie po to, by jeździć na nartach. Nam nie zależało na hotelowych luksusach, nie po to człowiek jedzie do Południowego Tyrolu. Chcieliśmy, by farma miała swoją winnicę, bo widok winorośli odpręża chyba jeszcze bardziej niż widok palm. Drugie, na czym nam zależało, to piękny balkon z widokiem na góry. Podsumowując: chcieliśmy pić wino na balkonie. A przy okazji, po powrocie ze szlaków, czytać książki i oddychać świeżym górskim powietrzem. I dużo spać. Czyli robić to, na co nie mamy czasu w Warszawie. Taki był nasz pomysł na ten wyjazd. I najważniejsze: nie korzystać ze smartfona.

To proste – wyłączyć transmisję danych. Nie dotykać telefonu przez cztery dni. Mamy trochę zajęć ciekawszych od smartfona. Jeździmy sobie fiatem 500 po alpejskich wioskach, trochę bez celu (a chodź, pojedziemy teraz w lewo), trochę z celem (włączona czasem nawigacja – sorry, ja z papierowej mapy już nie umiem korzystać). Najpiękniejsza trasa prowadzi przez winnice – okolice Traminu to kolebka słynnego gewu?rztraminera, modnego ostatnio wina w hipsterskich barach. Bo w smaku lekkie, mineralne, charakterne. A gdzie wino, tam i grappa. Dojeżdżamy do prywatnej destylarni Plonhof, jakich wiele w regionie. Przed dekadą włodarze Południowego Tyrolu dorzucali nawet połowę do zakupu aparatury do destylacji (a nie są to tanie rzeczy). Były obostrzenia – trzeba destylować własne owoce i nie mogą to być wyłącznie jabłka.

Ser prosto
od farmera?
Znaleźć
takie miejsce
w Południowym
Tyrolu to żadna
filozofia.Ser prosto od farmera? Znaleźć takie miejsce w Południowym Tyrolu to żadna filozofia. Marcin Kasprzak

Małżeństwo Weisów traktuje robienie grappy bardziej jak hobby niż biznes. Ich trunek jest w smaku bardzo owocowy, zapach dobrego dżemu. Nasz faworyt: wariant gruszkowy, słynny Williams, hit na apres-ski, wspomnienie wyjazdów na narty. Z destylarni do miejscowości Tramin jedzie się piękną Weinstrasse (broń Boże po grappie!) – to kręta droga między winnicami. Można wjechać samochodem między krzaki, by poczuć klimat. Na koniec? Kolacja w typowej rodzinnej restauracyjce serwującej kuchnię z lokalnych produktów. Trafiliśmy do Luggin Steffelehof.

Siadamy, czekamy na menu. Odruchowo sięgam po telefon, ale uświadamiam sobie, że przecież odłączyłem transmisję danych. Jestem na detoksie. Biorę głęboki wdech i zamiast gapić się w ekran, wypatruję kelnera. Pozycji w menu mają tylko kilka – głównie knedle i pierogi z różnymi nadzieniami. Obsługuje nas syn właścicieli. Flagowe danie? Schlutzkrapfen – rodzaj ravioli. Z burakiem, szpinakiem, ale też ze szpekiem – to rodzaj tamtejszej wędzonej wędliny. Z przystawek – wystarczy zamówić deskę serów, z ich flagowcem na czele, czyli Graukase. Intensywny w zapachu, ma tylu fanów, co przeciwników. Spróbować trzeba.

Sery to ważny element tamtejszej tożsamości. Do farmy Kreuzwiesenal specjalizującej się w przydomowej produkcji idziemy następnego dnia 50 minut pod górę, choć upał niemiłosierny. Można tam spać, ale trudno o wolny termin – to jedna z popularniejszych farmerskich chat w regionie. Sery robią codziennie. Mają swoje krowy, swoje know-how. Masło też robią własne. Na aperitif serwują szklankę maślanki. Mają w menu knedle i inne smakołyki, ale tu się je sery – miękkie, kremowe, bardzo mleczne, rozpływające się w ustach. Albo twarde, parmezanowate. Jest i Graukase, który zaleca się umorusać chutneyem z gruszek, by przełamać jego intensywny, gorzkawy smak. Rewelacja, szczególnie jeśli popijemy winem, którego nazwa niewiele nam mówi (a nie dogoogluję – pilnuję telefonowego detoksu), lecz smak już potrafimy sami opisać: wiedzą, co robią.

Po posiłku najlepiej wziąć leżak i się zdrzemnąć. Alpejskie powietrze i zapach siana sprzyjają odpoczynkowi. Nie denerwują nawet dzwonki zawieszone krowom na szyi. Gdzie mój smartfon? No właśnie – zapomniałem o nim całkowicie. Co mnie obchodzi Facebook, jak przed sobą mam widok na góry?

Szklanka mleka zamiast

Najtrudniejsze są poranki. Zwykle po przebudzeniu sprawdzam wiadomości. W Południowym Tyrolu po przebudzeniu wypijam szklankę mleka na słonecznym tarasie z widokiem na góry. Ale – i to niepokojące – choć telefon jest konsekwentnie odcięty od internetu, muszę go mieć przy sobie. To głupie. Choć jest martwy jak kamień, to musi leżeć w zasięgu mojego wzroku. A konkurencję ma silną – przed sobą mam imponującą panoramę Dolomitów, zielone pastwiska, idealnie błękitne niebo (no i moją żonę – wiadomo).

Odpalam nawigację, by dojechać do Alpe di Siusi, z niemiecka – Seiseralm. To popularna zimowa miejscówka dla narciarzy. Po włączeniu transmisji na telefonie pojawia się kilkadziesiąt wiadomości. Sam na siebie jestem zły, gdy patrzę, niby to przypadkiem, czy nie ma wśród nich czegoś ważnego. Okłamuję sam siebie, ale opamiętuję się w porę. Szybko wyłączam powiadomienia.

Dojeżdżamy do najpiękniejszej z południowotyrolskich dolin. Wjeżdżamy wyciągiem na sam szczyt. Skwar niesamowity – w samochodzie termometr pokazywał 45°C. – To anomalia pogodowa, powinno być 20 stopni mniej – tłumaczyła Petra, nasza farmerka. – Wino będzie przez to inne w smaku, wzrośnie rachunek za wodę, bo winnice trzeba zraszać.

Na szczycie Puflatsch ochłodzenie, „tylko” 34°C. Po dwóch godzinach trekkingu siadamy na ławce, bo za gorąco na długie spacery. Za to idealnie, by napić się wody mineralnej i kontemplować piękno Alp. Smartfon? Nadal niepotrzebny. Fotkę chciałoby się może gdzieś wysłać, ale po co? Do tego dojrzałem już dawno temu – kogo obchodzi, że siedzę teraz na ławce w Alpach, gdy inni siedzą w pracy? W myśl zasady: jak musisz ludziom mówić, że jesteś damą, to nie jesteś damą. Jak musisz mówić, że jesteś wpływowy, to nie jesteś wpływowy. I wreszcie – jak musisz komunikować, że masz ciekawe życie, to wcale go nie masz.

Jodłowanie

– Może wybierzcie się nad jezioro, skoro jest tak gorąco? – Petra namawia, by pojechać nad Braies. To turkusowe jeziorko otoczone górami. Można wypożyczyć łódkę, popływać na paddleboardzie albo po prostu wskoczyć do przejrzystej wody. To idealna odsłona Południowego Tyrolu w gorące dni. Jadąc tam, włączamy stację Edelweiss – to takie radio Pogoda, ale z ludowym akcentem. Jodłowanie idealnie pasuje do serpentyn między pastwiskami.

Jezioro Braies to taka
południowotyrolska odpowiedź
na Morskie Oko. Tylko można
w nim pływać (wpław lub łódką)
i nie można nad nie dojechać
dorożką (na szczęście!).Jezioro Braies to taka południowotyrolska odpowiedź na Morskie Oko. Tylko można w nim pływać (wpław lub łódką) i nie można nad nie dojechać dorożką (na szczęście!). Marcin Kasprzak

Nad jeziorem piknikują włoskie rodziny. Wykładają bagietki, sery, wino. Chińskie pary młode robią sobie sesje poślubne. Polki z namalowanymi brwiami (co to za dziwna moda?) trzaskają selfie za selfie. Nowocześni emeryci zrzucają buty trekkingowe, by schłodzić się w wodzie jeziora Braies. Jezioro ma w najgłębszym punkcie aż 36 m. Obchodzi się je w dobrą godzinę, chyba że ktoś ma ochotę zboczyć na szlaki wysokogórskie. To ciekawy widok – na dole ponad 30°C, a na szczytach resztki śniegu. Chce się odpoczywać. To lepsze niż zatłoczone plaże.

Ostatni wieczór. Organizujemy sobie kolację na własnym balkonie. Mamy sery kupione od gospodarza, wędzony speck, pomidorki, słoiczek świeżego pesto, twardy jak kamień chleb Schu?ttelbrot. Otwieramy butelkę wina i obserwujemy zachód słońca nad Dolomitami. Zapomniałem o telefonie – leżał w drugim pokoju.

O poranku dobiega końca mój detoks. Odpalam maila, scrolluję Facebooka, czytam wiadomości ze świata. Pełno memów z Ikeą (chyba była jakaś afera, o której za chwilę świat zapomni), trochę spamu, kilka maili z pilnymi sprawami, które same się rozwiązały, zanim dobiegł końca mój zaledwie czterodniowy urlop. Na Instagramie nadal ci sami co zawsze ludzie lansowali się w ten sam co zawsze sposób. Odpocząłem bardziej niż kiedykolwiek. A po głowie chodzi mi pomysł, by pojechać na urlop bez smartfona tym razem na dwa tygodnie.

Więcej o: