Friends with benefits nie istnieje - rozmowa z seksuologiem

Klient mi kiedyś powiedział, że tak jak mężczyznom "ryją beret" filmy pornograficzne, tak kobietom - komedie romantyczne. I ja się z tym zgadzam - mówi seksuolog Andrzej Gryżewski w rozmowie z Przemysławem Pilarskim.

Zacznijmy od tego, że ja w ogóle w coś takiego nie wierzę – mówi Andrzej Gryżewski.

Przemysław Pilarski: W relacje przyjacielskie, które „w bonusie” mają seks?

Tak. To znaczy, wierzę w takie relacje, ale nie nazywałbym ich przyjacielskimi.

Jest jeszcze coś takiego jak „fuck buddies”.

To już prędzej.

Dlaczego nie „przyjaciele”?

To wynika z rozmów z moimi klientami, a zwłaszcza klientkami. Klient mi kiedyś powiedział, że tak jak mężczyznom „ryją beret” filmy pornograficzne, tak kobietom – komedie romantyczne. I ja się z tym zgadzam. W komediach romantycznych bardzo często mamy do czynienia z figurą mężczyzny – przyjaciela bohaterki, w którym ona dyskretnie się podkochuje, a on z czasem z osobnika niedostępnego erotycznie staje się dostępny, w efekcie czego w finale są razem. Przyjaciel, ktoś, z kim można porozmawiać, miło spędzić czas, pozwierzać się, po prostu mu zaufać, to zawsze będzie ktoś więcej, przez co seks z nim też będzie „czymś więcej”. W relacjach przyjacielskich ludzie traktują się podmiotowo, natomiast w relacjach opartych tylko na seksie mamy do czynienia z przedmiotowym traktowaniem. Tak to wygląda przynajmniej ze strony większości kobiet.

Więc tak naprawdę chodzi tylko o nomenklaturę.

Tak, ale to bardzo istotne. Mężczyźni bardzo często wykazują swobodniejsze podejście do seksu, przez co dla nich pójście do łóżka z przyjaciółką będzie tylko pójściem do łóżka. Ale dla niej może to oznaczać kompletny zwrot w tej relacji; zwrot, który de facto nie nastąpił i nie nastąpi, bo on w ogóle nie bierze tego pod uwagę. 

Czy to nie jest zbyt stereotypowe myślenie? Facet – „ruchacz”, a kobieta – „rozważna i romantyczna”?

Nie jest. Odwołałem się do stereotypowego myślenia, żeby łatwiej zwizualizować problem, który jest podobnie postrzegany przez obie płcie. Podam przykład mojego klienta, który od lat miał przyjaciółkę, będąc samemu w kolejnych relacjach. Nie było między nimi pożądania, ona wydawała mu się nawet niezbyt atrakcyjna. Po prostu spotykali się, rozmawiali, jak to przyjaciele. Ale pewnego wieczoru po wypiciu sporej ilości wina poszli do łóżka. Po tej sytuacji to u niego pojawił się dyskomfort. Dwa dni później byli umówieni do kina. Strasznie się stresował przed tym wyjściem. Wreszcie kupił olbrzymi kubeł popcornu i postawił między siedzeniami, odgradzając się od niej w ten sposób.

Ale co go tak zestresowało?

Nie traktował tej kobiety przedmiotowo, więc ten seks nie był „po prostu” seksem, ale czymś, co przewartościowało w jego oczach tę relację. On nie chciał żadnej zmiany, czuł, że to nie może być coś więcej niż przyjaźń. Ale po spędzeniu z nią nocy miał potrzebę zamrożenia tej przyjaźni. Nie mógł po prostu udawać, że nic się nie stało. Czuł się zażenowany.

I po przyjaźni?

Chwilowo tak, a może i na zawsze. Choć ma nadzieję, że to z czasem rozejdzie się po kościach.

„Zostańmy przyjaciółmi” to najgorsze, co facet może usłyszeć, kiedy ma nadzieję na romans czy związek. „Zostańmy przyjaciółmi” kastruje.

No właśnie! Przyjaźń jest ze swojej natury zupełnie aseksualna. Kiedy mężczyzna ma przyjaciółkę, może jej powiedzieć o wszystkim. To jest taka relacja, że on się nie wstydzi, nie boi, nie napina; nie musi przy niej udawać jakiejś lepszej wersji siebie. Wśród klientów, zwłaszcza tych młodszych, mam takich, którzy są w układach nazywanych przez nich „friends with benefits”, ale tak naprawdę chodzi zazwyczaj o zaspokajanie własnych potrzeb, nic więcej.  Jak mu się nudzi, wysyła do niej SMS-a. „Cześć, co robisz?”. Ona, że nic specjalnego. „No to wpadam”. Trochę jak bezpłatna agencja towarzyska. Nie ma nawet specjalnego dbania o potrzeby drugiej osoby.

Każde po swoje przychodzi.

Każde z nich przychodzi po swój orgazm. To są układy egoistyczne, użytkowe. Zupełnie nie spełnia to definicji przyjaźni. Kiedy kobieta nazywa przyjacielem mężczyznę, z którym sypia, jest to znakiem, że traktuje go bardzo poważnie. Lubi go jako człowieka, zauważa go, akceptuje, szanuje i tak dalej. Nawet jeśli to będzie krótkotrwałe, to będzie głębokie. Nawet jeśli nie wiąże z nim przyszłości, w tym momencie życia traktuje go podmiotowo, nie ogląda się raczej za innymi. W układach, o których wspomniałem przed chwilą, w każdym momencie można zastąpić drugą osobę kimś innym. 

Ja myślę, że ta głęboka, choć może i krótkotrwała relacja, to jest „friends with benefits” właśnie.

To tak. Ale bardzo często słyszę u siebie w gabinecie, że używa się tej nazwy dla relacji niemających nic wspólnego z przyjaźnią. Niekiedy taka nazwa nadawana jest wstecz, dla układów, które właśnie się skończyły.

Żeby włożyć tę relację do odpowiedniej szufladki?

Dana osoba kończy związek, w którym czuła się źle. Nie miała poczucia, że jest szanowana, akceptowana. Więc żeby przed sobą uratować własny honor, mówi, że to był tylko taki „fuck friend”. Nic ważnego. Moja klientka sześć lat spędziła w takim związku i ja słyszę, że to był związek, ale ona nie dopuszcza do siebie takiej myśli. Wypiera to. Poniekąd słusznie, bo on nigdy nie zapytał jej, jak się czuje, czy jest jej dobrze, czy czegoś potrzebuje, czy czuje się zaopiekowana. Jest prawnikiem, dużo pracuje. Wracał do domu – a mieszkali razem! – i odbębniał seks. Kiedy jechali na wakacje, spędzali wspólnie czas tylko w łóżku, bo on przez całe dnie grał w siatkówkę z nowo poznanymi ludźmi. Nie spędzał z nią czasu, bo nie czuł się w związku. Ale czy to było dla niej dobre? Nie, bo się nie czuła podmiotowo. Kiedy pojechali do jego rodziców, przedstawił ją jako koleżankę. To przelało czarę goryczy. Poczuła się dotknięta i z nim zerwała.

Wygląda na to, że się nie dogadali.

Była nim bardzo zafascynowana erotycznie i to ją na początku zaślepiło. Relacje nazywane potocznie „friends with benefits” to często pójście na duży kompromis z samym sobą. Czujesz, że ci coś nie pasuje, ale na bezrybiu i rak ryba, więc się w to wplątujesz. Takie relacje są idealne dla osób z niską samooceną.

Dlaczego?

Osoba z wysoką samooceną, zintegrowana wewnętrznie, świadoma swoich potrzeb, wybrałaby jednak zaspokojenie większości z nich, a nie tylko 10 czy 20%. No, chyba że komuś rzeczywiście bardzo dużo czasu zajmuje na przykład praca, twórczość czy podróże. Wtedy takie układy są dobrym wyjściem.

Choćby ze zdrowotnego punktu widzenia: lepiej uprawiać seks z jedną osobą. Kiła wróciła!

No właśnie. Monogamia jest bardzo dobrym sposobem na unikanie chorób przenoszonych drogą płciową, o ile oczywiście dwie osoby są w tej monogamii. Bardzo często jednak słyszę od osób, które uprawiają seks, nie będąc z kimś w związku, że on im nie daje nasycenia, pełnego zaspokojenia. A to dlatego, że ten seks nie rodzi się z bliskości, intymności. Jest efektem ślizgania się po płytkiej powierzchni. Podobnie jest, gdy idziesz do przydrożnego baru, zjadasz burgera i szybko o tym zapominasz. A o wizycie w eleganckiej restauracji, gdzie nie tylko potrawy były wyjątkowe, ale też obsługa i wystrój, możesz potem opowiadać godzinami.

Seks w płytkiej relacji jest jak słabej jakości burger z blaszaka?

Dokładnie tak.

A zatem w naszej seksualności chodzi nie o szybką konsumpcję, lecz o doświadczanie.

Bardzo dobrze powiedziane! Jeden z moich klientów jest świeżo po rozwodzie. Nie chce wchodzić w kolejny stały związek, na razie wystarczają mu romanse. Poprzedni nie trwał długo, polegał bowiem tylko na szybkich randkach w hotelu, po których ten mój klient nie czuł się specjalnie nasycony, mimo że seks był 10/10. Z nową kobietą także spotykają się w hotelu, ale towarzyszy temu bliskość, czułość, wspólne jedzenie kolacji. Jest kontakt i dopiero to go w pełni zaspokaja. Czuje, widzi, doświadcza człowieka po drugiej stronie. To zupełnie inna jakość przeżywania seksu.

Jest to przyjaźń?

Nie. To pogłębiona relacja seksualna. Ale taka, w której obie osoby traktują się podmiotowo. Kiedy ktoś chce odpocząć po związku, jest to naprawdę dobre wyjście. Jest się wtedy pełnym emocji, smutku, żalu, złości, którymi niechcący można zranić przypadkową osobę, wchodząc z nią w kolejny związek. Zasada „klin klinem” w życiu związkowym nie obowiązuje, wręcz przeciwnie. Równolegle można sobie przerabiać emocje, kończyć żałobę po tamtym „poważnym” związku, a tutaj uprawiać seks i w miarę się kolegować z kimś.

Mamy już dwie grupy, którym rekomendujesz taką formę relacji. Przepracowanych i świeżo po rozstaniu.

Są też osoby, które po prostu nie nadają się do bycia w związku, a zatem mogą w takim niezbyt zobowiązującym układzie realizować swoje potrzeby seksualne.

O! Ja bardzo często słyszę: „nie nadaję się do bycia w związku”, zwłaszcza od tych, którym coś nie wyszło.

Narzekanie to jedno, ale na przykład osoby, które są świadome swoich zaburzeń osobowości, faktycznie powinny unikać związków. Mam na przykład w terapii kierownika sklepu, który ma osobowość dyssocjalną, czyli psychopatyczną. Wyżywa się na swoich podwładnych. Nie umie nad tym zapanować, wie, że podobnie byłoby w relacji, więc nawet nie próbuje. Nie chce nikogo krzywdzić. Inna grupa to osoby niezdolne do empatii. Jeden z moich klientów cierpi, kiedy wraca do domu, ponieważ czeka go wtedy rozmowa z żoną. On jej wysłuchuje, próbuje zrozumieć, wgryźć się jakoś emocjonalnie w jej problemy, ale nie potrafi. Ona mu zarzuca, że się nią nie interesuje, a on naprawdę się stara! 

Ktoś mu powiedział, że tak trzeba, ale on nie ma tej funkcji, nie umie.

Nie umie angażować się w związki i tak naprawdę ich nie potrzebuje, więc niech oszczędzi cierpienia sobie i innym, wchodząc w pełny, poważny związek. Kiedy przychodzi do mnie facet i mówi, że on już z żoną nie może, bo ta cały czas biadoli, to jest duża szansa na to – 70% – że on ma nieprawidłową osobowość i nie jest świadomy swoich deficytów. Ona opowiada mu o swoich emocjach, a on czuje się, jakby po chińsku do niego mówiła. Osobna grupa to ludzie z tzw. osobowością schizotypową. Żyją sami i są świadomi tego, że nie potrzebują do życia drugiej osoby. Czasami godzą się na relację, bo np. rodzice naciskają. Mam klienta po trzydziestce, mieszka w małym miasteczku. Ożenił się, „żeby ludzie nie gadali”, z pierwszą lepszą koleżanką z pracy, która się koło niego kręciła. Ale zaraz po ślubie pojawiły się zaburzenia erekcji. I jest to sprawa raczej beznadziejna, bo on nic do tej kobiety nie czuje. Czas spędza głównie na działce, w odosobnieniu.

On nie chce związku, ale taki dominujący psychopata? Pewnie chce, tylko mu nie wychodzi. Szkoda mi tego kierownika sklepu.

Potrzeby takich osób są zazwyczaj bardzo egoistyczne, nastawione na branie. Można to realizować poza związkiem. Można też nad tym pracować, podobnie jak z osobami uzależnionymi, które także najpierw powinny zająć się swoim uzależnieniem, a dopiero potem wchodzeniem w relacje. Ludzie z osobowością narcystyczną również bywają ciężcy w relacji.

Doszliśmy zatem do wniosku, że „friends with benefits” rozumiane dosłownie jest czymś innym, niż się powszechnie wydaje. Oraz że dla niektórych jest to opcja wręcz rekomendowana.

Tak. Jeszcze chciałbym dopowiedzieć, że nie spotkałem się z sytuacją, żeby przyjaźń przerodziła się w związek. Odwrotnie owszem. Jeśli ktoś z naszych czytelników ma inne doświadczenia, to niech się zgłosi. Chętnie posłucham.

Andrzej Gryżewski – psycholog, seksuolog, psychoterapeuta poznawczo-behawioralny. Założyciel CBTseksuolog.pl.

Przemysław Pilarski – scenarzysta, dramaturg i dramatopisarz. Z Andrzejem Gryżewskim opublikował dwie książki o męskiej seksualności.

Więcej o: