Uważaj na pułapki, kiedy wchodzisz w związek - rozmowa z seksuologiem

Historia nas uczy, że... historia nas niczego nie uczy. Jak to powiedzenie ma się do naszych relacji z kolejnymi partnerkami? I dlaczego wyciąganie wniosków z poprzednich związków czasami prowadzi nas w ślepy zaułek? Przemysław Pilarski pyta seksuologa Andrzeja Gryżewskiego.

Ciągle nam się mówi, żeby wyciągać na przyszłość wnioski z tego, co było. Słabo jednak to idzie. Sytuacja polityczna w Europie coraz bardziej przypomina lata 30 XX w., a związki… No właśnie. Nasze kolejne związki nie zawsze są lepsze od poprzednich. Więc nie tyle uczymy się, ile popełniamy te same błędy?

Wiele osób wyciąga wnioski ze swoich poprzednich związków, zapominają jednak o prostej, zdawałoby się, kwestii. A mianowicie o tym, że w nową relację wchodzimy z zupełnie inną osobą. A zatem oczekiwania czy uwagi, które ktoś wyrażał w poprzednim związku, mogą stracić ważność. I często tracą.

Syzyfowa praca. Wieczne zaczynanie od nowa.

Niekoniecznie, wystarczy być bardziej, że tak powiem, przytomnym. I patrzeć, słuchać, obserwować, reagować, a nie z klapkami na oczach i uszach realizować nieaktualne założenia. Jeden mój pacjent przez swoją poprzednią partnerkę uważany był za smutasa. Ciągle mu zarzucała, że nie ma poczucia humoru i pewnie ma depresję. Wziął to sobie do serca, więc kiedy się rozstali, uznał ową domorosłą diagnozę za swój największy minus. I zaczął nad tym pracować.

Poszedł na terapię?

Trafił w końcu na terapię, ale znacznie później i z zupełnie innym problemem, o którym ci zaraz powiem. Ale zaczęło się od tego, że poświęcał godziny dziennie na oglądanie komedii, kabaretów czy stand-upów. Uczył się nie tylko żartów, ale też mimiki czy ogólnie zachowania osoby wesołej.

Trochę jak robot, któremu wgrywa się nowe funkcje.

No więc właśnie, wgrał w siebie te nowe funkcje, lecz zupełnie bezrefleksyjnie. Towarzyszyła temu obawa, że jak zacznie się z kimś spotykać, to znowu zostanie porzucony z powodu swojego ponurego nastroju.

I jak to się skończyło?

Tragikomicznie. Poznał nową kobietę, wszedł z nią w relację, ale ona szybko miała go dość, ponieważ ani przez moment nie był w stanie zachować powagi. Nawet w trakcie seksu. Są jego urodziny, ona chce mu zrobić niespodziankę, zakłada erotyczną bieliznę, podchodzi, a on… łapie za jej sutki i udaje, że nimi kręci jak gałkami radiostacji.

A to zgrywus.

Chciał dobrze, ale popsuł dobrze zapowiadający się związek. Kiedy odczuwamy potrzebę zmiany albo ktoś tej zmiany od nas się domaga, rzadko kiedy zmieniamy się o 10-20%. Ludzie idą zazwyczaj na całość.

Myślenie zero-jedynkowe.

Dokładnie tak. On wpadł w pułapkę takiego myślenia i poszedł w swojej zmianie w nadmiarowość, która dla jego nowej partnerki okazała się nie do zniesienia. Wyobraź sobie, że idziesz z kimś na romantyczną kolację, w pewnym momencie chcesz wstać, żeby wyjść do toalety – i nie możesz, bo krzesło „wstaje” razem z tobą. Facet pyta z udawanym zaciekawieniem, czy bawisz się w kangura, a tak naprawdę wykorzystał chwilę twojej nieuwagi i przykleił do krzesła przezroczystą taśmę dwustronną.

Zabiłbym.

Ona go nie zabiła, ale z powodu jej reakcji, których nie rozumiał, pojawiły się u niego zaburzenia erekcji.

Z którymi przyszedł do ciebie.

Z którymi przyszedł do mojego gabinetu. A nie rozumiał jej reakcji, bo w naiwny sposób założył sobie, że skoro jego „smutna” wersja była zła, to „wesoła” będzie bezwarunkowo dobra. Tymczasem partnerka grozi, że go zostawi, bo nie czuje się traktowana poważnie.

Mógłby najpierw wybadać nową partnerkę, zamiast brać za pewnik to, że ma takie same oczekiwania jak poprzednia.

To jest błąd, który popełnia bardzo wiele osób. Wyciąganie wniosków z poprzednich relacji jest super, ale nowy związek to zupełnie nowy kształt, do którego trzeba się dopasowywać na bieżąco, a nie wciskać na siłę jakieś swoje założenia. Mężczyzna, o którym ci opowiadam, twierdzi teraz, że w ogóle nie rozumie kobiet. Miał być wesoły, stał się wesoły – i nadal źle! Jakby nie zauważył, że zderzają się tutaj oczekiwania dwóch różnych osób. Wpadł w pułapkę poprzedniego związku.

Jak z nim pracowałeś?

Jest taka metoda w psychoterapii, która się nazywa „żyć, tak jakby…”. Polega na tym, że wyobrażamy sobie, że coś, na czym nam zależy, już się wydarzyło i żyjemy z tym. Bo dlaczego on jest taki nadmiarowy? Boi się, że ją straci. Nie jest pewien trwałości tego związku. Odgrywa ciągle zachowania z okresu godowego, żeby nabrać wreszcie pewności. A co, gdyby udał przed sobą, że już jest pewien?

Że już są razem?

Tak. 

To jak zabawa w dom, tylko na poważnie.

Właśnie, na poważnie. Bo kiedy czujesz, że nie musisz już tak bardzo się starać – pasujesz. I wielu wychodzi to na dobre, bo ich partnerzy wreszcie zaczynają oddychać z ulgą. Na tym polega urok okresu godowego, że wtedy ludzie dają z siebie więcej, podkręcani produkowaną przez mózg fenyloetyloaminą. Kiedyś jednak musi się to skończyć, bo inaczej padalibyśmy z wycieńczenia. A w sytuacji, kiedy ktoś przesadza z tymi zalotami, można założyć, że nie są już potrzebne. Najlepiej, gdy to założenie dotyczy obojga, kiedy oboje „udają” taką związkową pewność, stałość.

Czyli co robią? 

Opowiem, posługując się innym, bardziej powszechnym przykładem. Mam klienta, który jeszcze w liceum zakochał się na zabój w pewnej dziewczynie. Ona wtedy miała kogoś, potem wyjechała za granicę. On też po drodze zaliczył parę związków, ale gdy wróciła do Polski, akurat oboje byli wolni. Spotkali się. W nim to uczucie nie tyle odżyło, ile wybuchło z niespotykaną dotąd siłą. Wszystko nagle postawił na jedną kartę. Cały czas o nią zabiegał, dzwonił, pisał, starał się o spotkania.

Zabiegał, bo nie była tak samo zaangażowana?

Tak, starał się ją zaangażować na tym samym poziomie. Zauważył jednak, obserwując jej relacje z przyjaciółmi, że ona bardziej jest zainteresowana tymi, którzy traktują ją chłodno. On jednak nie potrafił zachowywać się w ten sposób, ponieważ bał się, że ją straci. Wytworzyło się błędne koło, bo jednocześnie miał świadomość, że dystans z jego strony zwiększyłby szansę na powodzenie tej relacji. Zamiast tego jeszcze bardziej dokręcał śrubę, ponieważ z poprzednich relacji miał zakodowane, że tak powinno wyglądać zabieganie o kogoś. Kiedy mówił, że zadzwoni jutro wieczorem, dzwonił – ale już w południe. Nieustannie wyszukiwał śmieszne memy, które wysyłał jej na Messengerze. Na tym samym Messengerze wypisywał elaboraty, na które ona odpowiadała jednym zdaniem albo po prostu emotikonką.

Ależ natarczywy. Jak się domyślam, im bardziej on tę śrubę dokręcał, tym bardziej ona się od niego odsuwała.

Niestety, tak. Czuła się przez niego osaczana. Wreszcie postawiliśmy na eksperyment. Powiedziałem: „Panie Tomku, niech pan żyje tak, jakbyście byli razem. Jak by się pan wtedy zachowywał?”. No i okazało się, że ilość telefonów, memów oraz wiadomości spadła. Co wzrosło w zamian? Jej zainteresowanie. Sama zaczęła inicjować kontakt. Niestety, trwało to krótko. Mężczyzna wrócił do poprzedniego trybu, gdyż ma poczucie, że złapał Pana Boga za nogi, i z tej radości znowu nadmiarowo się stara. Pracujemy dalej.

Wspomniałeś o tym, że on obserwował jej relacje z przyjaciółmi. Czy dzięki temu wiele można się dowiedzieć o potencjalnej przyszłej partnerce czy partnerze? 

Zdecydowanie więcej niż dzięki importowaniu wzorców wyniesionych z poprzedniej relacji. 

Mówi się też o tym, że warto poznać rodziców obiektu swoich westchnień.

Nie do końca zgadzam się z tym, że „niedaleko pada jabłko od jabłoni” lub że „jaka matka, taka córka”. Dużo jest za to według mnie prawdy w innym stwierdzeniu: „Powiedz, jak byłeś kochany, a powiem ci, jak kochasz”.

Można o tym od kogoś usłyszeć, można też samemu zaobserwować.

Oczywiście. Daj się zaprosić na obiad do jej rodziców, zobacz, jak funkcjonuje ten rodzinny układ. Kiedy widzisz, jak budują relację ze swoim synem czy córką, możesz wyobrazić sobie obraz swojej przyszłej relacji z nią. Podam ci przykład. Pewna moja pacjentka ma rodziców, którzy zdecydowaną większość czasu spędzają razem. Rzadko wychodzą z domu, prawie wcale nie wyjeżdżają, lato na działce i tak dalej. Gdybyś kierował się stereotypowym myśleniem, doszedłbyś zapewne do wniosku, że ona też jest taka ciepła, rodzinna. A na dodatek domatorka. Tymczasem jest zupełnie na odwrót. Ona uwielbia podróże, zwiedziła już prawie cały świat. A cały sekret tego, jak zachowuje się w związkach, tkwi w tym, jak odnoszą się do niej rodzice. Są oni bowiem bardzo wymagający, krytyczni. Przez co ona jest chłodna, odcięta od emocji i wymagająca w stosunku do innych. Inna osoba na jej miejscu mogłaby być z kolei nadmiernie krytyczna w stosunku do siebie.

I jaka to jest dla mnie informacja, gdybym chciał się spotykać z tą kobietą?

Że nie możesz sobie pozwolić na nadmiar czułości, bo ona tego nie zna, więc może zareagować negatywnie. Poczuje duże zagubienie, nie będzie wiedziała, co z twoimi uczuciami zrobić, i będzie przed tobą uciekać w pracę, w wymówki. 

To może powodować spory dyskomfort, taki jaki miał ten pacjent, o którym przed chwilą wspominałeś. Przecież kiedy mi na kimś zależy, chcę być najczulszy, jak to tylko możliwe.

Ty i ten klient tak. Reagujecie zdrowo i dojrzale. Ale są tacy, którzy mają na odwrót. I trzeba to zaakceptować. Trzeba brać pod uwagę realne okoliczności, nigdy własne przekonania czy wyobrażenia. Obserwowanie przyszłej partnerki czy partnera w „naturalnym środowisku” ma jeszcze jeden duży plus.

Jaki?

Okres godowy charakteryzuje się tym, że zachowujemy się „bardziej”. Jesteśmy lepszą, inną wersją nas samych – po to, żeby jak najlepiej zaprezentować się tej drugiej osobie. Kolokwialnie mówiąc, to okres obietnic przedwyborczych – dużo ci obiecają, zaprezentują, a nie spełnią nawet 20%. Dlatego nie można tej fazy brać za wzór tego, jak ktoś będzie się zachowywać w codziennym życiu, kiedy już sobie ustalicie, że jesteście razem.

Ale można zobaczyć, jaki on, ona jest w stosunku do przyjaciół, rodziny.

Tak, tam raczej nie powinno być aż tak dużego udawania. 

Więc to nie z randek mam czerpać wiedzę o obiekcie moich uczuć, tylko z wypadów na miasto w większym gronie?

To oczywiście nie jest bezwzględna zasada, ale jest spore prawdopodobieństwo, że w gronie przyjaciół ktoś zachowuje się bardziej naturalnie niż na pierwszych randkach, którym towarzyszy dużo stresu, niepewności, ale też emocji, wielkich oczekiwań i gry pozorów. To walka o dużą stawkę. Mam w terapii pary, które na fali oszołomienia fenyloetyloaminą rezygnowały z antykoncepcji. „Miejmy dziecko, jest przecież tak świetnie, kochamy się i tak dalej! ”. No i rodzi się to dziecko, a oni nagle odkrywają, że tak naprawdę nic ich nie łączy.  Dali się ponieść magii okresu tańca godowego, zamiast dobrze się poznać. Nie patrzyli na to, jaki mają styl życia, czy pod względem intelektu, doświadczeń życiowych, światopoglądu są z tej samej ligi, czy mają jakieś wspólne zainteresowania. Jeden z moich klientów poznał swoją przyszłą żonę w sklepie, do którego co rano chodził po bułki. On – intelektualista, lubi czytać książki, pisuje felietony do gazet, a nawet układa wiersze. Ona – wraca po pracy, włącza telewizor i tyle ją widziano. Ale tak ich zaślepiło pożądanie, że w ogóle nie brali pod uwagę tego, że poza tym nic między nimi nie ma. Związki budowane spontanicznie pod wpływem pożądania towarzyszącego okresowi tańca godowego są jak zamki na piasku. Prędzej czy później wiele z nich się rozpada.

Andrzej Gryżewski – psycholog, seksuolog, psychoterapeuta poznawczo-behawioralny. Założyciel CBTseksuolog.pl.

Przemysław Pilarski – scenarzysta, dramaturg i dramatopisarz. Z Andrzejem Gryżewskim opublikował dwie książki o męskiej seksualności.

Więcej o: