Dlaczego miłość jest ślepa?

Radość, motyle w brzuchu i radosne podniecenie. O tym, dlaczego tak wygląda pierwszy etap zakochania i czemu rzeczywistość zakochanemu nie przeszkadza, Przemysław Pilarski rozmawia z seksuologiem Andrzejem Gryżewskim.

Przemysław Pilarski: Zakochani są w stanie wiele poświęcić dla tej drugiej osoby. Romeo i Julia woleli się zabić, niż zostać rozdzieleni. To niby tylko opowieść Szekspira, ale już angielski król Edward VIII naprawdę abdykował, by móc związać się z ukochaną Wallis. Marek Bieńczyk pisał, że miłość to „bezwarunkowa, fizyczna, zmysłowa niezdolność dostrzeżenia ohydztwa i brzydoty tych, których kochamy”. Jest w tym literacka przesada, ale dlaczego nie przesadzać, skoro zakochani zachowują się często nielogicznie? Co nas zaślepia, kiedy w kimś się zakochujemy?

Andrzej Gryżewski: Zaślepia nas fenyloetyloamina, związek chemiczny, który „atakuje” mózg, kiedy zaczynamy się zakochiwać. Już o niej wspominaliśmy na łamach „Logo”. Działa jak narkotyk, pod wpływem którego idealizujemy tę drugą osobę. Mało tego, mniej śpimy, mniej jemy, zaniedbujemy obowiązki, znajomych, hobby…

Brzmi to jak wskazania do terapii.

A większość z nas doświadcza tego przynajmniej raz w życiu. I co więcej, w ogóle nie odczuwamy wówczas zmęczenia. Mam pacjenta, który w ciągu półrocznego romansu schudł 15 kg, spał po cztery, pięć godzin, ale pod wpływem chemii w mózgu ciągle był na haju. Tak to działa.

Zakochani pod wpływem uczucia robią rzeczy, o których by im się wcześniej nie śniło. Pewna moja pacjentka poznała mężczyznę, który lubił wędrówki po górach. To zupełnie jej nie odpowiadało, ale nie wyobrażała sobie, że jej ukochany dokądś pojedzie sam, więc jeździła z nim w te Bieszczady. Nie wiedziała, jak się przygotować, chodziła za nim w klapkach, jemu z kolei głupio było zwrócić jej uwagę. I tak sobie wędrowali. Jak się domyślasz, w żółwim tempie.

Mój znajomy przeprowadził się dla swojej miłości do innego miasta, z tym że ten związek zakończył się niestety dwa miesiące po przeprowadzce.

Też znam taką historię, tylko bardziej rozciągniętą w czasie. Mam pacjentkę, która właśnie jest w trakcie rozwodu, ponieważ partner porzucił ją dla młodszej. A ona dla niego przeprowadziła się do Warszawy z Krakowa, gdzie zostawiła rodzinę, znajomych, pracę. Teraz ma pretensje, bo przez niego postawiła całe swoje życie na jedną kartę.

Ale przecież on jej do niczego nie zmuszał.

No właśnie. Ona nie może zrozumieć, że tyle dla niego poświęciła, a on teraz rezygnuje. Ten zaś odpowiada, że nie czuje się winny, bo zakochał się w innej osobie i to jest od niego silniejsze.

Myślę, że podobne uczucia do tych, jakie żywi ta kobieta, pojawiają się w sytuacjach, kiedy w momencie rozstania ktoś żąda od tej drugiej osoby zwrotu drogich prezentów, pierścionków zaręczynowych itp.

Dobrze zapamiętać sobie powiedzenie: „Nie obiecuj, gdy jesteś w stanie euforii, i nie groź, gdy jesteś w stanie złości”. Pewien mój pacjent był gotów kupić samochód tylko po to, żeby jego ukochana miała jak dojeżdżać do pracy. Jemu auto nie było do niczego potrzebne, generowałoby comiesięczne wydatki, ale nie przeszkadzało mu to. No, ale ich drogi się rozeszły, zanim wcielił swój zamiar w życie. Inny mężczyzna przyszedł do mnie załamany, bo rozstał się właśnie z kobietą, której kupił bardzo drogi pierścionek, o jakim zawsze marzyła.

Zaręczynowy?

Nawet nie. Prezent. Ale z dużym karatem, za ponad 10 tys. zł. Musiał się zapożyczyć. A teraz nie wie, czy wypada mu prosić o zwrot.

Też znam podobną historię, z tym że dotyczy ona pierścionka zaręczynowego właśnie. Żeby było ciekawiej, obdarowana nim dziewczyna od samego początku dawała jasne sygnały, że nie traktuje poważnie relacji z tym facetem. Do wszystkich to docierało, ale do niego nie. Rozstali się chyba tydzień po zorganizowanej przez niego imprezie niespodziance, na której się oświadczył.

Są osoby, którym „w tańcu nie przeszkadza muzyka”, poruszają się w swoim rytmie. Zakochanym zaś nie przeszkadza rzeczywistość. W ogóle nie zwracają na nią uwagi. Ten mój pacjent, który chciał kupić samochód na potrzeby swojej ukochanej, dopiero po dłuższym czasie usłyszał to, co ona mu powtarzała od samego początku – że traktuje go wyłącznie jak kolegę. Ignorował to, ciągle liczył, że wybuchnie między nimi wielkie love story.

Można ustrzec się przed takim zaślepieniem?

W relacji z drugą osobą trzeba pamiętać przede wszystkim o tym, żeby zachować własną podmiotowość. Kultura daje nam fałszywy obraz miłości: kiedy pójdziesz za kimś na koniec świata, to powinno ci wystarczyć za całe życie. Tymczasem związek nie może nam wystarczać. Musi być przestrzeń poza związkiem. Ta druga osoba nie może być całym twoim światem. Gdy dochodzi do takiego toksycznego zlania się dwóch osób, rozstanie wiąże się z naprawdę dużym cierpieniem. To jak koniec życia.

Kiedy pracuję z osobami, które doświadczają zakochania w ten właśnie sposób, na 50 minut sesji przez 40 minut słucham monologu o cierpieniu. Wreszcie zadaję pytanie: „Dobrze, ale jakie pan, pani czerpie z tego korzyści?”.

I wtedy wychodzi szydło z worka.

Okazuje się najczęściej, że tych korzyści nie ma zbyt wiele... Pięknie jest przeżywać romantyczną miłość, ale warto mieć na uwadze, jaki jest tego koszt dla nas samych.

Różne są uroki zakochania, ale ten stan nie trwa przecież wiecznie. Jedna z moich pacjentek skarży się, że mąż był kiedyś w stanie dzień w dzień przejechać przez pół miasta, żeby przywieźć jej drugie śniadanie do pracy. A teraz z trudem daje się wyciągnąć raz na parę tygodni na kolację w restauracji. Niestety, ten „drugi on” to ten prawdziwy. Poprzednie jego zachowanie podyktowane było fenyloetyloaminą, której wpływ na mózg z czasem zmalał.

Więc wozimy te śniadania po to, by uwieść drugą osobę?

Ja ich akurat oboje mam w terapii, więc zapytałem go, co mu to dawało. I odpowiedział, że kiedy jechał ze śniadaniem z Bemowa na Mokotów, miał poczucie, że jest taki męski – bo nie dość, że zabiega o kobietę, to jeszcze umie to robić!

Zyskiwał pewność siebie, a bez pewności siebie niewiele zdziałamy, walcząc o kogoś.

Dokładnie tak. Myślał w ten sposób: „Skoro o nią zabiegam, mam do niej większe prawo niż inni. Pracuję nad tym, żeby była ze mną, i w ten sposób wygrywam z ewentualną konkurencją”.

Mam wrażenie, że to rzadko rozkłada się symetrycznie. Częściej w filmach niż w rzeczywistości widzi się osoby, które zakochały się wzajemnie od pierwszego wejrzenia i teraz wręcz przepadają za sobą, są jak papużki nierozłączki. Zazwyczaj to jednak jedna osoba zabiega, a druga jest obiektem tego zabiegania.

Masz rację, coś w tym jest. Może chodzi o równowagę, bo kiedy jedna osoba daje z siebie 120%, druga nie może odpowiadać tym samym. Skończyłoby się to zupełnym wariactwem. Zresztą na te drugie 120% i tak nie byłoby przestrzeni w tej relacji.

Tak chyba ukształtowała nas natura. W końcu kiedy spojrzy się na zwierzęta, zazwyczaj widzimy uwodzącego (przeważnie samca) i obiekt jego uwodzenia. Taniec godowy wykonywany jest tylko w jedną stronę.

Często obserwuję taką sytuację, że kiedy jedna osoba działa, jest zaangażowana, druga nie działa, ale nazywa to, dostrzega, docenia. „Ale ja cię kocham! Nikt nigdy do tej pory czegoś takiego dla mnie nie robił”.

Osobny wątek to młodzieńcze miłości, bardzo silnie przeżywane. To chyba na zawsze jakoś w nas zostaje.

Mało tego, niektórzy są w stanie zakończyć swój obecny związek i powrócić do ukochanego albo ukochanej sprzed lat. Tak dzieje się nie tylko w komediach romantycznych. Moją pacjentkę zaczepił jakiś czas temu na Facebooku mężczyzna, w którym kochała się jako licealistka. On był wówczas sportowcem, królem szkoły, a ona szarą myszką. Teraz jest przebojową kobietą, zamożną, prowadzi z mężem firmę. On z kolei pracuje w markecie i choć dobiega czterdziestki, ciągle mieszka z matką. Zapuścił się, przytył. W niczym nie przypomina tamtego siebie. Mimo to… odżyło w niej uczucie! Rozwodzi się, chce kupić mieszkanie dla siebie i tamtego faceta, chce pomóc mu znaleźć pracę. Mąż przystojny, z pasjami, spędzili ze sobą kawał dobrego czasu – i ona zostawia go dla gościa, który przegrywa z nim pod każdym względem. Oczywiście przegrywa w teraźniejszości, bo ona w głowie ma silnie zakodowany obraz jego jako gwiazdy szkoły i to jest dla niej niezmiernie ważne.

To już jakiś obłęd.

Ona sama nie wie, dlaczego to robi, nie rozumie tego, ale nie jest w stanie postąpić inaczej.

Niewiarygodne.

Ciekawa jest też reakcja jej męża. Obejrzał sobie dokładnie zdjęcia tamtego mężczyzny i powiedział, że zgadza się na rozwód, na podział majątku i tak dalej, bo po pierwsze, nie czuje tu żadnej konkurencji,a po drugie, jest pewien, że ona za pół roku wróci. Czy tak będzie? Zobaczymy.

Czy kiedy przeżywamy taką niespełnioną miłość, a potem wchodzimy w inne związki, to one są przez to jakieś gorsze?

Nie można przez lata być w kimś beznadziejnie zakochanym, bo to by nas wykończyło. Kiedy widzisz, że relacja z kimś nie wypali, odpuszczasz sobie albo wkładasz to uczucie do zamrażarki i w ogóle o nim zapominasz. Ono odżywa najczęściej dopiero wtedy, kiedy następują sprzyjające temu okoliczności. Mój pacjent był na przykład zakochany w szkole średniej w chłopaku, który wówczas uważał się za heteroseksualnego. Po latach spotkali się w klubie gejowskim, kiedy on już prawie o tamtym zapomniał. I teraz są razem.

W miarę możliwości dobrze jest racjonalnie podchodzić do tych kwestii. Jesteś z kimś w udanym związku – czy warto go burzyć dla mirażu sprzed lat? Jeśli uczucie było w zamrażarce, to jest spora szansa, że znowu do niej trafi, o ile nie będzie podkręcane, podgrzewane.

Więc jakoś można to kontrolować.

Wymaga to jednak sporej samodyscypliny. Kiedy jesteś zakochany, nie tak łatwo odpędzać od siebie myśli o tym, co np. ta osoba robi w danym momencie. Pozwalając sobie na takie myśli w sytuacji, kiedy wiemy, że szanse na spełnienie są marne, dajemy sobie fałszywą nadzieję.

A fantazje seksualne?

Tu zdania są podzielone. Z tego, co obserwuję, dominuje raczej podejście romantyczne: pragnienie bycia z drugą osobą, dotykania jej, pieszczenia i tak dalej. Erotyka, a nie pornografia. To jest niesamowite. Pewien mój klient opowiadał kumplowi o frustracji, jaką w nim wywołuje to, że obiekt westchnień nie odwzajemnia jego zalotów. Kumpel odpowiada: „Tak, rozumiem, chciałbyś ją w końcu zaliczyć”. Ten się oburzył. Jakie „zaliczyć”?! On chciałby spędzać z nią czas w bliskości!

Potrzeba „zaliczenia”, „zerżnięcia” pojawia się w fazie zakochania zazwyczaj dopiero wtedy, kiedy orientujesz się, że ta osoba się wymyka. Wtedy chcesz ją w ten sposób niejako symbolicznie przyszpilić jak motylka. Natomiast kiedy okres uwodzenia mija, pożądanie zaczyna przybierać na sile, odsuwając na bok romantyzm.

Matka natura się odzywa: koniec tańca godowego, najważniejsza jest prokreacja!

O to często w tym wszystkim chodzi i to nami powoduje.

A czy można być jednocześnie zakochanym w kilku osobach?

Tak, ale wydaje mi się, że do każdej z tych osób żywi się wówczas inny rodzaj uczucia.

To znaczy?

Kiedy mam w gabinecie osoby będące w relacjach poliamorycznych, to najczęściej słyszę, że do jednej osoby czuje się przywiązanie, coś w rodzaju przyjaźni, do drugiej zaś pożądanie. Tak to się rozkłada. Podobnie z intensywnością tych uczuć. Ona jest zarezerwowana tylko dla jednej adresatki albo adresata. Inaczej, tak jak w przypadku narkotyków, mielibyśmy do czynienia z przedawkowaniem.

No tak, z miłości mamy problemy ze spaniem, z jedzeniem, pracą… Można się śmiać, ale karykatura zakochanego – wiecznie bladego osobnika z podkrążonymi oczami – nie wzięła się przecież znikąd.

Nie licząc samobójstw albo morderstw popełnianych z zazdrości, nikt jak dotąd od miłości nie umarł. Więc nie wzbraniajmy się przed tym pięknym, choć nieco… szalonym uczuciem.

Andrzej Gryżewski – psycholog, seksuolog, psychoterapeuta poznawczo-behawioralny.

Przemysław Pilarski – scenarzysta, dramaturg i dramatopisarz. Z Andrzejem Gryżewskim opublikował dwie książki o męskiej seksualności.

Więcej o: