Naćpany lasem, czyli mikrowyprawy w wielkim mieście

Jeżeli zamiast tłoczyć się w autobusie, popijasz w parku czekoladę, to zapewniam cię, że dzień jest od razu lepszy. Takie mikrodziałanie ma duży wpływ na życie. Bo wszystko składa się z małych rzeczy

Jeżeli zamiast tłoczyć się w autobusie, popijasz w parku czekoladę, to zapewniam cię, że dzień jest od razu lepszy. Takie mikrodziałanie ma duży wpływ na życie. Bo wszystko składa się z małych rzeczy (zdjęcie Joanna Długowska)

Łukasz Długowski, autor książki "Mikrowyprawy w wielkim mieście", opowiada nam, jak w codzienny schemat: praca-dom-praca wcisnąć punkt "przygoda".

Co to są mikrowyprawy? Kiedy zwykła wycieczka zamienia się w mikrowyprawę?

Mikrowyprawa to bliskie spotkanie trzeciego stopnia. Bariera oddzielająca cię od natury ma być jak najmniejza. Ale to nie znaczy, że chodzę nago po lesie. Nago to lubię kąpać się w jeziorach. Chodzi o coś podobnego do shinrin-yoku.

Czyli?

Wymyślili to Japończycy. W wolnym tłumaczeniu to „kąpiel w lesie”. Chodzi o to, żeby odbierać las wszystkimi zmysłami. Jak widzisz rodzinę spacerującą po parku, to słyszysz głównie: „Janek, nie dotykaj! Nie wchodź na drzewo! Nie wchodź do kałuży!”. A w shinrin-yoku i mikrowyprawach właśnie chodzi o to, żebyś właził na drzewo, pił wodę ze strumienia, taplał się w błocie, dotykał i smakował wszystkiego, co się da. Żeby to wyjście do lasu to był „full contact”. Ja na przykład na początku mojej przygody w lesie spałem w namiocie, potem pod płachtą biwakową, a teraz często śpię tylko na karimacie położonej na ziemi. Usuwam wszystko, co oddziela mnie od przyrody.

A „Blair Witch Project” widziałeś?

Nie, i nie zobaczę! Nigdy potem już bym nie poszedł do lasu. Przyznaję, że na początku przerażały mnie szelesty i dostawałem palpitacji serca, gdy obok coś przechodziło.

Coś?

Kiedyś spałem na dziko w Bieszczadach. Spadł deszcz i schowałem się pod wiatą, obok, której stał znak „Uwaga, niedźwiedzie”. Zrobiło się późno i ułożyłem się do snu na ławie, w śpiworze. No i nagle czuję ciepły powiew powietrza na karku. Myślę: niedźwiedź! Leżę bez ruchu i przypominam sobie wszystkie rady, filmy, teksty o tym, co robić w takiej sytuacji. Staje na tym, że udaję trupa. Czekam, aż mnie niedźwiedź pacnie łapą albo ugryzie, ale nic się nie dzieje. Przypominam sobie, jak czytałem gdzieś, że niedźwiedzie śmierdzą, a ja nic nie czuję. Odwróciłem się i zapaliłem czołówkę. Pusto.

Co można zjeść w lesie poza jagodami?

Owoce czeremchy, głogu. Głóg jest mączny i lekko gorzki, a czeremcha słodko-gorzko-kwaśna. Kiedy jestem nad Bugiem, to zbieram miętę, której jest tam dużo. Z młodych pokrzyw robię zupę i sałatkę. Pokrzywa jest mało wyrazista i wymaga doprawienia, ale jest polskim „superfoodsem”, jest megazdrowa. Moi znajomi robią wino z głogu i czeremchy, a ostatnio pędzą też wino z mlecza.

Jak smakuje?

Jak musujący płyn do mycia naczyń. To nie jest coś, co piłbym
codziennie, ale to niezwykłe, że z chwastu możesz zrobić coś takiego.

Co robisz, gdy układasz się w lesie do snu?

Przede wszystkim staram się odłączyć od wszystkich urządzeń elektronicznych. Kiedy nie pracuję, mam ze sobą stary telefon bez internetu. Nocą w lesie najbardziej lubię spokój. Te momenty, kiedy przestaję myśleć, planować, kiedy nie muszę odpowiadać na żadne wiadomości. Kiedy jestem tam tylko dla siebie.

Które miejsce do spania polecasz?

W Polsce jest mnóstwo małych cudów, które można znaleźć pod miastem. Pod Wrocławiem to np. Wyspa Opatowicka, pod Krakowem okolice Tyńca, pod Poznaniem – Puszcza Zielonka. Kiedyś, lądując na Okęciu, z okna samolotu zobaczyłem wyspy na Wiśle. Na obrzeżach Warszawy, 20 minut autobusem, totalna dzicz. Moja żona pracuje w korpo w Mordorze. Pojechaliśmy na te wyspy po jej pracy, czyli o 18. Przespaliśmy się pod gołym niebem, a następnego dnia Asia wróciła do biura. W japonkach, bo było lato. Poszła prosto do łazienki i włożyła nogi do umywalki, żeby zmyć piasek. Wchodzi jej szefowa. Kiedy dowiedziała się, co jest grane, powiedziała: „Ja też tak chcę!”.

Mikrowyprawa w środku tygodnia?

Wtedy ma największy sens. Z reguły nie pozwalasz sobie na urlop w dzień roboczy, a tu nagle okazuje się, że możesz sprawić sobie przygodę, normalnie pracując. Wyjazdy weekendowe odbywają się w ramach stałego scenariusza. Mikrowyprawa w środku tygodnia rozwala myślenie o tym, jak ma wyglądać życie. Uwalnia cię od schematu: praca–dom–praca. Okazuje się, że możesz tam jeszcze wcisnąć punkt „przygoda”.

Łukasz Długowski. Rocznik 1983. Absolwent filozofii, dziennikarz, podróżnik. Autor książki 'Mikrowyprawy w wielkim mieście'. Swoje przygody relacjonuje na Facebooku i Instagramie: MikrowyprawyŁukasz Długowski. Rocznik 1983. Absolwent filozofii, dziennikarz, podróżnik. Autor książki 'Mikrowyprawy w wielkim mieście'. Swoje przygody relacjonuje na Facebooku i Instagramie: Mikrowyprawy zdjęcie Joanna Długowska

Skąd w ogóle pomysł na mikrowyprawy?

Zawsze chciałem być nie mikro-, ale makropodróżnikiem, takim
jak Marek Kamiński, Roald Amundsen albo Fridtjof Nansen. W 2012 r. zrobiłem wyprawę przez Norwegię, chciałem przejść 500 km z Bergen do Oslo. Sam, w lutym, na nartach. To miał być absolutny hardcore. Miałem żarcie na dwa tygodnie i plecak, który ważył 33 kg. Szedłem przez płaskowyż Hardangervidda.

Co to za miejsce?

To największy płaskowyż w Europie, ma 3422 km2 powierzchni. To obszar subpolarny, na którym wiatr wieje z prędkością do 130 km/h, a temperatura spada do -30oC. Średnia wysokość to ok. 1200 m. Jest tak ekstremalnie, że polarnicy przygotowują się tam przed wyprawą na biegun. Jak tam wejdziesz, to idziesz tydzień i możesz nikogo nie spotkać. Stanąłem na szczycie góry, spojrzałem i dotarło do mnie, że mogę nie wrócić do domu. Mam przed sobą kilkaset kilometrów w trudnym górskim terenie i jest trzeci stopień zagrożenia lawinowego. Jakby mnie przysypało, to nawet nie miałby mnie kto ratować.

Można to było przejść?

Oczywiście! Fridtjof Nansen, polarnik i laureat Pokojowej Nagrody Nobla, pod koniec XIX w. przeszedł tę trasę w sześć dni. Ale ja zrozumiałem, że nie chcę ryzykować. W domu czekała na mnie rodzina, synek i dziewczyna. No i mam przecież tylko jedno zdrowie.

Marek Kamiński też.

Chciałem być taki jak on i zaczynałem tę drogę z nastawieniem, że dojdę do celu nawet po własnym trupie. To miał być początek mojej wielkiej podróżniczej kariery. Potem miała być Grenlandia i biegun północny.

Skończyło się na wyspie na Wiśle.

(Śmiech) Od tamtego momentu nie myślę o sobie w makro-, ale w mikrosłowach. Rezygnacja z tej wyprawy była najważniejszą porażką w moim życiu. Zacząłem się zastanawiać, co dalej, jak zaspokoić głód podróży? Jak mieszkając w mieście, poczuć to, co dają duże podróże?

Czyli co?

Ekscytację, radość z eksploracji, spotkania z nowymi ludźmi, smak ryzyka.

A raczej jego namiastkę.

Zwykłego człowieka nie stać na to, żeby być Markiem Kamińskim. Nie zniknie na pół roku z domu, nie rzuci roboty i nie zaciągnie kredytów, żeby ruszyć na biegun. Ale to nie znaczy, że zwykły człowiek nie może przeżyć przygody. Trzeba tylko zmienić skalę. To wystarcza, żeby życie nie ciągnęło się jak szary, smętny glut.

Skąd pomysł na formułę mikrowyprawy?

Trafiłem na blog angielskiego podróżnika Alastaira Humphreysa, który objechał świat rowerem. Kiedy wrócił do domu, nadal chciał podróżować, ale już nie wyjeżdżając na kilka miesięcy, wymyślił więc microadventures, które ja tłumaczę jako mikrowyprawy.
Zainspirował mnie i od tego czasu robię je na własną rękę. Wystarczy godzina.

Mało. Jaką mikrowyprawę można zrobić w godzinę?

Każdy z nas na co dzień biega: praca, odbiór dzieci, wizyty w bankach, urzędach. Trzeba spojrzeć na to inaczej, nauczyć się dostrzegać okazje. Ja zamiast jeździć do pracy autobusem, chodziłem do pracy przez parki. To mi zajmowało ok. 40 minut, a gdy miałem więcej czasu, to zabierałem ze sobą małą gazową kuchenkę, siadałem na trawie i robiłem sobie gorącą czekoladę albo kawę. Jeżeli zamiast tłoczyć się w autobusie popijasz w parku czekoladę, to zapewniam cię, że dzień jest od razu lepszy. Takie mikrodziałanie ma duży wpływ na życie. Bo wszystko składa się z małych rzeczy. Wystarczy niedużo, żebyś wszedł do roboty naćpany naturą, szczęśliwy, pogodny.

Od kiedy uprawiasz mikrowyprawy?

Od prawie sześciu lat.

Która sprawiła ci największą frajdę?

Zawsze marzyłem o tym, żeby uprawiać canyoning, który polega na spływaniu wpław górską rzeką. Wymyśliłem, że zrobię to rzeką nizinną. Wskoczyliśmy z kolegą do rzeki Rawki i ruszyliśmy w dół.

Gdzie?

W Bolimowskim Parku Krajobrazowym, w połowie drogi między Łodzią i Warszawą.

Boso?

Boso i w kąpielówkach. Tam gdzie się dało – szliśmy, tam gdzie było za głęboko – płynęliśmy. Rawka ma do czterech metrów szerokości i od 15 cm do dwóch metrów głębokości. To nie było wielkie wyzwanie, ale po kilkudziesięciu minutach marszu przez muł, piach, rośliny poczuliśmy, że jesteśmy daleko od cywilizacji. Przeszliśmy tak 10 km. A wiesz, co było najfajniejsze?

Co?

Absurdalność tej sytuacji. Dwaj dorośli faceci brodzący rzeką. Po co? Po nic. Dla czystej radochy. Mikrowyprawy właśnie są po nic. Nie chodzi o zrobienie życiówki w maratonie, o fotkę z Australii na Instagrama. Chodzi o to, żeby wprowadzić w swoje życie pozytywną energię. Żeby się oderwać, nie trzeba jechać aż na biegun. Nie każdy może być Kamińskim, ale każdy może się w niego pobawić.

Zobacz także
  • Widok na placu Dżami al-Fana Top 10 atrakcji: Marrakesz
  • Miasteczko Sambuca di Sicilia Dom na Sycylii za 1 euro. Władze kolejnego miasta walczą o mieszkańców
  • Ważne jest to, żeby samemu zastanowić się nad tym, dokąd zmierzamy, a gdzie chcemy się znaleźć W czym by się tu podszkolić? Kilka słów o studiach podyplomowych

Polecamy