Wiktor "TaZ" Wojtas: wywiad z zawodowym graczem

Żywa legenda polskiego e-sportu. Zawodowy gracz w "Counter Strike'a"; który w karierze wygrał 58 oficjalnych turniejów. Skończył 32 lata, a kariery kończyć nie zamierza.

Grasz w jedną grę już prawie 20 lat. Nie nudzi się?


Ani na chwilę.

Ale to jednak jak w pracy…


Ja nie traktuję „CS-a”, jak swojej pracy. Uważam, że inne podejście byłoby niewłaściwe. Kiedy robisz coś z pasją, nie odczuwasz przymusu. W normalnej pracy każdy dzień wygląda podobnie – przychodzisz i robisz swoje. W e-sporcie jest inaczej. Przez ostatni miesiąc co drugi dzień graliśmy oficjalny mecz. To ogromne nagromadzenie stresu i adrenaliny, bo raz wygrywasz, a raz przegrywasz.

Kiedyś też tak było?


Kiedyś musieliśmy wygrywać, aby się utrzymać. Profesjonalne granie zaczęło się na studiach, które opłacałem z wygranych w „CS-a”.

W 2010 r. twoja drużyna stała się jedyną, która wygrała mistrzostwa świata bez pomocy jakiejkolwiek organizacji. Byliście po prostu piątką kolegów, którzy nie znaleźli sobie równych.


Mieliśmy drużynę z charakterem i wiedzieliśmy, że stać nas na wygraną. Z drugiej strony byliśmy pod ścianą i musieliśmy wygrywać, żeby iść dalej, żeby się rozwijać.

Cofnijmy się w czasie jeszcze bardziej, do samych początków polskiego e-sportu, który rodził się w kafejkach internetowych. Pamiętasz swój pierwszy mecz?


Jakby to było wczoraj. Stres był taki sam, jak dziś na wielkiej scenie przed tysiącami ludzi. Wygrałem, ale nie to było najważniejsze. Do kafejki nie przychodziło się, aby zrównać z ziemią wszystko, co się rusza. To było spotkanie towarzyskie. Przychodziliśmy pogadać, zjeść razem pizzę, a przy okazji pograć w grę, którą wszyscy kochaliśmy. Byliśmy jak jedna rodzina.

Jeden za wszystkich…


…i wszyscy za jednego. Miałem raz sytuację, która mogła się skończyć dla mnie nieprzyjemnie. Na przystanku przed kafejką dwóch gości zobaczyło młodego chłopaczka, czyli mnie, i chciało pokazać, kto rządzi „na dzielni”. Na szczęście w porę zdołałem zaalarmować kafejkę i znajomi pomogli. Od tego czasu tata codziennie po mnie przyjeżdżał. Powiedział, że nie będę sam wracał 40 min autobusem po 23. Jechał po mnie, kładł się spać i wstawał o 4 rano do pracy.

Miałeś więc gotową odpowiedź, kiedy później dziennikarze pytali cię, czy rodzice wspierają twoje granie.


Zawsze mi pomagali, bo wiedzieli, że to moja pasja, ale dziennikarze w e-sporcie to kolejny temat. Teraz ludzie rozumieją, czym jest e-sport, ale kiedyś wiązano nas najczęściej z przemocą albo marnowaniem życia przed monitorem. Zupełnie nie było czuć zainteresowania współzawodnictwem, a każdy wywiad zaczynał się pytaniem: „To ile tam zarobiliście na klikaniu w grach? ”.

I „kiedy weźmiecie się za poważną robotę?”. A to ciekawe, bo przecież sportowców nikt nie pyta wprost: „Ile dostałeś kasy za ogranie Górnika”, natomiast w pytaniach do e-sportowców to motyw przewodni.


Gdybyś zapytał wprost profesjonalnego piłkarza, ile dostał za jakieś zwycięstwo, to prawdopodobnie oznaczałoby to koniec wywiadu. To nie jest aspekt sportowy, a zaglądanie komuś do portfela. Swoją drogą to też zabawne – kiedyś cieszyłem się, gdy szef kafejki przyjął mnie do drużyny, bo dzięki temu mogłem grać za darmo. Traktowałem to jako swój wielki sukces.

W którym momencie pomyślałeś, że e-sport możesz uprawiać zawodowo?


Było kilka takich momentów. Najpierw, kiedy graliśmy dla polskiego zespołu Team Pentagram i dostaliśmy pierwsze kilkaset złotych pensji. Później, kiedy Valve [producent „Counter-Strike’a” – przyp. red.] zaczął organizować duże turnieje z nagrodami. A ostatnio, nieco ponad rok temu, po pierwszym stałym sezonie w Virtus.Pro.

Niedawno przeszedłeś z tego rosyjskiego zespołu do polskiego Kinguin. Widzisz, jak zmieniła się polska scena?


Postęp jest ogromny. Jest kilka lig i akademii dla początkujących. Starsi gracze wymieszali się z młodszymi i widać pokoleniową ciąg- łość. Mariusz, z którym przez wiele lat grałem w zespole, teraz jest naszym trenerem. Czasami rywalizujemy z drużynami, w których grają nastolatki.

Nowe pokolenie inaczej podchodzi do e-sportu?


Widzą pieniądze, o których tyle się mówi, myślą, że jak pograją ze dwa miesiące, to one same przyjdą. A tak nie jest. Liczy się ciężka praca przez lata. Podobnie niecierpliwi są fani. My w Kinguin gramy ze sobą od niedawna i musimy się zgrać, a już krytykuje się nasze potknięcia. Brakuje cierpliwości.

À propos nowego pokolenia, to widzę twoją małą córeczkę. Czy planujesz dla niej karierę e-sportową?


Na pewno dam jej posmakować grania, ale nie będę do niczego zmuszał. Warto sobie uświadomić, że w gry bawią się miliony Polaków, ale pieniądze za granie na turniejach dostaje góra kilkaset osób. To jak w piłce nożnej, gdzie każdy chłopak na orliku chce zostać drugim Lewandowskim, a on się zdarza raz na milion.

Więcej o: