Mój pierwszy raz: własny dron

Chorwacja, port na Vis z kamery dronu

Chorwacja, port na Vis z kamery dronu (fot. Franek Przeradzki)

Chciałem zająć się czymś beztroskim. Pomyślałem: dron. Źle pomyślałem.

Większość tego lata spędzam na Visie w Chorwacji. Uczę tu nurkowania, a w nielicznych wolnych chwilach zwiedzam wyspę z żoną i dzieckiem. Dron wydawał się być doskonałym kompanem tych wycieczek. Zresztą mam wrażenie, że wszyscy mają teraz drony. Gdzie nie spojrzeć, ktoś sobie jakimś lata: a to wymusza pierwszeństwo na samolotach rejsowych, a to rywalizuje o przestrzeń powietrzną z drapieżnymi ptakami. Widziałem nawet, jak ktoś próbował podglądać dronem szympansy w zoo, ale jeden z nich nie dał sobie wirnikiem w kaszę dmuchać. W pracy też często latają mi nad głową, ale sam nigdy żadnym nie sterowałem.
Kilka dni po tych przemyśleniach przyjeżdża kurier. Proszę podpisać, dziękuję, dziękuję i mam drona. Wszedłem w posiadanie maszyny GoPro Karma. Kamery używam od lat i sobie chwalę, ten dron wydawał się więc naturalną decyzją. W zestawie jest też gimbal do kamery, a z tego, co wyczytałem, karma lata też całkiem dobrze
w silnym wietrze. Na wyspie to może okazać się kluczowe.
Trzy dni później siedzę na ganku na Visie. Jest już trochę późnawo, trochę ciemnawo. ale palce swędzą. Polatać choć troszkę. Rozstawiam drona, włączam kontroler, żona kręci głową, sugerując, żebym poczekał do jutra, poczytał jakąś instrukcję. Kobieto, dajże spokój, co ty wiesz o dronach?! „Karma się nagrzewa”, „Znalazłam sygnał GPS”, „Karma gotowa do lotu”, „Przytrzymaj guzik start przez trzy sekundy”. Kontroler kobiecym głosem instruuje, co mam robić. Nie mogę się oprzeć.
Jeszcze jeden ruch i pstryk – dron leci. Unosi się około 2 m nad ziemią i patrzy na mnie obiektywem kamery. Zawis, czyli pozostawanie drona w jednym miejscu nie wymaga od pilota żadnych czynności. Lecę wyżej, obracam się, skręcam. Dziecinnie proste, myślę sobie. Po kilku minutach, gdy robi się coraz ciemniej i wskaźnik baterii zjeżdża niebezpiecznie w dół, dociera do mnie, że muszę jakoś wylądować. Wracam na ganek i zastanawiam się, co dalej. Pamiętam, że koledzy zazwyczaj lądowali mi „do ręki”, ale przecież nie wieje jakoś specjalnie i w ogóle to nie może być takie trudne, skoro doleciałem aż dotąd. No więc jednak jest. Przy samej ziemi coś dmuchnęło albo za ostro skorygowałem kurs, dron zahaczył o słupek i zleciał kilka metrów w dół (na tej wyspie wszystko jest z górki, niestety nie metaforycznej). Żona patrzy na mnie zrezygnowana, ja słysząc w głowie „Mayday, mayday”, które powinien w tej sytuacja mówić kontroler kobiecym głosem. Wyłączam kontuzjowaną karmę.
To tyle z drona, zrezygnowany idę spać. Rano przyglądam mu się jeszcze raz, na spokojnie, i okazuje się, że ma jedynie złamane dwa śmigła. Sprawdzam w internecie i wychodzi na to, że nie jestem jedyny. Śmigła to coś, co w dronach ulega uszkodzeniom stosunkowo często i można je łatwo wymienić. Co więcej, w moim są cztery zapasowe.
Tego dnia poleciałem po raz kolejny, ale dopiero po symulowanych lotach szkoleniowych. Kontroler ma wbudowany symulator lotu właśnie po to, żeby poćwiczyć na sucho. Tata zawsze na mnie krzyczał, że nie czytam instrukcji obsługi i teraz muszę się z nim zgodzić.
Po przejściu wirtualnego szkolenia latam bez problemów już od kilku dni. Jest fajnie, dron radzi sobie dobrze w silnym wietrze, a na Visie wieje prawie codziennie. Jedno, co zupełnie rozjechało się z moimi oczekiwaniami, to bezstresowość tej zabawy. Za każdym razem z przerażeniem patrzę na obniżający się wskaźnik baterii i umieram ze strachu przed lądowaniem. No i te mewy. Podlatują blisko i coraz bardziej się ich boję. A jak wychodzą ujęcia i zdjęcia? Zapraszam na Facebooka „Wielka Wycieczka”.

Zobacz także
  • Cupra Formentor Cupra Formentor to prawdziwy, hiszpański "toro bravo"
  • Laptop Lenovo ze składanym wyświetlaczem Oto pierwszy laptop ze składanym ekranem
  • Porsche Type 64 To może być najdroższe Porsche w historii

Polecamy