Motocyklem przez pustynię Gobi

Dokąd warto pojechać? Jaki kraj był najciekawszy w twojej podróży? W które miejsce chciałbyś wrócić jeszcze raz? Na te pytania mam zawsze jedną odpowiedź - Mongolia.

Co ciekawe, Mongolia nie była nawet na naszej wstępnej liście krajów do odwiedzenia. Decyzja o wyjeździe zapadła spontanicznie, kiedy byliśmy w Chinach. Bez dłuższego zastanowienia wyrobiliśmy wizy i już tydzień później siedzieliśmy w pociągu zmierzającym powoli do Ułan Bator. Lubimy naturę i piękne krajobrazy niezadeptane przez masową turystykę. Cieszyliśmy się więc, że jedziemy do kraju o najmniejszej gęstości zaludnienia na świecie.

Po dotarciu do stolicy szybko zdaliśmy sobie sprawę, że to nie jest miejsce dla nas. Mongolia ma ponad 3 miliony mieszkańców, z czego jedna trzecia mieszka w Ułan Bator. Duże korki, spaliny i szara, nudna architektura działają bardzo depresyjnie. Na nic zdają się wprowadzane przez rząd specjalne programy i rabaty na zakup samochodów elektrycznych. Choć na ulicach widać zaskakująco dużo toyot prius, to i tak otoczone górami miasto dusi się od smogu.

Ułan Bator. Smog jak
w Krakowie, choć jeździ pełno
priusów, co widać poniżej.Ułan Bator. Smog jak w Krakowie, choć jeździ pełno priusów, co widać poniżej. Jacek Śledziński

Nasz pomysł na Mongolię jest prosty: pustynia Gobi i trekking górski na północy kraju. Szybko okazuje się, że wycieczki na pustynię są bardzo drogie, a podróż lokalną komunikacją praktycznie niemożliwa. Przynajmniej jeśli chce się poczuć wolność i dojechać w bardziej odległe miejsca. Z opcji dla nas pozostaje więc wynajem samochodu lub motocykla. Nasz wybór pada na crossową yamahę XT250. Koszt dość wysoki – 60 dol./dzień. To przy naszej ekonomicznej podróży budżet na dwa, trzy dni. Ale nie mamy wyjścia i szybko wyrzucamy z pamięci, ile ta zabawa będzie nas kosztować. Udało nam się zapakować na motocykl cały niezbędny sprzęt. Jeszcze tylko tankowanie i ruszamy ku przygodzie.

PRZECZYTAJ TEŻ: Zaślepieni sześciotysięcznikiem, czyli o ślepocie śnieżnej

Atak sfory

Główna droga wyjazdowa z miasta na południe jest w zaskakująco dobrym stanie. Równy asfalt i piękne krajobrazy wprawiają nas w dobry nastrój. Powoli oswajam się z nową maszyną i już po chwili czerpię pełnię radości z jazdy. Po jakichś trzech godzinach skręcamy w piaskową drogę i zaczynamy naszą przygodę.

Szybko orientuję się, że można zapomnieć o jakichkolwiek znakach drogowych. W naszych starych telefonach mamy oczywiście nawigację, ale wysłużone baterie sprawiają, że pomoc maps.me zostawiamy na sytuacje kryzysowe. Ustalamy, w którym kierunku chcemy jechać, i kontrolujemy naszą pozycję względem słońca.

Drogi na pustyni Gobi to raczej wąskie ścieżki, po których poruszają się lokalni mieszkańcy na swoich wysłużonych chińskich motocyklach. Jadąc taką piaszczystą dróżką, trzeba bardzo uważać, aby się nie przewrócić. Dodatkowo zawsze po kilku kilometrach ścieżka rozdziela się na dwie, a te na kolejne cztery. Na końcu większość z nich kończy się na jakiejś opuszczonej zagrodzie albo po prostu się urywa. I tak mamy szczęście, bo jest sucho. Kiedy pada deszcz, krajobraz momentalnie się zmienia, a wylewające rzeki i ogromne błoto powodują, że do wielu miejsc po prostu nie da się dojechać.

Jacek,
Hania
i wypożyczona
yamaha XT250.Jacek, Hania i wypożyczona yamaha XT250. Jacek Śledziński

Z zamyślenia wyrywa mnie głośne ujadanie. Rozglądam się nerwowo, patrzę w lusterko i nie mogę uwierzyć własnym oczom. To stado dzikich psów. Są ogromne i wyraźnie im się nie spodobaliśmy. Nie wiem, skąd się tu wzięły, ale są tuż za nami. Raz za razem w pełnym biegu próbują nas ugryźć. Od razu odkręcam manetkę gazu, ale głęboki piach skutecznie utrudnia ucieczkę. Psy, widząc nasze kłopoty, osaczają nas z dwóch stron. Sytuacja robi się nieciekawa, lecz nagle wjeżdżamy na twardszy odcinek ubitej ziemi. Koła od razu łapią przyczepność i w ułamku sekundy oddalamy się od ostrych kłów. Szczekanie powoli cichnie w oddali, a my możemy skoncentrować się na dalszej jeździe. Długo jednak się nie najechaliśmy. Motocykl w pewnym momencie zaczyna się dławić i przygasać. To była moja największa obawa – stan techniczny wysłużonego jednośladu. Szybko jednak orientuję się, że to nie awaria, tylko coraz mniejsza ilość paliwa w baku. Tankowania mieliśmy dobrze rozplanowane. Ostatnie było tuż przed zjazdem z asfaltu i w teorii miało wystarczyć na dojechanie do małej wioski, gdzie jest kolejna stacja. Inaczej jednak wszystko wygląda na mapach Google’a, które się sprawdza w hostelu, a inaczej w terenie. Kiedy w dodatku jedziesz na czuja i gonią cię wściekłe psy.

PRZECZYTAJ TEŻ: Chinlone - w co się gra w Birmie?

Amator kiełbasy

Tak, teraz wiem. Powinniśmy mieć zapas paliwa ze sobą, ale nie mamy. Przekręcam więc przełącznik rezerwy i ruszamy dalej. Teraz już nie ma miejsca na błądzenie. Koncentracja wraca i uważnie jedziemy w kierunku, gdzie powinna być wioska. Dojeżdżamy do kolejnego już rozjazdu. Tym razem cztery ścieżki przed nami – każda w inną stronę. Mamy swój typ, ale zza wzniesienia wyjeżdża stary samochód. Łamanym rosyjskim pytamy o stację. Z pełnym przekonaniem pokazują nam drogę i uspokajają, że za 50 km znajdziemy nasz cel. Ruszamy, choć nie mam pewności, że dojedziemy tam na rezerwie.

Przejeżdżamy 20 km i nasza ścieżka ponownie znika. Coś jest nie tak. Staramy się odpalić nawigację, ale oczywiście telefon ma 1% baterii i pada, zanim zdążymy sprawdzić trasę.

Wiem jedno. To nie jest droga do wioski. Na horyzoncie spostrzegamy charakterystyczną białą jurtę. Nie mamy wyjścia – musimy spytać o drogę, a także o paliwo. Z daleka słyszymy znajome ujadanie psów. Machamy i trąbimy z oddali, bo średnio nam się uśmiecha z nimi walczyć. Gospodarz, słysząc nas, przywołuje psy. Możemy podjechać. Na nasze pytanie o wioskę kręci z uśmiechem głową. To przecież w zupełnie w innym kierunku! Musicie zawrócić i za jakieś 70 km dojedziecie. Niestety, to dość częsta praktyka lokalnych mieszkańców: kiedy pytasz ich o drogę, chcą koniecznie odpowiedzieć, nawet jeśli nie mają zielonego pojęcia, gdzie co jest. W sumie teraz też nie mam pewności, ale nasz nowy kolega wygląda na pewnego siebie. Paliwa jednak nie ma, a to teraz produkt najwyższej potrzeby. Pokazuje nam za to kolejny azymut. Tam, za następne 5 km powinny być dwie jurty.

– Oni mają samochód, to pewnie i paliwo – woła na pożegnanie. Tym razem kierunek okazał się dobry. Są jurty. Jest samochód. Są oczywiście wściekłe psy. Powoli się jednak do nich przyzwyczajamy. Na nasz widok wybiega cała rodzina. Szybko objaśniamy sytuację. Mamy szczęście (jak zawsze). Sprzedają nam 5 l benzyny. Przepłacamy, ale cieszymy się jak dzieci. Potwierdzają wskazówki sąsiada. Mamy niecałe 70 km do stacji.

Nieoficjalny mecz Mongolia - Polska w kosza. Spotkanie w stepie
szerokim było towarzyskie, więc wynik nie poszedł w świat.Nieoficjalny mecz Mongolia - Polska w kosza. Spotkanie w stepie szerokim było towarzyskie, więc wynik nie poszedł w świat. Jacek Śledziński

Z pełnym bakiem jesteśmy spokojni. Słońce powoli zachodzi. Zatrzymujemy się więc na lekkim wzniesieniu pośrodku niczego i rozbijamy namiot. W nocy mam wrażenie, że słyszę blisko jakieś odgłosy zwierząt, jednak zmęczeni śpimy do dziesiątej. Słońce nagrzewa tropik i powoli musimy wstawać. Na śniadanie przygotowujemy kanapki z tuńczykiem. Ja kroję sobie też kilka kawałków kiełbasy.

Z oddali obserwujemy zbliżający się motocykl. Ponieważ w okolicy nie ma drogi, musi jechać do nas. Po kilku minutach naszym oczom ukazuje się sympatyczny Mongoł. Zagadujemy go po rosyjsku, ale nic nie odpowiada. Tylko uśmiecha się znacząco, patrząc na kiełbasę. Trochę się baliśmy, że może to jego teren i będzie zły, że tu śpimy. Jego pogodna twarz i głód w oczach nas uspokajają. Kroję mu więc grube kawałki. Jego uśmiech rośnie, ale wciąż nie odzywa się ani słowem. Zjadł jeszcze kanapkę z tuńczykiem, wypił herbatę. Szybko wstał. Zadowolony wskoczył na swoją maszynę i odjechał.

Formacje skalne
Baga Gazriin
Chuluu sięgają
1751 m i tworzą
granitowy
labirynt
wznoszący się
w sercu stepu.Formacje skalne Baga Gazriin Chuluu sięgają 1751 m i tworzą granitowy labirynt wznoszący się w sercu stepu. Jacek Śledziński

Stepowy supermarket

Zebraliśmy nasze małe obozowisko i ruszyliśmy w kierunku wioski. Tym razem wskazówki były dobre i po godzinie dotarliśmy na stację. Zatankowaliśmy do pełna. Wyprosiliśmy też kilka pustych butelek, do których zabraliśmy dodatkowe litry benzyny. W międzyczasie podjechały dwie Mongołki w dużym terenowym aucie. Okazało się, że jedna z nich jest właścicielką obozowiska jurt dla turystów. Od słowa do słowa proponują nam, żebyśmy za nimi pojechali. Zaznaczają tylko, że po drodze muszą kupić kilka rzeczy. Trochę zmęczeni wczorajszym błądzeniem decydujemy się na takie rozwiązanie. Nasze nowe znajome szybko ruszają, a my za nimi. Po godzinie okazuje się, że to nie będą normalne sklepowe zakupy.

PRZECZYTAJ TEŻ: Muay thai i nocne światła Bangkoku

Jadąc przez zupełne pustkowie, docieramy do kilku jurt. Zawsze chcieliśmy zobaczyć, jak wyglądają od środka, ale trudno było tak po prostu podjechać do kogoś i wpraszać mu się do domu. Tu trafiła nam się wspaniała okazja. Panie, robiąc zakupy, przedstawiały nas jako swoich gości. Traktowali więc nas jak swoich. Obowiązkowo częstowali końskim mlekiem. Tak, też byliśmy zaskoczeni, ale i zaciekawieni. W końcu nigdy nie piliśmy końskiego mleka. Zanim się zorientowaliśmy, w naszych rękach wylądowały dwie duże miski. Już po pierwszych łykach spojrzeliśmy na siebie wymownie. Ohyda! Strasznie kwaśne. Nie chcąc jednak urazić naszych gospodarzy, wypiliśmy je do ostatniej kropli. Ostatnie 20-litrowe bańki mleka wylądowały w bagażniku terenówki. Jedziemy dalej.

Dwugarbne wielbłądy
to baktriany. W Mongolii żyją
także dziko. Oczywiście nie te.Dwugarbne wielbłądy to baktriany. W Mongolii żyją także dziko. Oczywiście nie te. Jacek Śledziński

Kolejny przystanek to „sklep” mięsny, czyli jurty dwóch rodzin hodujących owce i konie. Zanim zdążyliśmy coś powiedzieć, w moich rękach wylądowała ogromna miska końskiego mleka. Hania szybko podziękowała za kolejną, pokazując na migi, że będziemy pili z jednej. Udaje się, ale popełniamy błąd taktyczny i wypijamy za szybko. Na nic zdają się protesty. Gospodyni dolewa nam kwaśnego mleka aż po brzegi. Nie pozostaje nam nic innego, jak skończyć drugą miskę. Po chwili wychodzimy na zewnątrz. Możemy się dokładnie przypatrzeć, jak wygląda oporządzanie mięsa ostrymi nożami. Dostrzegam też prowizoryczne boisko do koszykówki, a raczej kosz z drewnianą tablicą i kawałek ubitej ziemi. Od razu proponuję grę. Młode chłopaki bardzo się cieszą, że chcę się z nimi zmierzyć. Po półgodzinie zmęczeni wracamy do jurty.

Przypadek sprawił, że możemy cały dzień spędzić na obserwowaniu, jak wygląda prawdziwe życie na pustyni. Tu nie ma nic przygotowanego pod turystów. W sumie odwiedziliśmy cztery gospodarstwa. Sam nie wiem, jak wszystkie kupione produkty zmieściły się do auta. Na noc zajechaliśmy do obozowiska. Na początku trochę mieliśmy podejrzenie, że panie specjalnie nas zagadały, aby na nas zarobić. Szybko się jednak okazało, że najnormalniej w świecie chciały nam pomóc. Co więcej, pozwoliły nam nocować za darmo, korzystać z prysznica z ciepłą wodą, a nawet zjeść kolację i śniadanie.

Sklep mięsny. Sanepid tu nie dociera, ale kupujący i tak ma pewność,
że wszystko jest świeże. Prosto spod noża.Sklep mięsny. Sanepid tu nie dociera, ale kupujący i tak ma pewność, że wszystko jest świeże. Prosto spod noża. Jacek Śledziński

Rano serdecznie się żegnamy i ruszamy eksplorować okoliczne formacje skalne Baga Gazriin Chuluu. Robią ogromne wrażenie. Kiedy wchodzimy na najwyższy punkt, przed nami rozciąga się płaski step. Po kilku godzinach pakujemy się na motocykl i ruszamy dalej.

Pustynna burza

Po dwóch dniach jazda po pustyni nie sprawia mi już żadnych problemów. Cieszymy się pustką i widokami. Dzień powoli dobiega końca. Zaczynamy myśleć o miejscu na nocleg. Na horyzoncie dostrzegamy nieduże wzniesienia. Wieje trochę mocniejszy wiatr, więc będzie to dobra, naturalna osłona.

Ten piękny widok zwiastuje wielkie
niebezpieczeństwo - pustynną burzę.Ten piękny widok zwiastuje wielkie niebezpieczeństwo - pustynną burzę. Jacek Śledziński

Prowadząc po zupełnym odludziu, bez innych uczestników ruchu drogowego, odzwyczaiłem się trochę od patrzenia w lusterka. Dopiero teraz spostrzegłem dziwnie granatowe niebo za nami. Zatrzymałem motocykl. W oddali ciemny granat łączy się z czerwienią zachodzącego słońca. Coraz mocniejsze podmuchy wiatru zwiastują burzę. Wskakujemy na motocykl i uciekamy w kierunku wzniesień. Znajdujemy nieduże zagłębienie. Wiatr szaleje, niebo zrobiło się już atramentowo-czarne. Zaczyna też kropić. Mamy kilka minut, zanim lunie. Wyciągamy namiot, rozkładamy stelaż. W momencie wbijania pierwszych śledzi w piasek ogromny podmuch porywa namiot. W ostatnim momencie chwyciłem za linkę mocującą i udało mi się go utrzymać, zanim odleciał.

PRZECZYTAJ TEŻ: Narcos na żywo - relacja z wyprawy do Kolumbii

Zdajemy sobie sprawę, że w takich warunkach i w tym miejscu nic nie zdziałamy. Błyskawicznie pakujemy plecaki z powrotem na jednoślad i ruszamy do przodu. Jadę wolno. Deszcz mocno leje, wiatr dmie raz z lewej, raz z prawej, tak mocno, że mało nas nie przewraca. To nie jest nasz największy problem. W tych ciemnościach nie bardzo wiem, dokąd jechać. Reflektor oświetla ledwie dwa metry z przodu. Nie ma wyraźnej drogi, a wjechaliśmy na sporą górę i teraz boję się, że nie zauważę jakiejś krawędzi i spadniemy. Nie ma jednak odwrotu, bo za nami szaleje burza. Po 15 minutach takiej jazdy tuż przed sobą zauważam drewniany kawałek płotu. Zatrzymuję się i po krótkim rekonesansie decydujemy się drugi raz rozstawić namiot.

Nie był to Ritz, ale szopa sprawdziła
się jako schronienie przed burzą.Nie był to Ritz, ale szopa sprawdziła się jako schronienie przed burzą. Jacek Śledziński

To stara opuszczona zagroda dla kóz. Deszcz sprawił, że ziemia zamieniła się w kałużę błota wymieszaną z odchodami zwierząt. Ogrodzenie daje jednak dobrą osłonę od wiatru i to nam wystarcza. Sprawdzam jeszcze okolicę i dostrzegam lepszą miejscówkę. Stara szopa, bez drzwi i okien, ale ma ściany i dach. W środku jakieś rury i niestety kozie odchody. Dla nas to jednak pięciogwiazdkowy hotel. Zabieramy wszystkie rzeczy do środka. Z tropiku robimy prowizoryczne schronienie, bo dach lekko przecieka. Dmuchamy materace, kładziemy je na rurach i idziemy spać. Tej przygody długo nie zapomnimy.

The winter is coming

Rano budzi nas piękne słońce. Okazało się, że błądząc nocą, trafiliśmy przypadkowo w miejsce, z którego bardzo łatwo dostać się do Tsagaan Suvarga – następnego celu podczas naszej eksploracji pustyni Gobi. Piasek zdążył już przeschnąć, więc jazda idzie nam sprawnie. Po drodze mijamy stada wielbłądów. Ich właściciel był bardzo zaskoczony naszym widokiem. Kiedy dowiedział się, że ostatnie noce spaliśmy w namiocie, zapytał, czy nie boimy się wilków. Okazało się, że w okolicy jest kilka dużych wygłodniałych watah, które atakują stada zwierząt. W sumie głupio się przyznać, ale wcześniej nawet o tym nie pomyśleliśmy. W nocy kilka razy słyszeliśmy odgłosy zwierząt całkiem blisko namiotu. Myślałem, że mogą to być dzikie konie, psy, wielbłądy, ale nie wilki. No nic, i tak byśmy nic nie zmienili. Tylko dwie następne noce będą bardziej nerwowe. Dojeżdżamy do przepięknych złoto-żółtych formacji skalnych. Zrobiły chyba na nas jak dotąd największe wrażenie.

Chwila lenistwa i podziwiania górskich
krajobrazów na północy Mongolii.Chwila lenistwa i podziwiania górskich krajobrazów na północy Mongolii. Jacek Śledziński

Ze względów budżetowych, ale i czasowych kierujemy się powoli do Ułan Bator. Prognozy pogody zapowiadają obfite opady śniegu już za dwa tygodnie, a chcemy jeszcze pojechać na północ kraju i wybrać się na trekking po górach nad jeziorem Chubsuguł zwanym Małym Bajkałem.

Ostatniego dnia na pustyni budzimy się przed czwartą rano. Chcemy oddać motocykl przed 10, a wciąż mamy ponad 200 km przed sobą. Jest bardzo zimno. Zakładamy na siebie wszystkie ubrania, ale mroźne powietrze zwiastujące zbliżającą się zimę przenika nas do szpiku kości. W Ułan Bator meldujemy się o 9:55. Oddajemy motocykl i przemarznięci szukamy wolnego pokoju do wynajęcia na jedną noc. Już następnego dnia ruszamy autobusem w kolejną mongolską przygodę.

Gdzie dalej?

Mongolia jest wciąż mało znanym kierunkiem turystycznym. To jednak pasjonujący kraj. Ogromne przestrzenie i najniższa gęstość zaludnienia sprawiają, że jest to raj dla miłośników natury i dziewiczych krajobrazów. W Mongolii bardzo lubią Polaków.

Stolica – Ułan Bator – nie jest najciekawszym miejscem. Ogromne korki, spaliny i smog sprawiają, że już po chwili chcesz z niej uciec. Na szczęście jest dokąd.

Niekwestionowaną gwiazdą kraju jest oczywiście pustynia Gobi. Można tam pojechać ze zorganizowaną wycieczką. Jednak jeśli czujesz ducha przygody i dobrze odnajdujesz się w terenie, ciekawą opcją jest wynajem samochodu lub motocykla.

Północ kraju to wspaniałe góry i jeziora – w tym słynny Chubsuguł nazywany Małym Bajkałem. Jest duża szansa, że podczas trekkingu nie spotkasz innych turystów. Nie ma tu jeszcze zakazów, dokładnie wyznaczonych tras. Wolność czuć na każdym kroku.

Mongolia - jak tam dotrzeć? Ile kosztuje bilet?

Flaga MongoliiFlaga Mongolii Jacek Śledziński

STOLICA: Ułan Bator

POWIERZCHNIA: 1 564 116 km2

LUDNOŚĆ: 3,16 mln

WALUTA: tugrik mongolski, 1 zł = 694 MNT

JĘZYK URZĘDOWY: mongolski

NOCLEGI: Mongolia to wciąż mało popularny kierunek turystyczny. W Ułan Bator noc w pokoju dwuosobowym z łazienką w hotelu trzygwiazdkowym to koszt 120-150 zł. Zdecydowanie tańsze są hostele – w wielu można znaleźć całkiem przyzwoity pokój za 40-50 zł. Sporo ofert pojawia się również na serwisie Airbnb. Jeśli marzy ci się noc w tradycyjnej jurcie, to musisz się liczyć z wydatkiem 60-80 zł.

WIZA: Wiza turystyczna wjazdowa (jednorazowa) na 30 dni kosztuje 60 euro.

JAK DOTRZEĆ: Z Polski najłatwiej dolecieć do Ułan Bator. Podróż trwa ok. 12 godzin i odbywa się z jedną przesiadką w Moskwie. Standardowa cena na tej trasie to ok. 3500 zł, ale czasem w promocji można znaleźć tańsze bilety. Dla lubiących przygody i mających więcej czasu jest opcja łączona: przelot do Moskwy (ok. 600 zł), a dalej do Ułan Bator Koleją Transsyberyjską. Koszt w zależności od klasy to 365-850 euro.

Więcej o: