Wywiad: Kamil Tarka - trener e-sportu.

Jak zacząć przygodę z e-sportem? Jak zostać profesjonalnym graczem? I dlaczego większości to się nie uda. Rozmowa z Kamilem Tarką, trenerem e-sportu, o jego pracy.

Gdy ktoś pyta pana o zawód, co pan odpowiada?

Kamil Tarka: Trener sportów elektronicznych.

I nie trzeba tłumaczyć, o co chodzi?

Jak widzę po twarzy człowieka, że nie wie o czym mówię, dodaję, że to gry komputerowe. Wtedy zwykle wszystko jest jasne, choć zdarza się, że ktoś pyta: „Ale jak to? Jak to można trenować?”. I zaczyna się rozmowa. Przynajmniej raz dziennie przez to przechodzę.

Więc to ten moment. Co robi taki trener? Da się to porównać z pracą trenera piłkarskiego?

Sam e-sport porównałbym do boksu. Jest poziom zawodowy, gdzie są duże pieniądze, a relacje z zawodów pokazuje się są w telewizji, ale jest też poziom amatorski, gdzie walczy się w turniejach z potrzeby rywalizacji, ale też z myślą o przejściu na zawodowstwo.

A jeśli porównywać do piłki nożnej, to w e-sporcie trenerzy, którzy zajmują się zawodowcami, nie muszą pracować nad ich umiejętnościami indywidualnymi czy poznaniem gry, tak jak Zidane ma w Realu Cristiano Ronaldo przygotowanego przez innych. On tylko ustawia drużynę tak, aby wszystko działało, buduje komunikację, motywuje. A moja rola trenerska polega na tym, by młodym ludziom pokazać czym jest rywalizacja, wyszkolić ich, rozwinąć umiejętności i przygotować psychologicznie. Uczę podstaw i szkolę młodych ludzi, aby mogli zostać profesjonalistami.

Czym różni się granie dla przyjemności od grania zawodowego?

Zawodnik nie patrzy na grę jak na rozrywkę, tylko jak narzędzie do rywalizacji. Na turnieju nie zastanawiasz się w co grasz, tylko przeciw komu. Nie podziwiasz grafiki, bo każdy piksel na mapie turniejowej znasz na pamięć. Liczy się to, jak się zachowa przeciwnik i czym go zaskoczysz.

Czy dla e-sporowca gra przeciw komputerowi ma jakikolwiek sens?

Nie ma żadnego. Już po kilku godzinach komputer przestaje być godnym przeciwnikiem. Wiadomo, że jest uczenie się maszynowe, ale w e-sporcie chodzi o rywalizację przeciwko ludziom.

Czy pan wcześniej sam był zawodnikiem e-sportu?

Tak. Grami komputerowymi zająłem się, gdy kontuzja kolana wykluczyła mnie z uprawiania lekkoatletyki i piłki nożnej. Zacząłem grać przed monitorem, choć w domu była nas piątka do jednego komputera i trudno było się dopchać. We mnie była już jednak ta sportowa rywalizacja i zacząłem szukać gier, w których innej osobie mogłem pokazać, że jestem lepszy. Tak trafiłem na „Counter Strike’a” [jedna z najbardziej popularnych gier e-sportu – przyp. red.]. W pierwszych lokalnych zawodach startowałem mając 13 lat i czasami musiałem wymykać się ukradkiem z domu, jeśli turniej był wieczorem gdzieś w kafejce.

Dlaczego ukradkiem?

Rodzice absolutnie nie rozumieli dlaczego gram. Ja też nie potrafiłem wówczas wytłumaczyć im, po co to robię, ani wyjaśnić jak biorę udział w turnieju, skoro „to tylko strzelanie na komputerze”. Rodzice mocno ograniczali mi możliwość grania i dość szybko skończyłem z byciem zawodnikiem, ale w tym roku, po 14 latach, wróciłem do tej roli i udało mi się wygrać razem z młodzieżą, którą uczę, turniej w Jeleniej Górze.

A jak pan został trenerem?

E-sport tak mnie cieszył, że skoro nie mogłem być zawodnikiem, to chciałem chociaż pomagać graczom. Stworzyłem portal o grach elektronicznych, ale pisanie nie było dla mnie, więc zacząłem szukać dalej i zostałem menedżerem w organizacji Betsson Voodoo Gaming, gdzie przez lata występowali zawodnicy z najwyższej półki, którzy wyjeżdżali na turnieje do Szwecji czy Korei. Ja pomagałem te wyjazdy organizować, zajmowałem się całą logistyką.

Aż w 2010 r. weszła ustawa antyhazardowa, która zakończyła naszą współpracę z Betssonem.

Drużyna przestała istnieć?

Istniała, ale bez finansów, które pozwalałby się dalej rozwijać, a mieliśmy już graczy, którym płaciliśmy normalne pensje, jeden wyjazd drużyny do Szwecji to koszt rzędu 12-16 tys. zł... Wtedy na dwa lata porzuciłem e-sport, zmieniłem całkowicie branżę. Ale okazało się, że kiedy ja dorosłem, mój najmłodszy brat został już sam z komputerem i też chciał iść w kierunku e-sportu. Tyle, że totalnie przesadzał. Spędzał nawet po kilkanaście godzin przed monitorem. Trzeba było albo mu pomóc, albo tego zakazać. Zacząłem czytać o trenowaniu, szukać metodyki pracy z młodzieżą i dziećmi, a z drugiej strony rozkładałem gry na czynniki pierwsze i szukałem sposobów, jak graczowi pomóc, by nie musiał tyle czasu spędzać przy klawiaturze. Okazało się, że mój ograniczony dostęp do komputera w dzieciństwie bardzo mi pomógł. Dzięki temu bardzo skrupulatnie przygotowywałem każdą minutę grania, bardzo dużo myślałem o rozgrywce i nawet nie wiedząc o tym, robiłem – jak to nazywają psychologowie – trening wyobrażeniowy: wizualizowałem sobie jak moja rozgrywka ma wyglądać i czekałem na ten moment, kiedy będę mógł usiąść i zagrać. Przydało mi się to, gdy trenowałem brata, a potem jego kolegów. W 2013 r. zabrałem brata i jego drużynę na pierwszy turniej, gdzie zajęli czwarte miejsce.

Od kogo pan się uczył zawodu?

Gdy ja zaczynałem, nie było od kogo. Oczywiście można było podpatrywać Koreę, ale to było trudne bez znajomości języka. Zresztą u nich jest: pobudka, trening, śniadanie, trening, obiad, trening, kolacja, spanie i  od nowa. W Europie ciężko sobie wyobrazić taki reżim. Wzorowałem się zatem na trenerach sportów tradycyjnych. W opracowanej przeze mnie jednostce treningowej jest więc element rozgrzewki, element wiedzy do przyswojenia, element treningowy i element gry wspólnej.

Ilu pana wychowanków zostało profesjonalnymi graczami?

Jeśli mówimy o zawodnikach drużyn, które faktycznie odnosiły sukcesy, to z tysięcy osób które trenowałem, wybiło się tylko kilka. Wskazałbym pięciu, może sześciu zawodników, którzy radzą lub radzili sobie na scenie zawodowej. I tak jak w piłce nożnej 93-95% młodych ludzi, którzy byli na treningu nie zostaje piłkarzami, tak w e-sporcie jest jeszcze gorzej, jeszcze trudniej przejść na profesjonalizm. W piłce ktoś przygotowuje się 7-8 lat, dostaje się do klubu z ekstraklasy, ma szanse wyjechać za granice, ewentualnie grać w 1.czy 2. lidze. Kariera trwa ileś lat. A w e-sporcie jeden z moich graczy spędzi sezon w lidze profesjonalnej i okazuje się, że na następny nie ma angażu i po pół roku wraca do kraju i musi szukać zajęcia.

W jakich krajach są najbogatsze i najlepsze ligi e-sportu?

Zależy o jakiej grze mówimy, ale ciekawymi kierunkami, jeśli chodzi o popularną „League of Legends”, są Turcja, Rosja i Hiszpania. To przedsionek najlepszej ligi czyli LCS Europe. Ale mam gracza, który był przez pół roku na kontrakcie w Meksyku. W Polsce też organizuje się liga e-sportowa, gdzie gracze są zauważani i brani do zagranicznych lig. A jeśli tam są w stanie wywalczyć sobie miejsce w składzie – bo w e-sporcie też jest ławka rezerwowych – to mogą się pokazać, zarobić i próbować iść dalej. Ale ja bardziej cieszę się np. z chłopaków, których nauczę rywalizacji i którzy świadomie potem... rezygnują z grania. Może to przewrotne, ale cieszę się, że mam wychowanków, którzy zajęli się np. footballem amerykańskim.

No właśnie, ja czuję, że pan poprzez zainteresowanie dzieciaków e-sportem chce je odciągnąć od komputerów.

Większość zajęć, które prowadzę nie odbywa się przy komputerach. Bo nie jest sztuką grać i podwajać liczbę godzin przed monitorem. My na zajęciach – mówię my, bo już nie jestem sam, szkolimy także trenerów – gramy, ale np. w papier, kamień, nożyce, uczymy myślenia logicznego i strategicznego, omawiamy teorię gier. Czasami zajęcia prowadzimy na salach gimnastycznych. Chodzi też o to, aby wykruszyli się ci, którzy chcą tylko „pograć w grę”.

Na początku sprawdzamy, kto może być uzależniony od komputera, bo jeśli takiej osobie damy dodatkowo wytłumaczenie: „Trener mi powiedział, że mam grać”, to jest to niebezpieczne. Uświadamiamy też rodziców, na co mogą dzieciom pozwolić, a kiedy powiedzieć stop, bo my na zajęciach nie wiemy, czy dziecko dopiero usiadło przy komputerze, czy gra od 10 godzin.

Te zajęcia są w szkołach?

Tak. Jestem autorem programu innowacji pedagogicznej uczącej umiejętności przy wykorzystaniu gier komputerowych z elementami programowania. Są więc szkoły, gdzie e-sport jest na świadectwie zaraz obok religii. Nie jest wliczany do średniej, ale jest oceniany.

Ilu jest w Polsce trenerów e-sportu?

Wiele osób teraz się tym zajmuje, ale gdybym miał wyliczyć trenerów, których obserwuję i faktycznie szanuję za to co robią, to byłoby ich dziesięciu, może jedenastu.

Jak wyglądają zarobki trenera?

Nie wiem jak jest z trenerami profesjonalistów, bo nigdy takiego kontraktu nie widziałem, ale nie zawsze można się tylko z tego utrzymać. Niektórzy trenerzy drużyn są przyjęci na etat, inni pracują z doskoku. To dopiero się rozwija. Wiem jak jest u mnie – mam płacone za zajęcie, tyle że szkół, w których uczę, jest naprawdę dużo.

Ma pan stawki jak nauczyciel?

Z grubsza tak, choć dochodzą jeszcze takie kwestie jak dojazd na zajęcia, tak więc jak na nasze warunki nie są to złe zarobki. Od kilku lat utrzymuję się wyłącznie z tego. Udało się też stworzyć miejsce pracy dla 12 osób i poszukujemy kolejnych.

Pan jest cały czas w rozjazdach?

Można powiedzieć, że żyję w trasie. Mój ostatni tydzień wyglądał tak, że w poniedziałek pojechałem z Tarnowa, skąd jestem, do Radomia. Wróciłem. We wtorek do Piekar Śląskich. Wróciłem. W środę pojechałem do Warszawy, a stamtąd do Wrocławia. Z Wrocławia na Mazury do Morąga i to już był czwartek. Z Morąga w piątek rano do Bydgoszczy. Stamtąd w sobotę rano znów przyjechałem do Warszawy. Potem do Gdańska i z powrotem na Śląsk.

Policzył pan ile kilometrów pan nabija?

Tak. Średnio mam 8700 km każdego miesiąca. Rocznie wychodzi jakieś 88 tys. km, bo liczę tylko rok szkolny. W wakacje do auta nie wsiadam.

W wakacje ma pan... wakacje?

O nie. Nie jest tak dobrze. W ubiegłe wakacje z Komputronikiem i Lenovo prowadziliśmy wspólną akcję, więc siedziałem przez miesiąc w Poznaniu, wcześniej pół miesiąca trwały przygotowania. Do domu wróciłem na trzy dni i pojechałem z młodzieżą na obóz.

No właśnie, kwestia wieku. Kiedy trzeba zaczynać, by zostać zawodowcem? 15-latek ma jeszcze szansę?

Uważam, że tak. Ale gdy ma się 18 lat, trzeba już sobie zadać pytanie, czy jest sens iść dalej w e-sport. Zaczynają się studia, niektórzy muszą sami się utrzymywać. Oczywiście są tacy, którzy idą vabank, stawiając wszystko na e-sport, ale jeśli mając 18-19 lat ktoś jeszcze nie rywalizuje na najwyższym poziomie, to już pewnie nie będzie. A gdy człowiek po studiach zamiast iść do pracy, mieszka u rodziców i wieczorami próbuje jeszcze grać – a znam takie przypadki – to już powinien mieć świadomość, że nic z tego nie będzie, bo zawsze się znajdzie 17-latek, który ma na to więcej czasu i dla drużyny jest bardziej perspektywiczny.

Jak długo można grać zawodowo?

Są gracze, którzy mają ponad 30 lat, ale to jest pierwsze pokolenie i jeszcze nie wiemy, jak długo może trwać taka kariera.

A kariera trenera? To może być zajęcie do emerytury?

Mam taką nadzieję! Nie chciałbym zmieniać zawodu.

Więcej o: