Koronawirus sposobem na FOMO? Wręcz przeciwnie

Myślałeś, że poleżysz, ponudzisz się i wreszcie zwolnisz bez poczucia, jak wiele cię omija? Niestety. Powinieneś robić sześciopak przed telewizorem, odwiedzać wirtualne muzea i słuchać darmowych wykładów na Harvardzie.

Fomo w czasach koronawirusa

FOMO to skrót od angielskiego "fear of missing out", czyli strach przed tym, że coś nas omija. Że nie obejrzymy nowego serialu, o którym będą rozmawiać nasi znajomi. Że nie wiemy o nowej płycie znanego rapera. Że wszyscy idą na dany koncert, a my nie mamy biletów (lub co gorsza, nie wiedzieliśmy, kiedy rusza ich sprzedaż). Że przecież trzeba wiedzieć, kto kogo rzucił, kto się z kim przespał, kto jakiego burgera zjadł z kimś na brunch i lunchu i komu spóźnił się samolot na kolejny citybreak. Dlatego jeszcze przed porannym sikaniem scrollujemy telefony, lajkujemy zdjęcia znajomych, którzy bawili się przecież tak świetnie na imprezach, wyglądali tak pięknie na wakacjach i uśmiechali się tak miło rozrzucając z dzieckiem liście w parku podczas spaceru. Poczucie, że nasze życie nie jest tak ciekawe: bo zostaliśmy w robocie po godzinach, bo zbieramy na wkład własny, więc nici z Tajlandii, że nie poszliśmy na koncert, bo partnerka ma grypę. Zresztą już od dawna wiadomo, że współczynnik osób w depresji jest wyższy wśród tych śledzących na bieżąco social media i, tym samym, porównującym się z innymi (a z Insta-życiem trudno konkurować).

Siedzenie w domu a samorozwój

W wersji hard-FOMO chodzi nawet nie o to, by dany film obejrzeć, ale by już dzień po przedpremierowym pokazie mieć wyrobioną opinię ubraną w ładne słowa. Że w ciągu piątkowego wieczoru marzy ci się, by być w wielu miejscach jednocześnie – i na imprezie u znajomych (bo prowadzę bujne życie towarzyskie), i w nowej knajpie koreańskiej (bo jedzenie to przecież nowe ubrania), i na premierze filmu (bo życie kulturalne jest ważne), ale też czytając w domu nową książkę Houellebecque’a i pijąc single malta (bo jestem koneserem).

Dlatego informacja o tym, że nagle mam spędzić dwa tygodnie w domu, nie mogę iść na żaden koncert czy imprezę, nie mogę nigdzie polecieć, wrzucić fot super poke-bowla z modnej knajpy, podziałała nawet relaksująco. Cały świat wrzucił bieg wsteczny, wrzucę i ja. Wyśpię się, ponudzę, poskaczę po kanałach, zapuszczę brodę, bo nie będę musiał nacierać zarostu pomadą. Ba! Może nawet zrobię sobie cheat-week. Jak już cierpieć, to chociaż bez koktajli białkowych i kaszy kinoa, ale z browarem i pizzą Dominos, na którą zresztą jest świetna promocja (przypadek?). Może nadgonię wreszcie zaległości w czytaniu książek i gazet, obejrzę kilka filmów, które odkładałem od jakiegoś czasu, bo wygrywały z nimi durne seriale.

Teatry i opery on-line

Otóż nic bardziej mylnego. Ludzie dzień wytrzymali. W dresach i z polotem w ręku. Ale po dniu zaczęło się. Znajomi podsyłają linki i opowiadają, jak to odwiedzają wirtualne muzea - taką usługę od dawna oferuje chociażby paryski Luwr, nowojorskie MET czy amsterdamskie Rijksmuseum (oferuje je także Muzeum Powstania Warszawskiego). A może przegląd oper z całego świata? Metropolitan Opera czy wiedeńska Staatsoper oferują bezpłatny przegląd ich repertuaru - oczywiście przez internet. Teatry? Multum możliwości - Teatr Rozmaitości czy Ateneum dołączyły do akcji "Zostań w domu, nie wychodź z teatru!". Teatr Powszechny zaprasza do udziału w wirtualnym eksperymentalnym slamie poetyckim. Do tego cały wachlarz ćwiczeń w domu - kluby fitness prześcigają się w programach treningowych, które możesz zrealizować przed telewizorem czy smartfonem, by z kwarantanny wyjść z płaskim brzuchem i większym bicepsem. Aż człowiek zaczyna się bać, że kwarantanna potrwa za krótko i nie zdąży zrealizować wszystkich planów.

Instagram? Puchnie od nowych relacji - jak to znajomi czytają stosy mądrych książek, powtarzają angielski, robią sushi, biorą udział w webinariach i wieczorkach autorskich on-line. Życie kulturalne kwitnie u niektórych nawet bardziej, niż gdy koronawirus nie szalał po kraju. Jeśli myślałeś, że koronawirus sprawi, że nieustanny pęd za byciem na bieżąco choć trochę ustanie – niestety, ale to się nie uda. Chyba, że do sprawy podejdziesz z dystansem i poznasz nowe słowo, czyli JOMO od angielskiego „joy of missing out”, czyli radość z tego, że nie muszę brać udziału w tym wyścigu i odhaczać kolejnych atrakcji. Ze mogę nie wiedzieć kto to jest Shafter, choćby miał więcej wyznawców niż Miuosh. Że mogę nie wiedzieć, że akcja „Kafarnaum” dzieje się na przedmieściach Libanu, albo że Orzo w Koneserze serwuje lepsze śniadania, niż to na Placu Konstytucji.

Oczywiście żal mi ludzi kultury, którzy z dnia na dzień stracili źródło przychodu, bo teatry zamknięte na cztery spusty. Bardzo żal mi twórców filmu „Hejter”, że tak dobry film zaledwie 5 dni był w kinach. Żal mi trenerów personalnych, którzy nie mają klientów. Ale szybko w czasach koronawirusa zdałem sobie sprawę, jak bardzo bierzemy udział w wyścigu sami ze sobą i sami wmawiamy sobie, że jak czegoś nie przeczytamy i nie zobaczymy, to nasz kulturalno-towarzyski świat się zawali. Spokojnie. Kwarantanna to dobry czas, by się nauczyć ponudzić. To okazuje się największym wyzwaniem.

Więcej o: