Jak utrzymać seks w związku? Rozmowa z seksuologiem

Było pięknie. Poznałeś najwspanialszą kobietę świata. Seks był cudowny. Związaliście się i nagle wszystko się zmieniło. Dlaczego? Przemysław Pilarski pyta seksuologa Andrzeja Gryżewskiego.

Filmy romantyczne kończą się zawsze w momencie, kiedy po licznych perypetiach para rzuca się sobie w ramiona, całują się, pada deszcz, a przechodnie biją im brawo. I niby wszystko fajnie, ale przecież wtedy zaczyna się najciekawsze: życie. W filmach romantycznych o życiu ani słowa.

Jest dużo nie tylko filmów, ale i książek, również psychologicznych, o tym, jak wchodzić w relacje. Sam niedawno napisałem taką z Katarzyną Miller. Nosi tytuł „Być parą i nie zwariować”, odsłaniamy w niej tajniki budowania zdrowej relacji. Przeciętny konsument liter czy obrazków wie zatem, jak poderwać drugą osobę, przynajmniej teoretycznie, choć oczywiście nadal nie jest to łatwe. Ale jak utrzymać związek – o tym już tak łatwo się nie dowie.

A przecież wiadomo, że pożądanie wygasa po jakimś czasie. I cały dowcip polega na tym, żeby je utrzymać.

Z jednej strony za ten stan rzeczy odpowiada spadek fenyloetyloaminy, która wydziela się na początku relacji i utrzymuje nas „na haju”. A że permanentny haj nie jest zdrowy, to po jakimś czasie zanika. Rozmawialiśmy o tym i na łamach „Logo”, i w naszych książkach. Zainteresowanych odsyłam do lektury, bo ja bym chciał tutaj poruszyć inny wątek – że tak powiem – wskazać innego sprawcę. W dobrym związku działają bowiem dwie siły. Jedna z nich to siła bliskości, a druga, o czym często się zapomina – siła separacji.

Jak to?

No właśnie. W związku ważne jest nie tylko to, żeby być blisko, ale też żeby się nie zlewać. O tym rzadko się mówi. Ciągle słyszymy, żeby stawiać na miłość, bliskość, żeby być dla tej drugiej osoby. Ale to tylko jedna strona medalu.

Powiedziałeś „nie zlewać się”. Czyli nie tworzyć modelu à la papużki nierozłączki, które występują tylko w liczbie mnogiej i wszystko chcą robić razem. Znam takie pary, na kilometr jedzie od nich toksyną.

Nierozłączkami mogą być papużki, ludzi natura zaprogramowała w inny sposób. Ale kiedy o tym opowiadam, słyszę często pomruki niezadowolenia: „Być w związku i się separować? To po co w ogóle być w związku?”. Wynika to rzecz jasna z powierzchownego rozumienia słowa „separacja”. W związkowej separacji chodzi o to, żeby nadal być sobą, a nie żeby pokazać drugiej osobie, że jest nieważna czy niepotrzebna.

PRZECZYTAJ TEŻ: Toksyczny związek, toksyczny seks. Rozmowa z seksuologiem

To jakby przeprowadzanie sondy ulicznej mylić z uliczną gastroskopią.

W języku polskim te same słowa kryją w sobie wiele znaczeń. Separacja w związku to dbanie o własną autonomię. A bardzo łatwo ją utracić w pierwszej fazie relacji, kiedy szaleją hormony i chcemy jak najwięcej czasu spędzać z tą drugą osobą. Ludzie zaczynają mieszkać razem albo nawet nie – i bez tego łatwo utracić swoją tożsamość.

Jak to się przejawia?

Przychodzi do mnie, dajmy na to, kobieta, która mówi, że nie poznaje teraz swojego męża. Jak zaczynali się spotykać, był pełen życia, poczucia humoru, inicjatywy. A teraz? Stary kapeć, nic z niego wykrzesać nie można, zero energii. Pytam ją: „A co go wcześniej ładowało?”. Odpowiada, że chodził z kumplami na mecze. No to dlaczego teraz tego nie robi? Ona mówi, że to głupie. I mamy odpowiedź! Dwa plus dwa równa się cztery. Zrezygnował ze swojej pasji, bo albo uznał, że w małżeństwie „nie wypada” …

…albo żona tak uznała za niego.

Tak czy owak, zrezygnował z czegoś, co było tylko jego, co kochał, co dawało mu kopa – i nie zostało nic. Kiedy jesteśmy w związku, naprawdę nie trzeba spędzać ze sobą 100% czasu. To w oczywisty sposób przekłada się również na seks.

'.ona tego seksu nie chce,
bo on w niej w ogóle nie budzi
pożądania. Mówi mu, że jest
bezpłciowy, pozbawiony energii.
A sama do tego doprowadziła.'.'.ona tego seksu nie chce, bo on w niej w ogóle nie budzi pożądania. Mówi mu, że jest bezpłciowy, pozbawiony energii. A sama do tego doprowadziła.'. La Gueule Ouverte (1974)

Kiedy mamy kogoś za dużo, nie chcemy z nim uprawiać seksu?

To też, ale i kiedy ktoś zostaje odcięty od źródeł energii, nie ma na seks ochoty. Na dodatek wchodząc w związek, poznajemy wady tej drugiej osoby, na przykład ona dowiaduje się, że on jest bałaganiarzem, nie lubi się myć przed snem i zmienia koszule co trzy dni, on z kolei uświadamia sobie, że jej PMS nie trwa dzień czy trzy, tylko cały tydzień, co przy przemnożeniu przez liczbę miesięcy daje w roku 12 tygodni, w czasie których lepiej do niej nie podchodzić. To także wpływa na pożądanie. Mam klienta, którego nadrzędną potrzebą jest sen. Lubi spać i musi się wyspać, inaczej w ciągu dnia nie funkcjonuje.

To zupełnie jak ja.

On sobie narzucił dyscyplinę. Codziennie kładzie się o 22:00.

To zupełnie nie jak ja…

To jak pruski cesarz. I w ten jego niemal żołnierski ordnung wkradła się partnerka. Zamieszkali razem. I od tamtej pory, kiedy on wieczorem próbuje zasnąć, słyszy głosy.

Zwariował z nadmiaru szczęścia?

Nie. To ona rozmawia przez telefon z przyjaciółkami, które dopiero teraz mogą rozmawiać, bo położyły dzieci spać. Ten maraton rozmów trwa kilka godzin; ona jest przyzwyczajona do tego, że ma te przyjaciółki na głośnomówiącym, bo wtedy może coś sobie porobić w trakcie tych pogaduszek. Wiadomo, multitasking jest w cenie [śmiech]. A jego szlag trafia, bo się nie wysypia. Ona wstaje o 10:00, więc kiedy nagada się i położy, to i tak się wyśpi. A on wstaje o 5:00 nieprzytomny. No i co? Związek im się rozjeżdża przez taką – pozornie – głupotę. On jest na nią wkurzony za to, że nie może spać, ona na niego, że on próbuje ją ograniczać. Jak łatwo zgadnąć, nie przekłada się to na namiętny seks. Raczej przeciwnie.

Zdaje się, że w każdej parze prędzej czy później wyjdą na jaw takie rzeczy.

Trzeba rozmawiać. Ludzie boją się konfrontacji, więc bardzo często duszą w sobie to, co chcieliby powiedzieć tej drugiej osobie. Boją się, że to wywoła awanturę i jeszcze pogorszy sprawę. A przecież kiedy jedziesz samochodem i coś ci stuka pod maską, nie myślisz sobie: „Nie pojadę do mechanika, bo jeszcze bardziej zepsuje”. Od razu zasuwasz do warsztatu, bo wiesz, że za kilka dni auto może w ogóle przestać jeździć. Tak samo w związku: kiedy pojawiają się problemy, trzeba je rozwiązywać, a nie zamiatać pod dywan, bo któregoś dnia będziesz szedł po tym dywanie i się potkniesz.

PRZECZYTAJ TEŻ: Waginosceptyczni, czyli o seksie millenialsów. Rozmowa z seksuologiem

No, zaraz. Jestem w stanie sobie wyobrazić, a nawet sam tego doświadczyłem, że takie próby zwracania czyjejś uwagi na to, że coś jest nie tak, kończą się jednak awanturą. 

Ważny jest styl komunikacji. Jeden z moich klientów ma na przykład problem z tym, że jego partnerka nigdy nie przychodzi na umówioną godzinę. Zawsze się spóźnia, a na jego uwagi odpowiada z bagatelizującym śmiechem: „A, zagadałam się przez telefon!”, „A, wpadłam po drodze do sklepu!”. I tak dalej. W jego głowie pojawiło się wskutek tego podejrzenie, że jej na nim nie zależy. W efekcie zaczął się od niej odsuwać w łóżku. Ona, rzecz jasna, nie ma pojęcia o jego podejrzeniach, no bo skąd. On mi mówi podczas terapii, że jej nie powie, bo wyjdzie na głupka.

Czy ja wiem?

Ja też nie wiem, dlaczego miałby wyjść na głupka, mówiąc o swoich uczuciach. Ale OK. Sugeruję mu, żeby powiedział: „Wiesz co, przyszła mi taka głupia myśl do głowy, że jak ty się tak spóźniasz na te nasze spotkania, to może ci na mnie nie zależy?”.

Powinno zadziałać.

Jeśli jest empatyczna, to tak, a jeśli nie jest, to może on ma rację i jej faktycznie na nim nie zależy. Prawdopodobnie jednak powie, że po prostu nie pomyślała, że on to tak odbierze. Miała prawo nie pomyśleć, ponieważ wchodząc w związek, nie nabywamy automatycznie umiejętności czytania w myślach tej drugiej osoby. Hogwart istnieje tylko w „Harrym Potterze”.

Kwestia spóźniania jest raczej prosta do rozwiązania. Ale co, kiedy ktoś ma jakiś irytujący nawyk, który jest dla niego być albo nie być?

Ale czy naprawdę trzeba się od razu irytować czyimiś nawykami? Jeśli w parze oboje zachowujecie swoją tożsamość, dajcie sobie prawo do nawyków, nawet tych najdziwniejszych. Ludzie po wejściu w związek za wszelką cenę chcą się zmieniać. Po co? To kosztuje tyle energii. Jeden z moich klientów jest dyrektorem w dużym banku, a w wolnych chwilach lubi sobie w garażu kuć metal. Takie ma hobby i już. Jego żonie to przeszkadza. Wstydzi się sąsiadów. Ale czy to jego kucie naprawdę jakoś wpływa na jej życie? Niech sobie kuje, jak ma taką potrzebę. A ile ja się nasłuchałem od facetów o tych „głupich serialach”, które oglądają kobiety, o tych „waginaliach”, kiedy one spotykają się na kilka godzin, mówiąc bez przerwy, chociaż nie słuchają się wzajemnie.

Scena jak z „Dnia świra”.

Zamiast świrować, warto zająć się swoim życiem. Ona spotyka się z przyjaciółkami, to ja sobie w tym czasie pomajsterkuję. On kuje metal, ja posłucham w tym czasie audiobooka. Traktujmy partnera, partnerkę jak kosmitę, który ma prawo do swoich dziwactw. Po powrocie ze swoich kosmosów padniecie sobie w ramiona, jakbyście dawno się nie wiedzieli.  I prawdopodobnie wylądujecie w łóżku. Nieraz w związkach toczą się zupełnie niepotrzebne batalie o te dziwactwa. Matka mojego klienta była na przykład fanką telenoweli, coś jak „Zbuntowany anioł”.

O związku w 'Annie Hall' Woody'ego Allena:
- Ty nie lubisz nowości.
- Prosiłem, byś przyprowadziła koleżankę
z kursu, to zrobimy to we troje.
- To jest chore!
- Nie miało być zdrowe, miało być nowe.O związku w 'Annie Hall' Woody'ego Allena: - Ty nie lubisz nowości. - Prosiłem, byś przyprowadziła koleżankę z kursu, to zrobimy to we troje. - To jest chore! - Nie miało być zdrowe, miało być nowe. AQUARIUS LIBRARY

Może być.

Mąż tego nienawidził i ciągle jej dogadywał, kiedy tylko włączała telewizor. Więc ona uciekała się do podstępu i kiedy tylko zbliżała się emisja tego „Zbuntowanego anioła”, wysyłała go na zakupy na odległy bazarek, gdzie były ponoć najlepsze warzywa, najlepsze mięso, najlepsze wszystko. W jedną stronę jechał 40 minut, a kiedy wracał, zastawał ją zrelaksowaną, bo obejrzała swój ulubiony serial. Zasada jest prosta: jeśli jego, ją coś pozytywnie ładuje, to tego nie odbierajmy, bo sami na tym stracimy. 

Sama miłość nie wystarczy.

To jak z rozpalaniem grilla. Jest kupka węgla, pali się, ale trzeba ją czymś otoczyć, taką czapą, żeby wiatr jej nie zgasił. Tą czapą jest zachowanie własnej tożsamości w relacji. Wtedy pod spodem ciągle będzie tlił się płomień. Jeśli poodcinamy drugiej osobie drogi separacji, ona nie będzie w nas budziła pożądania. Mam w terapii parę, w której to ona poodcinała te drogi partnerowi. Sama chodzi na zakupy, ogląda seriale, spotyka się z przyjaciółkami. On wraca z pracy i w zasadzie tylko czeka na wieczór, kiedy mogliby uprawiać seks. Ale ona tego seksu nie chce, bo on w niej w ogóle nie budzi pożądania. Mówi, że jest bezpłciowy, pozbawiony energii. A sama do tego doprowadziła, odcinając go od kolegów. 

Chcesz mieć udany seks w związku? Bądź sobą i nie rezygnuj ze swoich prywatnych przyjemności!

To bardzo ważne. Problemem rozsadzającym związki od środka jest też często robienie sobie w głowie zakładów. „Nie powiedziała mi wczoraj, że mnie kocha, to ja dzisiaj jej też nie powiem”. I po tygodniu już chodzą oboje naburmuszeni! Ludzi w przedziwny sposób ciągnie do wzajemnego testowania się. Ona wtedy nie powiedziała „kocham cię”, bo wróciła zmęczona po pracy, ale zauważyła, że on też nie powiedział, więc postanowiła zaczekać, aż powie, nie wiedząc, że dokładnie w tym momencie on ją testuje. I po co to wszystko?

PRZECZYTAJ TEŻ: Zaburzenia erekcji - czy mężczyzna powinien się nimi martwić? Rozmowa z seksuologiem

Intryga jak ze „Zbuntowanego anioła”.

Lepiej obejrzeć w spokoju serial i nie buntować się na separację.

Andrzej Gryżewski - psycholog, seksuolog, psychoterapeuta poznawczo-behawioralny. Założyciel CBTseksuolog.pl.

Przemysław Pilarski - scenarzysta, dramaturg i dramatopisarz. Z Andrzejem Gryżewskim opublikował dwie książki o męskiej seksualności.

Więcej o:
Komentarze (1)
Jak utrzymać seks w związku? Rozmowa z seksuologiem
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • Gość: Misia52

    0

    Bardzo ciekawy artykul. Mam jednak pytanie dot. jednego zdania, a mianowicie:"jesli jego, ja cos pozytywnie laduje, to tego nie odbierajmy, bo sami na tym tracimy"... moj mąż doszedl do wniosku, ze go pozytywnie ładują kontakty i flirty z dawnymi znajomymi ze studiow. Ok kontakty rozumiem, ale flirty z mowieniem sobie "kochanie", czy inne czulosci są dla mnie trudne do zniesienia - nawet jezeli w tynm nie ma seksu, dla mnie to jest zdrada emocjonalna. Nawet jezeli on mowi, ze ja na tym korzystam a on dostaje dawke pozytywnej energii. I co zrobic z takim "kwiatkiem"? :)

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX