Kiedy najlepiej zakończyć związek? Rozmowa z seksuologiem

Zwykle nie lubimy zmian, jednak czasami trzeba spojrzeć prawdzie w oczy, powiedzieć "dość" i zakończyć związek.... Kiedy to zrobić? Czym różni się toksyczna relacja od wypalonej i która jest gorsza? Przemysław Pilarski pyta seksuologa Andrzeja Gryżewskiego.

Każdy zna przynajmniej jedną parę, która już dawno powinna dać sobie spokój, bo ani nie ma między nimi uczucia, ani seksu i jeszcze na dodatek ciągle się kłócą. Niekiedy bycie razem tłumaczą fałszywie pojętym dobrem dzieci, lecz często w sumie nie wiadomo czym. Pewnie tym samym co wiele innych osób napędza do lęku przed rozstaniem czy porzuceniem. Tymczasem w książce „Jak facet z facetem” mówiliśmy, że rozstanie to zupełnie naturalna sprawa. Podtrzymujesz tę opinię?

Oczywiście. Kiedy kupujesz samochód, komputer, liczysz się z tym, że za ileś lat zestarzeje się i trzeba będzie go zastąpić nowym. Gdy wynajmujesz mieszkanie, jasne jest, że w pewnym momencie skończy ci się umowa i być może trzeba będzie w związku z tym przeprowadzić się do innego.

Życie ma swoje etapy.

A te etapy mają swoje domknięcia. Kiedy się rodzisz, wiadomo, że kiedyś umrzesz. Koniec jest wpisany w cykl życia. To samo dotyczy związków.

Śmierć nie jest niczym przyjemnym i rozstanie też nie musi być. Co nie znaczy, że nie jest czasem wręcz konieczne.

My nie namawiamy tutaj wszystkich do tego, żeby się rozstawali. Mówimy tylko o tym, że gdy czujemy, iż nasz związek się wyczerpał, że nie ma możliwości jego ożywienia, trzeba podążyć za tym odczuciem. Przejść do czynów. Tymczasem wiele osób paraliżuje sama myśl o podjęciu takiego działania.

Dlaczego?

Można je podzielić na dwie grupy: osoby będące w relacjach toksycznych oraz te, których związki po prostu stały się martwe.

Od których zaczynamy?

Trudny wybór. Ale może kontynuujmy wątek wyczerpanych związków. Przed igrzyskami sztafeta biegnie z ogniem olimpijskim, każdy biegacz stara się, żeby płomień nie zgasł. Ale gdy zgaśnie, to co wtedy? Udawać, że nic się nie stało? Zresztą nieważne, bo przede wszystkim jest wstyd. Tak właśnie czuje się wiele osób, które dochodzą do wniosku, że ich związek się wypalił. Wstydzą się.

Czego się wstydzą?

Nie wiedzą, co rodzina powie, co powiedzą znajomi. Mają zakodowane w głowie fałszywe przekonanie, że rozstanie to porażka. Nie kończą więc tej relacji, kierując się poglądem, że nieważne, jaki ten związek jest, ważne, że jest. Nie bardzo chcą się przyznać przed samymi sobą, że coś się skończyło. Wmawiają sobie, że po kilku latach związku żaden człowiek nie pożąda swojego partnera. Ale to nieprawda. I znowu przychodzi mi metafora do głowy – to jakby dokładać nieustannie do firmy będącej na skraju bankructwa.

Konto kiedyś przez to opustoszeje.

No właśnie! Tego typu postawa, brak działania, to jest szalenie wyczerpujące energetycznie. Zwłaszcza że często takie osoby nawiązują jakieś relacje na boku, co prowadzi do tego, że stoją cały czas w szpagacie.

Niezbyt komfortowa pozycja. Więc trzeba pozbyć się lęku przed oceną innych?

Oczywiście, choć to nie takie łatwe. Jeśli się zdecydujemy na rozstanie, to nie mamy obowiązku nikomu się z tego tłumaczyć. Moi teściowie, jak się rozwodziłem, bardzo naciskali na to, byśmy z byłą żoną wyjaśnili im szczegółowo decyzję o rozwodzie. A my woleliśmy powody tej decyzji zachować dla siebie. Nasze życie emocjonalne jest naszą prywatną sprawą i nie musimy się z tego tłumaczyć. Na marginesie dodam, że rozwód to nie koniec świata. Na początku bywa trudno, ale potem można ułożyć sobie życie w bardziej satysfakcjonujący sposób niż dotąd, w zgodzie ze swoimi potrzebami. 

OK, to jest dla mnie zrozumiałe, chociaż w praktyce pewnie to nie takie proste.

Są osoby, które nie tylko boją się porażki, jaką byłby koniec ich relacji, ale też odczuwają lęk przed tym, jak wyglądałaby nowa rzeczywistość. Czy znajdę kogoś? A nawet jeśli znajdę, to co, jeśli źle trafię? To objawy lęku przed zmianą. Jeden z moich klientów miał problem z tym, że po rozwodzie będzie musiał opowiadać nowo poznanym kobietom o sobie, o tym, jak wygląda jego praca, życie, zwyczaje, hobby, nawyki itp. Myślał, że to będzie rutyna, powtarzanie starego scenariusza. Odkrył jednak, że jest to niezwykle fascynujące. Nowa osoba to nowy punkt widzenia, można się dowiedzieć przez to czegoś nowego o sobie. Poza tym warto pamiętać, że mężczyzna długo pozostaje pod wrażeniem, jakie zrobił na kobiecie [śmiech].

Twój klient pewnie też bał się, że ktoś nie zaakceptuje jego nawyków, może również tych łóżkowych.

Lęk przed zmianą oznacza patrzenie przez pryzmat swoich kompleksów. Poprzednia osoba nie lubiła czegoś, następna też pewnie nie będzie za tym przepadać. A niby dlaczego?! Przecież to dwie różne osoby. Mam klienta, który dzięki swojej pracy jeździ po całym świecie. Jest wykształcony, obyty, dobrze zarabia. Ale jest też introwertykiem. Z kolei jego partner, kiedy np. wyjadą na wakacje albo wyjdą gdzieś na miasto, nieustannie nawiązuje nowe znajomości. Mój klient ciągle się z nim porównuje, czuje się gorszy. Ten związek jest już z grubsza wypalony, ale on nie czuje się na siłach, żeby odejść. Boi się, że wszystkie osoby, które będzie poznawał, wezmą go za gbura i milczka. Ten jeden szczegół mocno zaważył na jego samoocenie. Tak zazwyczaj jest, że przez pryzmat kompleksów wytworzonych w istniejącej relacji patrzymy na potencjalne nowe związki.

Jak się tych kompleksów pozbyć?

Bardzo prosto. Mówiąc o nich wprost przy wchodzeniu w nowe relacje. Nowa osoba nie zaprzeczy im nie tylko z grzeczności, ale też dlatego, że w ogóle ich nie zauważy. To nasz wewnętrzny krytyk jest bardzo surowy i je uwypukla.

Ale to jednak wersja dla odważnych.

Najbardziej skutecznym sposobem jest samoakceptacja. Przypomina mi się film „Movie 43”, który składa się z kilkunastu gagów. W jednej ze scen na randce w restauracji spotykają się Kate Winslet i Hugh Jackman, któremu na brodzie wyrosła moszna. Macza ją nieustannie w zupie, rozmawiając przy tym z Winslet jakby nigdy nic. Jest to popisowy pokaz samoakceptacji.

Jedni boją się nowych relacji, a inni są zdania, że nikogo już nie poznają.

Mam wielu klientów, którzy bardzo dużo pracują, przez co nie decydują się na zakończenie mało satysfakcjonującego związku, gdyż zapewnia on im jako takie poczucie bezpieczeństwa.

Jakiego znowu bezpieczeństwa?

Nie czują się samotni; mimo że relacja pozostawia wiele do życzenia, tkwią w niej, gdyż dzięki pracy nie muszą jej poświęcać zbyt wiele czasu, a zawsze jest kogo zabrać np. na służbową kolację. Rozstanie oznaczałoby zupełną samotność i dziwne komentarze za plecami w czasie bankietów.

Inni z kolei twierdzą, że nigdzie człowiek nie może się poczuć tak samotnie jak w związku.

Kiedy patrzę w gabinecie na pary przychodzące na terapię, to widzę, że niektórzy szukają w związku pretekstu, by mieć na kogo zrzucić odpowiedzialność za życiowe porażki. Niekiedy mówią o tym wprost.

Z kolei ludzie o konserwatywnych poglądach mówią, że rozwód to coś niemoralnego.

I to nie tylko na tak zwanej prowincji! Pewna moja klientka, mieszkanka Warszawy, w czasie rozwodu zaczęła spotykać się z innym mężczyzną, który odwiedzał ją często w mieszkaniu. Zaprzyjaźnieni sąsiedzi z góry zaprosili ją niby na drinka, ale tak naprawdę, aby ją umoralnić. Bo to skandal, że rozwód jeszcze nie doszedł do skutku, a ona już „się puszcza”!

Założę się, że sąsiedzi nie są już zaprzyjaźnieni.

Oczywiście. Ta historia pokazuje, jak bardzo konserwatywne – wbrew pozorom – jest nasze społeczeństwo. 

To tłumaczy wyniki wyborów i parę innych rzeczy. Jesteśmy jednak częścią Europy, jeszcze, i jeśli nas nie zabetonują, to może i na tym polu nastąpi kiedyś zmiana. Zresztą ona już następuje. Widać to choćby w sondażowym wzroście poparcia dla związków partnerskich.

To prawda. Ale z drugiej strony jeden z moich klientów, który jest namiętnym użytkownikiem Tindera, zauważył, że w opisach można tam często znaleźć frazę w rodzaju: „Niech się do mnie nie odzywają żonaci, osoby w związkach ani ROZWODNICY”. Na Tinderze! To niesamowite.

Rozwodnicy wyklęci.

W niechęci do rozwodników kryje się bardzo często zazdrość o rozkosz. „Ona miała odwagę zrobić to, czego ja zrobić nie umiem, choć bym chciała – i za to ją publicznie potępiam”.

Od czego w ogóle zaczyna się psuć związek? Od braku seksu? Czy są inne objawy?

To temat rzeka. Ile par, tyle powodów.

Z jakich jeszcze powodów ludzie nie chcą się rozstawać?

Niektórzy ze względu na warunki lokalowe albo finansowe. Ludzie robią sobie bilans budżetu i zauważają, że im się to rozstanie nie kalkuluje. Myślą: „Mieszkamy w jej mieszkaniu. Ja nie mam swojego, musiałbym wynajmować. To oznacza dwa tysiące miesięcznie w plecy”. Wychodzi na to, że bycie w związku jest tańsze. „Co z tego, że ja z nią żyję jak z siostrą, ale mogę sobie kupić konsolę, nowy zegarek i polecieć na wakacje. Jakoś jeszcze rok z nią przeboleję”.

Niektóre pary są wpatrzone
w siebie nawzajem, inne we
wspólny cel, a jeszcze inne...Niektóre pary są wpatrzone w siebie nawzajem, inne we wspólny cel, a jeszcze inne... Princess Diana Archive / Getty Images

Nie da się ukryć, to wymierne zyski. A co z tymi, którzy z chęcią zakończyliby związek, ale „nie chcą ranić tej drugiej osoby”?

Jeśli ktoś tak uważa, oznacza to, że ta relacja nie jest zdrowa, bo nie jest partnerska. Poza tym, nie bierze pod uwagę, jak bardzo rani siebie, tłumiąc swoje potrzeby i zaprzeczając im. Z tego wynikają w przyszłości ciężkie nerwice.

Kolejny argument przemawiający za powiedzeniem „miło było, do widzenia”.

Właśnie! „Miło było”. Zjadłeś loda, został ci tylko patyczek i płaczesz. A przecież przed chwilą ekscytowałeś się wspaniałym smakiem. Warto pamiętać o tych dobrych chwilach. Owszem, już jest koniec, ale przecież kiedyś było fajnie. I niebawem też będzie fajnie, na innym etapie, z innymi ludźmi i lekkim sentymentem do przeszłości. Życie to podróż.

Trzeba wrócić do domu nawet z najwspanialszych wakacji. A jakoś nie widać na lotniskach tłumów płaczących ludzi.

Lepiej, że się wydarzyło, niż jakby się nie wydarzyło. Jedna z moich klientek powiedziała kiedyś, że wszyscy jesteśmy dla siebie etapami, nie tylko jeśli chodzi o związki. I ja się z tym zgadzam.

Patrzenie na rozstanie przez pryzmat bezbolesności nie ma sensu. Musi boleć, ale dojrzali ludzie to przeżyją. Warto też zastanowić się nad bólem, jakiego doświadcza się na co dzień w nieudanej relacji. Jeden z moich klientów był rozliczany przez żonę z każdych dziesięciu minut spóźnienia. Nieustannie podejrzewała, że ją zdradza. Bał się cierpienia, więc zwlekał z rozstaniem, ale kiedy to w końcu zrobił, poczuł wielką ulgę i zrozumiał, że cierpienie w związku było znacznie większe. A to nieprawda, że miłość jest cierpieniem. Miłość to bliskość, troska, zaangażowanie, pożądanie, zrozumienie, czułość, radość, bezpieczeństwo, odpowiedzialność i szaleństwo. A nie cenzurowanie, kastrowanie, rozliczanie, nieufność, wypominanie, awantury, przemoc, ubliżanie, więzienie, cierpienie i upokorzenia. Związek ma być przywilejem, a nie obowiązkiem i skazaniem.

Tutaj chyba zbliżamy się do toksycznych związków, o których również mieliśmy porozmawiać.

Związek toksyczny boli cały czas, rozstanie może oznaczać chwilowe natężenie bólu, ale później się poukłada.

Poboli, poboli i przestanie.

Tak to działa. Wyjście z toksycznego związku nie jest jednak rzeczą łatwą. W relacji wypalonej masz constans. Nic się nie dzieje. Natomiast w toksycznej żyjesz jak na karuzeli. Ciągle ktoś kołysze łódką. Jedna z moich klientek jest w związku z mężczyzną, który przez większość czasu zupełnie o nią nie dba, nie widzi nawet potrzeby, żeby do niej zadzwonić. Raz na jakiś czas organizuje jednak superrandkę. Dla niej to są nawet cztery randki w jednej, bo najpierw idą do fly spotu, potem do kina, potem na kolację, a potem do mieszkania, w którym uprawiają seks. Później on znowu się nie odzywa przez kilkanaście dni. Jej to przeszkadza, ale ma w głowie nadzieję, że powtórzy się ten wspaniały czas. Kiedyś były przeprowadzane badania nad wzmocnieniami i wyszło z nich, że najbardziej wiążące są dla nas wzmocnienia nieregularne.

Co to znaczy?

To znaczy takie, których nie jesteśmy w stanie przewidzieć.

Nigdy nie wiem, kiedy dostanę cukierka.

Tak. I czekam. Bo a nuż stanie się to za chwilę? Nie mogę odejść, przecież za moment może pojawić się cukierek! Hazard w czystej postaci.

Osoby tkwią w toksycznych relacjach, bo nigdy nie wiedzą, kiedy tego cukierka dostaną. To samo dotyczy związków, w których występuje przemoc albo problem z uzależnieniem. „Przecież już kiedyś nie piła”. „Przecież był taki miesiąc, że nie oglądał porno”. „Przecież przez jakiś czas nie chodził co wieczór do kasyna”. Ta grupa ma tendencję do tłumaczenia, usprawiedliwiania tej drugiej osoby. „Przepracowany jest, to musiał się napić”.

Zahaczamy chyba o temat współuzależnienia…

To bardzo częsty problem w takich relacjach. Kiedy przychodzą do mnie na terapię kobiety współuzależnione, bywa, że zauważam u nich specyficzny rodzaj przywiązania do nałogu partnera. Kiedy pije, mogą go nieustannie kontrolować, narzekać na niego, robić z siebie ofiarę. Kiedy przestaje pić, zaczyna się szukanie dziury w całym. Nie sprząta po sobie, mało zarabia i tak dalej. Patrząc z boku, można zadać sobie pytanie: z jakiego powodu facet zaczął pić? Czy nie z powodu czepiającej się o wszystko żony? Warto spojrzeć szerzej na problem, zanim zacznie się kogoś osądzać. Osoby, które wyszły z toksycznych relacji, nie potrafią się odnaleźć w normalnych związkach. Są uzależnione od adrenaliny, poczucia niepewności. To samo dotyczy dzieci z takich rodzin. Tego typu związki to złożony problem. Zdarza się, że przychodzą do mnie klienci, którzy chcą to zakończyć, i są bardzo zaskoczeni, kiedy im mówię, że nie tylko ich relacja jest chora, ale i oni wymagają terapii. Inaczej będą ciągle wikłać się w takie historie.

Skoro myślą, że wymiana partnera wszystko załatwi, to pewnie nie widzą w sobie winy?

Kiedy tkwisz w toksycznej relacji, odpowiedzialność za to przelewasz na drugą osobę. „Gdyby ta osoba tylko się zmieniła, gdyby nie piła, gdyby nie ćpała, gdyby nie zdradzała”… A to tak nie działa.

Co zrobić, kiedy w trakcie rozstania słyszysz od kobiety, że zmarnowałeś jej życie?

Odciąć się od tego. Nie ma sensu tego słuchać, bo osoba, która z tobą była, każdego dnia na nowo wybierała ten związek. Mogła odejść w każdym momencie, jeśli czuła, że ten związek nie był z nią w zgodzie. To oczywiste, że pojawia się w takim momencie żal po stracie, że osoba porzucona całą odpowiedzialność przeniesie na ciebie. Ale jak chce o tym porozmawiać, niech idzie do specjalisty albo zadzwoni do przyjaciela. „Ze mną już o tym nie rozmawiaj. Próbowaliśmy wielokrotnie, nie udało się. Ja już nie chcę”. Taka odpowiedź wystarczy. 

Andrzej Gryżewski – psycholog, seksuolog, psychoterapeuta poznawczo-behawioralny. Założyciel CBTseksuolog.pl.

Przemysław Pilarski – scenarzysta, dramaturg i dramatopisarz. Z Andrzejem Gryżewskim opublikował dwie książki o męskiej seksualności.

Więcej o: