Wyprawa na Galapagos

Siedzieliśmy w restauracji luksusowego trimaranu, podziwiając okoliczne zatoczki i zajadając się grillowanymi owocami morza. - Co tam błyszczy w oddali? - zapytała nagle nasza przewodniczka. Jak na komendę poderwaliśmy się zza stołu, a kapitan poinformował, że mamy dwie minuty, by założyć pianki, maski, rurki i płetwy.

Nieduży ponton motorowy pędzi po wodach Oceanu Spokojnego. Przód łodzi z ogromną mocą rozbija kolejne fale. Muszę mocno się trzymać, aby w ułamku sekundy nie wypaść za burtę. W międzyczasie przepłukuję maskę do snorkelingu szamponem dla dzieci i wodą (zawsze można też napluć do maski, efekt podobny) – nie będzie zaparowana. Sprawdzam mocowanie kamerki gopro na nadgarstku. Wszystko musi być gotowe, bo będziemy mieć tylko jedną szansę, no, może maksymalnie dwie.

– Są, są tam po lewej – krzyczy młody Ekwadorczyk sterujący pontonem. Wychylam głowę i nie wierzę własnym oczom.

Jeszcze 10 minut temu siedzieliśmy w restauracji luksusowego trimaranu „Camila”. Podziwialiśmy piękne widoki zatoczek wysp Galapagos, zajadając się grillowanymi owocami morza przygotowanymi przez prywatnego kucharza.

– Co tam się tak błyszczy w oddali? – zapytała Jodie, nasza przewodniczka. Jak na komendę poderwaliśmy się zza stołu. W tym samym momencie usłyszeliśmy głos kapitana statku. Poinformował nas przez radio, że jeżeli chcemy przeżyć coś niesamowitego, to w ciągu dwóch minut mamy zameldować się na rufie trimaranu przebrani w pianki, z maskami, rurkami i płetwami.

Robi się spore zamieszanie, ale sprawnie przemieszczamy się na tył statku. Odnajduję łatwo mój sprzęt. Każdy worek ma numer kajuty, w której nocujesz. Zakładam piankę i pomagam nowo poznanym koleżankom. Gotowi wpatrujemy się jak zahipnotyzowani w morze. W oddali naszym oczom ukazuje się ogromna grupa delfinów. Jest ich grubo ponad 70. Może nawet i 100?!

– Jeszcze nigdy nie widziałam tak licznego stada, a pracuję jako przewodnik już dobrych kilkanaście lat – zachwyca się Jodie.

Wskakujemy w cztery osoby do pontonu i rozpoczynamy pościg. Wiszę na burcie i z zapartym tchem filmuję, jak raz za razem wynurzają się kolejne delfiny. Płyną bardzo szybko, z ogromną łatwością. Plan jest prosty. Musimy trochę je wyprzedzić i wyskoczyć mniej więcej w miejscu, gdzie będą przepływać. Wszystko się dzieje w mgnieniu oka. Adrenalina jest ogromna. Nigdy nie pływałem z dzikimi delfinami. Nie interesowały mnie też delfinaria. Uważam, że jest to znęcanie się nad tymi superinteligentnymi zwierzętami. Trafić na delfina w otwartym akwenie nie jest tak łatwo, a co dopiero z nim ponurkować. My mamy jednak ogromne szczęście. Tuż obok płynie nie jeden, nie kilka czy kilkanaście, a kilkadziesiąt delfinów! Nasz sternik pomimo młodego wieku ma duże doświadczenie. Każdy jego ruch jest przemyślany.

– Minuta do skoku – krzyczy.

Płyniemy coraz szybciej. Zakładam płetwy. Włączam nagrywanie. – 30 sekund. Zakładam maskę, przedmuchuję rurkę. Jestem gotowy.

– Skaczcie! Teraz!

Robię przewrót w tył i ląduję w wodzie. Bąbelki piany sprawiają, że lekko tracę orientację. Kieruję się jednak w stronę, skąd powinny nadpłynąć delfiny. Zanurzam głowę i słyszę ich odgłosy. Bardzo głośno. Muszą być blisko. Nagle naprzeciw widzę grupkę kilkunastu delfinów. Płyną w moim kierunku. Mogę przysiąc, że patrzą mi prosto w oczy. Podobno zapamiętują ludzi na całe życie. Nie boją się wcale. Podpływają na wyciągnięcie ręki. Serce wali mi z całej siły. Nurkuję pionowo, pomagając sobie płetwami. Delfiny krążą dookoła mnie i mam wrażenie, że się uśmiechają. Tak, mogę się założyć, że tak jest. Widać, że są szczęśliwe i radosne. Nie wiem, ile to trwa. Czas staje w miejscu. W końcu czuję, że brakuje mi tchu. Wypływam na powierzchnie. Jestem ostatni z grupy. Wciągają mnie na ponton. Ruszamy w dalszą pogoń. Spróbujemy jeszcze raz.

Dwie godziny samolotem z Ekwadoru

Słyszałem wiele historii o tym, jak można się potykać o zwierzaki wylegujące się na plażach Galapagos. O tym, że ptaki nie boją się człowieka, a lwy morskie śpią na chodnikach i w restauracjach. Trudno mi w to było uwierzyć. Sporo już jestem w podróży i zawsze dzikie zwierzęta na wolności były trudne do wytropienia, nie mówiąc już o podejściu na małą odległość. Rzeczywistość na Żółwich Wyspach (tak tłumaczy się nazwę Galapagos) przeszła moje najśmielsze oczekiwania.

Co więcej, miałem przyjemność być gościem na jednym z najnowszych i najbardziej luksusowych statków. Jak do tego doszło? Zwykle w długiej podróży uważam na koszty. Wydatek 3500 dol. za czterodniowy rejs lub 7200 dol. za ośmiodniowy nie wchodziłby w grę. Miałem jednak sporo szczęścia. W trakcie realizacji filmu promocyjnego dla pewnego hotelu w głębi amazońskiej dżungli (ale o tym może innym razem) okazało się, że jego właściciele posiadają również flotę katamaranów na Galapagos. Od słowa do słowa przy kolacji i kolejnych kieliszkach wina padła propozycja rejsu. Najłatwiej dolecieć tam z Quito, stolicy Ekwadoru, lub z Guayaquil – największego miasta, położonego na południu kraju, u ujścia rzeki Guayas.

Ja decyduję się na drugą opcję. Dojeżdżam samochodem do Guayaquil. Miasto o charakterystycznej kolonialnej zabudowie znane jest ze sporej przestępczości, więc muszę uważać. Lot na wyspę Baltra trwa dwie godziny i kosztuje 350 dol. Po przylocie od razu na lotnisku muszę zapłacić 100 dol. za wstęp do parku narodowego. Ceny są wysokie, ale władze tłumaczą, że w ten sposób ograniczają liczbę turystów. Ochrona tego niepowtarzalnego ekosystemu stanowi najwyższy priorytet. I doskonale to rozumiem. Na każdym kroku widzę tablice z zakazami używania plastikowych butelek czy toreb. Z lotniska muszę się przemieścić do portu na wyspie Santa Cruz i złapać tam wodną taksówkę na wyspę San Cristobal. To tam już jutro zacznie się mój superrejs. Do portu docieram w ostatniej chwili. O czwartej odpływa ostatnia łódka. Udaje mi się przebłagać załogę i wciskają mnie na jedyne wolne miejsce na przodzie łodzi. Już po chwili orientuję się, że to nie najlepsza miejscówka. Motorówka mknie z szybkością światła, a fale są ogromne. Raz za razem wylatuję z moim plecakiem w powietrze i z całym impetem uderzam o drewnianą ławkę. I tak przez dwie godziny. Teraz już wiem, o ile jest możliwość, trzeba siadać z tyłu – mniej siniaków na tyłku.

Luksusowy trimaran 'Camila'Luksusowy trimaran 'Camila' Jacek Śledziński

Następnego ranka budzę się obolały, ale pełen energii przed rozpoczęciem przygody. Zbieram rzeczy i ruszam do mariny, skąd w południe wypływamy. Na miejscu jestem wcześniej. Mam okazję popatrzeć na kilkanaście lwów morskich wylegujących się na plaży. Mogę do nich podejść, nie bliżej jednak niż dwa metry. Są urocze. Tuż obok na skałach wygrzewają się iguany. Między nimi paradują duże czerwone kraby. Zwierzęta nie mają w sobie żadnego strachu. To raj dla fotografów i filmowców. Chyba nigdzie indziej nie można tak łatwo podejść blisko do dziko żyjących zwierząt. A to przecież tylko miejska plaża przy samym porcie. Najlepsze ma dopiero nadejść. Wracam na pomost i od razu widzę mój środek transportu na najbliższe kilka dni. Biało niebieski trimaran „Camila” błyszczy w promieniach słońca. To jeden z najbardziej nowoczesnych statków na całym Galapagos, zbudowany w maju 2018 r. Ma 38 m długości i 13 m szerokości. Na pokład może zabrać 16 pasażerów. Jest już prawie południe. W porcie pojawia się busik turystyczny. Wysiada z niego siedem osób. To moi towarzysze. Cztery młode Francuzki spędzające tu swoje wymarzone wakacje, para z Seattle w USA i starsze ekwadorskie małżeństwo z Quito. Podpływa po nas ponton z „Camili”.

Kajuta jak kawalerka

– Hola, bienvenidos – wita wszystkich po hiszpańsku Jodie, nasza przewodniczka. – Zostawcie tu bagaże, zajmie się nimi obsługa. Wsiadajcie pojedynczo, koniecznie podajcie rękę marynarzowi, żeby nie wpaść do wody.

Podpływamy do rufy statku. Przód pontonu dotyka schodów. Marynarz umiejętnie dodaje gazu i utrzymuje łódź prawie nieruchomo. Kolejno wysiadamy. Wita nas kapitan. Kelner podaje zimne drinki. Od razu robimy sobie wycieczkę po statku. Na pierwszym poziomie znajdują się cztery kajuty, restauracja i całkiem spory salonik. Na drugim poziomie znajdujemy kolejne cztery kajuty, bar i mostek kapitański. Na samej górze króluje słoneczny taras z leżakami i ogromnym jacuzzi.

Dopłynęły bagaże i zostały zaniesione do naszych kabin. – Macie teraz godzinę do obiadu – informuje nas Jodie. – Później zrobimy krótką odprawę. A wieczorem czeka nas pierwsza wycieczka! Zobaczymy blue-footed booby, czyli głuptaka niebieskonogiego – niezwykle rzadkiego ptaka.

Dwóch kucharzy na pokładzie
potrafiło zadbać o nasze podniebienia.Dwóch kucharzy na pokładzie potrafiło zadbać o nasze podniebienia. Jacek Śledziński

Udaję się zadowolony do mojego lokum. Jest całkiem spore. Ma 32 m2. Prawie tyle co moja pierwsza wynajmowana kawalerka w Warszawie. Mam prywatną łazienkę z prysznicem, duże podwójne łóżko, przy którym na szafce stoi powitalne wino, czekoladki i kosz owoców. Z kabiny wychodzi się na mały balkonik. Biorę szybki prysznic i kieruję się do restauracji.

Na statku jest dwóch kucharzy. Wybór dań jest bardzo duży. Królują ryby i owoce morza. Jest też sporo mięsa, ale i weganie nie będą rozczarowani. Jeszcze przed rejsem zgłaszaliśmy nasze preferencje kulinarne, więc nikt nie powinien chodzić głodny. Jestem mięsożerny, ale kiedy tylko mam okazję, lubię skosztować pysznych owoców morza. Mój talerz ugina się więc od krewetek, kalmarów i ośmiornic. Do tego świeże warzywa i kieliszek idealnie schłodzonego białego wytrawnego wina. Siedząc wspólnie przy jednym stole, szybko się poznajemy.

Jeden z najsłynniejszych widoków na Galapagos z wulkanu na wyspie Bartolomé. Aktywność wulkaniczna na archipelagu jest nadal wielka.
Ostatnia erupcja była dwa lata temu.Jeden z najsłynniejszych widoków na Galapagos z wulkanu na wyspie Bartolomé. Aktywność wulkaniczna na archipelagu jest nadal wielka. Ostatnia erupcja była dwa lata temu. Jacek Śledziński

Dla dziewczyn z Francji to ostatni tydzień wakacji w Ameryce Południowej. Wcześniej zrobiły ekspresowe zwiedzanie Machu Picchu w Peru i największego solniska na świecie – Salar de Uyuni w Boliwii. Ryan i Meg skończyli właśnie studia prawnicze w USA i w ramach nagrody ufundowali sobie ten rejs.

– Jak tylko wrócimy do Seattle, będziemy mieli tyle pracy, że na najbliższe wakacje będziemy mogli sobie pozwolić dopiero za kilka lat – śmieje się Ryan.

Ekwadorskie małżeństwo słabo mówi po angielsku, więc pomagam w tłumaczeniu i sprawnej komunikacji. Ich historia jest bardzo ciekawa. Alberto jest emerytowanym lekarzem, a jego żona Lidia od zawsze zajmowała się domem i wychowywaniem dzieci. Wszystkie oszczędności inwestowali w zagraniczną edukację swoich dwóch synów. I to właśnie oni w ramach podziękowania wykupili rodzicom rejs po Galapagos, o którym ci zawsze marzyli.

Legwan morski - jedyna jaszczurka na świecie żywiąca się w morzu.Legwan morski - jedyna jaszczurka na świecie żywiąca się w morzu. Jacek Śledziński

Po obiedzie zbieramy się w saloniku. Jodie w krótkich słowach opowiada nam o statku, zasadach bezpieczeństwa, drogach ewakuacji, kamizelkach ratunkowych. Są to obowiązkowe procedury. Na koniec dowiadujemy się, jak będzie wyglądał ogólny plan rejsu i jakie zwierzaki będziemy mogli zobaczyć.

– To co, wszystko jasne? Jesteście gotowi na pierwszą wyprawę? – z uśmiechem pyta nas Jodie.

Zabieram aparat i jako ostatni wsiadam do pontonu. Płyniemy około 20 minut. Wyskakujemy na ląd. Już w porcie byłem zaskoczony liczbą lwów morskich. Ale teraz stoję wryty w piasek. Kilkadziesiąt ssaków wyleguje się na całej wysepce. Trzeba bardzo uważać, aby na któregoś nie nadepnąć. Zaczynam się zastanawiać, czy ten widok mi się kiedyś znudzi. Nie, nie znudzi się – od razu sobie odpowiadam.

Lwy morskie, nazywane też uchatkami galapagoskimi, są tak słodkie i pocieszne, że trudno od nich oderwać wzrok. Co ciekawe, po hiszpańsku zwą się lobo marino, czyli wilki morskie. Jodie siłą ciągnie nas jednak w głąb wyspy. Już po chwili rozumiemy dlaczego. Na skałach siedzą dwa głuptaki niebieskonogie. Skradamy się powoli, ale wydaje się to zupełnie niepotrzebne. Ptaki niczego się nie boją. Robimy setki zdjęć. Ważne tylko, aby nie używać lampy błyskowej. Po dwóch godzinach wracamy. Pierwszy dzień można uznać za udany.

Kamienie tak nie pływają

Ze snu wyrywa mnie rytmiczna piosenka „The Lazy Song” Bruno Marsa płynąca z głośników. Szybko podrywam się z łóżka. Kapitan przez radio życzy nam miłego dnia i zaprasza na śniadanie. Tym razem w bufecie królują owoce, naleśniki i czego tylko zapragniesz na pierwszy posiłek. Do tego aromatyczna, świeżo parzona kawa. Po śniadaniu czas na wycieczkę po plażach wyspy San Cristobal. Podczas trzygodzinnego spaceru ponownie natrafiamy na charakterystyczne niebieskonogie ptaki. Mamy też szczęście, bo udaje nam się trafić na głuptaka czerwononogiego. Jest to bardzo rzadki gatunek, a jego populacja szybko maleje.

Głuptak niebieskonogi - te niebieskie 'mokasyny' mają wabić płeć
piękną. Samice mają ciemniejsze nogi.Głuptak niebieskonogi - te niebieskie 'mokasyny' mają wabić płeć piękną. Samice mają ciemniejsze nogi. Jacek Śledziński

Po obiedzie mamy chwilę odpoczynku. Relaksujemy się na górnym tarasie. Po godzinie jesteśmy gotowi na snorkeling. Na tyle statku przymierzamy maski, płetwy i pianki. Woda nie jest najcieplejsza, ale podwodny świat sprawia, że nie chce się z niej wychodzić. Ponownie wsiadamy na ponton i płyniemy do urokliwej zatoczki. Wskakuję do wody. Jest przejrzysta – widać wszystko. Od razu moją uwagę przyciąga ławica żółto-niebieskich ryb. Tuż obok przepływa ogromna płaszczka. Ruszam za nią. Płetwy pomagają w utrzymaniu dobrego tempa. Z lewej strony dostrzegam Ryana, który mocno gestykulując, coś mi wskazuje. Na początku myślałem, że to kamień. Nic bardziej mylnego. Kamienie tak nie pływają. To żółw morski. Gigantyczny. Płyniemy razem z Ryanem obok niego. Ruchy gada są powolne i majestatyczne. Nie mogę w to uwierzyć. W ciągu godziny widziałem trzy gigantyczne żółwie, dwie wcale nie mniejsze płaszczki, setki, jeśli nie tysiące ryb. Nie mam nawet pojęcia, jakie to gatunki. Widziałem takie tylko w programach przyrodniczych National Geographic.

Ławica kolorowych ryb. W Rezerwacie Morskim Galápagos żyje
2,9 tys. gatunków morskich, z czego 25% to gatunki endemiczne.
Jedna trzecia wód wokół archipelagu chroniona jest przed rybołówstwem.Ławica kolorowych ryb. W Rezerwacie Morskim Galápagos żyje 2,9 tys. gatunków morskich, z czego 25% to gatunki endemiczne. Jedna trzecia wód wokół archipelagu chroniona jest przed rybołówstwem. Jacek Śledziński

Kolejny dzień spędzamy na wyspie Española. Nasz statek jest tak cichy, że długie dystanse pokonuje w nocy, nie budząc pasażerów. Po śniadaniu ruszamy na kolejny spacer. Tym razem obserwujemy śnieżnobiałe albatrosy. Na plaży i ścieżkach wygrzewają się zielono-czerwone iguany. Oczywiście nie brakuje lwów morskich, krabów, a nawet flamingów. Karta pamięci w aparacie zapełnia się błyskawicznie.

Wracamy. Dziś na obiad mamy zaplanowane grillowane owoce morza. Siedzimy w restauracji. Nagle Jodie przerywa swoją wypowiedź w pół zdania: – Co tam się tak błyszczy w oddali?

Znacie już dalszą część tej historii. Pływanie i nurkowanie z kilkudziesięcioma delfinami to chyba najwspanialsze przeżycie w podróży do tej pory. Po powrocie rozsiadamy się na leżakach, popijając przygotowane przez barmana drinki. Dziewczyny relaksują się w jacuzzi. Podziwiamy barwny zachód słońca. Bajka.

Pocałunek uchatki

Lwy morskie na plażach Galapagos.
Tutaj mieszka ich około 40 tys., a u wybrzeży Kalifornii jeszcze 50 tys.Lwy morskie na plażach Galapagos. Tutaj mieszka ich około 40 tys., a u wybrzeży Kalifornii jeszcze 50 tys. Jacek Śledziński

Ostatni dzień rejsu też obfituje w przygody. Zaczynamy od wycieczki kajakami. Wiosłując, muszę uważać, aby nie uderzyć przepływających obok lwów morskich. Podziwiamy okoliczne zatoczki. Cumujemy na jednej z plaż. Tu czekają już na nas pianki i sprzęt do snorkelingu. Nie tracę ani sekundy i po przebraniu się wskakuję do wody. Od razu podpływają dwie uchatki. Kręcą kółka dookoła mnie. Puszczają bańki powietrza. W pewnym momencie na sekundę jedna z nich przystawia swój nos na kilka milimetrów do mojego. Patrzę zaskoczony w jej oczy. Po chwili odpływa i znika za załomem skalnym. To nie jest tak, że mam jakieś szczęście. Każdy z naszej ośmioosobowej grupy ma towarzystwo dwóch-trzech uchatek. Widać, że one to lubią i w ogóle się nie boją. Bawią się z nami.

Słynny żółw słoniowy - symbol Galapagos.Słynny żółw słoniowy - symbol Galapagos. Jacek Śledziński

Rejs był cudowny. Tym bardziej że w normalnych warunkach nie zdecydowałbym się na taki wydatek. Są oczywiście tańsze opcje wypraw. Można też nocować na wyspach i korzystać z bogatej oferty wycieczek jednodniowych. Właśnie na koniec mojego pobytu na jednej z takich wycieczek motorówką udało mi się zobaczyć orki. A podczas snorkelingu spotkałem rekina, i to dwa razy! Pomimo zapewnień przewodnika, że rekin nie zaatakuje, respekt pozostał. Filmy zrobiły swoje i musiałem przezwyciężyć strach, aby zanurkować i znaleźć się na wyciągnięcie ręki od rekina. Trwało to tylko kilka sekund, bo chyba nie podzielił mojego zainteresowania i błyskawicznie odpłynął. Wspomnienia zostały.

Więcej o: