Remigiusz Mróz: "Nie zamierzam kończyć z Chyłką"

Mógł zostać na uczelni i kształcić kolejne pokolenia adeptów prawa, ale zdecydował się poświęcić pisaniu książek. Najpłodniejszy autor w Polsce opowiada nam o podejściu do tworzenia, krytyce ze strony innych pisarzy i przenosinach jego twórczości na mały ekran.

Jak bliskie (lub dalekie) prawdy jest stwierdzenie, że przeciętny Polak słyszał w życiu chociaż jedną piosenkę Zenka Martyniuka, obejrzał chociaż jeden film Patryka Vegi i przeczytał chociaż jedną książkę Remigiusza Mroza?

Ale towarzystwo! Nie wiem. I nie naciągniesz mnie na żadne oceny, bo nie słyszałem ani jednej piosenki Zenka Martyniuka. Nie widziałem też żadnego filmu Patryka Vegi. Jestem niestatystyczny?

Patryk Vega stwierdził w wywiadzie dla „Logo”, że ma patent na swoich widzów, to znaczy doskonale wie, jak stworzyć film, aby do kin ruszyły miliony. Jak to wygląda u ciebie? Bo to chyba jednak nie przypadek, że za każdym razem, jak ukazuje się książka opatrzona twoim nazwiskiem, to tysiące osób (dziesiątki tysięcy? setki?) ruszają do księgarń. A to wszystko w kraju, w którym do przeczytania przynajmniej jednej książki w roku przyznaje się 37% ludzi.

Z tego wywiadu wywnioskowałem, że Patryk Vega kręci filmy pod kątem tego, by się sprzedawały. I to całkiem zrozumiałe, bo inwestuje w nie spore fundusze, które przecież muszą się zwrócić. Z pisaniem jest zupełnie inaczej – możesz tworzyć tylko to, co ci w duszy gra. Jeśli spodoba się innym, to idealnie, jeśli nie, to niczego nie zmienia. Nie da się spłodzić kilkuset tysięcy znaków pod publiczkę i wbrew sobie. Wychodzą wtedy wydmuszki, nie książki, a ich autorzy znikają gdzieś bezpowrotnie.

Ilu nabywców znajduje każda twoja książka? I ile trzeba sprzedawać, żeby móc uznać zawód pisarza za opłacalny (oczywiście wyłącznie pod względem finansowym)?

Pierwszy druk zazwyczaj robimy w nakładzie 100 tys. egzemplarzy, ale często bywa tak, że już po tygodniu czy dwóch trzeba zamawiać dodruki. Do tej pory w Polsce sprzedało się około trzech milionów moich książek – pełnych danych z zagranicy nie mam, ale „Nieodnaleziona” była bestsellerem zarówno u zachodnich, jak i wschodnich sąsiadów. A kiedy ten zawód staje się opłacalny? Zawsze taki jest, bez względu na finanse.

Remigiusz Mróz - sesja dla 'Logo'Remigiusz Mróz - sesja dla 'Logo' Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta

Mnie jednak finanse interesują. Gdyby powstał ranking najlepiej zarabiających polskich pisarzy, to na którym miejscu byś się znalazł? I z jaką przewagą nad drugim miejscem?

Nie wiem, bo nie znam nakładów osoby z drugiego miejsca [śmiech].

Tyrmand napisał w „Dzienniku 1954”, że „sam siebie wymyślił od początku do końca”. Jak to jest w twoim przypadku? Chodzi mi zarówno o styl ubioru, jak i ogólny wizerunek – jeden z twoich kolegów po fachu Jakub Żulczyk stwierdził, że elementem twojej autokreacji jest robienie z siebie szlachetnego stolarza.

Wybrałeś akurat najłagodniejszy cytat, dzięki [śmiech]. Ten kolega nigdy nie zadał sobie trudu, żeby mnie poznać czy posłuchać choćby jednego wywiadu, więc wystawia ocenę na podstawie… właśnie, czego? Zdjęć? Kilku pisemnych wypowiedzi w mediach? Zakładam koszulę i marynarkę, bo to coś, dzięki czemu czuję się w przestrzeni publicznej trochę pewniej – każdy potrzebuje jakiejś zbroi, szczególnie introwertycy. Co do całej reszty, sposobu pracy, trybu życia i tak dalej, to zwyczajnie tak to u mnie wygląda. Często słyszałem rady, żeby czegoś nie mówić albo coś wymyślić, ale jaki w tym sens? Jeśli pisarze mieliby sztucznie się kreować, to coś chyba byłoby nie w porządku.

A skoro już mowa o kolegach po fachu, to jakiś czas temu doszło do niecodziennej sytuacji – jeden z nich napisał do ciebie list otwarty, w którym generalnie mocno przejechał się po tobie i twojej pracy, a zaraz dołączył do niego jeszcze inny autor. Możesz powiedzieć, o co w tym wszystkim chodziło?

Każdy wie, w jakim celu tak naprawdę pisze się listy otwarte – a mimo to czasem ich autorom wydaje się, że mogą wszystkich zrobić w konia. Akcja była całkiem sprawnie zorganizowana, wydźwięk jasny, a zupełnym przypadkiem wspomniani koledzy mieli wtedy premiery swoich książek [śmiech]. Tuż po nich mieli dołączyć kolejni, ale wycofali się, widząc, że reakcje nie były takie, jak sobie to wymarzyli. Uprawianie polityki epistolarnej jest chyba jednak niebezpieczne.

Przy takim tempie wydawania kolejnych twoich książek naturalne jest pojawienie się u niektórych pewnych wątpliwości. Ujmę je w ten sposób – masz coś wspólnego z Jamesem Pattersonem oprócz tego, że obaj sprzedajecie dużo książek?

Nic, bo jego tryb pracy to dla mnie antyteza pisarstwa. Robi oczywiście sporo dobrego dla początkujących autorów, ustanawia granty, promuje debiutantów i tak dalej – ale w gruncie rzeczy jego nazwisko jest szyldem fabryki. Patterson ma w domu szafy z gotowymi konspektami powieści, co jakiś czas wyciąga któryś i daje osobie, która przystępuje do pisania całej książki. Dobrowolnie więc rezygnuje z tego, co właściwie w tej robocie jest najprzyjemniejsze.

Więcej wspólnego masz chyba ze Stephenem Kingiem. Obaj wydawaliście pod pseudonimem, też napisałeś swój „Pamiętnik rzemieślnika”…

Nie mam ułamka jego talentu, ale są pewne analogie, jeśli chodzi o odbiór książek. W moim wieku też zmagał się z „listami otwartymi kolegów po fachu”, skojarzeniami z popularnymi muzykami, mocno komercyjnymi reżyserami i tak dalej. Kiedy czytam jego wspomnienia z tamtego okresu, czuję się trochę lepiej, bo zakładam, że widocznie tak musi być. Czego by nie napisał, krytycy wieszali na nim psy. W końcu jednak zrobił najlepsze, co mógł – przeżył ich. Może to jest jakiś sposób [śmiech].

Wracając jeszcze do kwestii image’u – mam wrażenie, że większość twoich czytelników to kobiety. I to takie, które kupują nie tylko twoje historie, ale też wizerunek grzecznego intelektualisty, żeby nie powiedzieć „idealnego zięcia”.

Który torturuje małe dzieci w książkach, morduje Bogu ducha winne niewiasty, opisuje gwałty i rzuca mięchem na prawo i lewo, a w dodatku niemal z każdego bohatera robi ćpuna lub alkoholika? To rzeczywiście niezły materiał na zięcia.

Mówiąc jednak poważnie, w Polsce czytelniczek na pewno jest więcej niż czytelników – nie tylko jeśli chodzi o moje książki, ale ogółem. W moim przypadku przekrój odbiorców jest dość duży, bo na spotkania autorskie często przychodzą całe rodziny – najmłodszy czytelnik, jakiego pamiętam, miał 12 lat, a najstarszy ponad setkę! I to dla mnie absolutnie niesamowite, że obaj znaleźli w moich książkach coś, co ich łączy.

Masz czas, żeby wracać do swoich starszych powieści? Nie masz wrażenia, że w przypadku którejś z nich mogłeś zrobić coś inaczej, bardziej się przyłożyć?

Dla zdrowia psychicznego staram się tego nie robić, poza tym napisana i wydana książka to dla pisarza literacki trup na półce. W tworzenie każdego z tych trupów byłem emocjonalnie zaangażowany w takim samym stopniu, ale gdybym miał któreś książki napisać od nowa, to byłyby takie dwie: „Prom” i „Deniwelacja”. Tę pierwszą pisałem podczas dużego natężenia hejtu i widać to między wierszami. Ta druga miała być nowym otwarciem historii, która wcześniej właściwie była zakończona – wydawało mi się, że mam całkiem fajny pomysł na fabułę i sprytną achronologiczną narrację, więc wyjdzie z tego ciekawa powieść. Coś jednak nie zagrało. Co konkretnie? Nie wiem, czasem tego elementu po prostu nie da się odnaleźć. Ale mam nadzieję, że zrehabilitowałem się kolejnym tomem z Forstem – „Zerwa” jest zresztą jedną z moich ulubionych książek.

Czy wpadłeś kiedyś na świetny pomysł do książki, która była już w drukarni lub na półkach?

Kiedy wylądowała już na półce, nie. Ale czasem wpadam na coś w momencie, kiedy teoretycznie nie ma już czasu na zmiany. Tak było przy debiucie – oddałem powieść wydawcy po ostatniej korekcie i zająłem się kolejnym projektem. W pewnym momencie wpadło mi jednak do głowy zupełnie inne rozwiązanie historii. Wstrzymałem więc skład książki, oznajmiłem, że muszę przepisać całe zakończenie, i zabrałem się do roboty.

Współpracujesz z dwoma wydawnictwami. Dlaczego nie zdecydowałeś się na self publishing?

Byłoby to dla mnie prawie niewykonalne, a już z całą pewnością nieopłacalne. Przy takich nakładach musi sprawnie działać cała machina dystrybucyjna – w końcu książki trafiają do wszystkich księgarń, kiosków, placówek pocztowych i tak dalej. Żeby samemu się tym zajmować, musiałbym założyć własną oficynę i przekwalifikować się na biznesmena.

Jak wygląda twój cykl dobowy?

Wstaję koło dziewiątej, sprawdzam newsy, żeby wiedzieć, czy świat się nie skończył, a potem siadam do pisania. Tłukę w klawiaturę mniej więcej do 14, a potem pędzę na bieg. Godzinny zazwyczaj wystarcza, żebym całkowicie się zresetował. Wracam do domu, jem coś i oglądam odcinek serialu, a potem znów siadam do roboty. Piszę do 22 lub 23, bo nieco skróciłem sobie czas pracy, a później czytam coś do pierwszej trzydzieści. Idę spać, wstaję koło 9… i tak w kółko.

A co w sytuacji, gdy nie uda się wypełnić dziennego limitu napisanych stron? Czy to już powód do niepokoju i wdrożenia jakiegoś „planu naprawczego”?

Pojawiają się złość i wewnętrzne rozedrganie, ale daleki jestem od paniki – czuję się wtedy po prostu źle. Plan naprawczy polega tylko na tym, że mniej prokrastynuję, ale nigdy nie gonię, bo nie mam gdzie. Nie wiszą nade mną żadne terminy – mój wydawca nigdy nie wie, co piszę, kiedy skończę i… czy w ogóle nad czymś pracuję. Dzięki temu jeśli coś kompletnie spieprzę, mogę po prostu tego nie skończyć i zamknąć w szufladzie. I nikt nigdy się nie dowie.

Sam prowadzisz swoje profile w mediach społecznościowych? Na twoim Facebooku pojawiają się chyba wyłącznie pozytywne komentarze. Zdarza ci się kasować te negatywne? Bo w innych miejscach internetu już nie jest tak sielankowo…

Sam, bo mam niezdrową potrzebę kontroli – na publiczne eventy zawsze jeżdżę autem, bo nie lubię wracać taksówkami. Możesz się domyślić, że jestem wtedy jedną z niewielu trzeźwych osób [śmiech]. Ale tak całkiem poważnie, lubię kontakt z czytelnikami. Nie zdarzyło mi się nigdy skasować jakiegokolwiek komentarza, ale gdyby ktoś zaczął ubliżać innym, pewnie bym się nie zastanawiał.

Remigiusz Mróz - sesja dla 'Logo'Remigiusz Mróz - sesja dla 'Logo' Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta

Na jaki najciekawszy, najbardziej finezyjny krytyczny głos na swój temat udało ci się trafić?

„Przychodzi kobieta do sklepu osiedlowego, w którym sprzedają książki.

– Dzień dobry, poproszę osiemdziesiąt deko nowego Mroza.

– Nowego nie mamy, jest tylko wczorajszy.

– A to nie”.

Jak podchodzisz do krytyki? Jeden z moich rozmówców (muzyk) powiedział mi, że ktoś, kto nie jest w stanie odróżnić półnuty od ćwierćnuty, nie jest upoważniony do krytykowania jego muzyki. Twoi krytycy muszą odróżniać dywiz od myślnika i partykułę od przydawki?

Każdy, kto wydaje kilkadziesiąt złotych na moją książkę, kupuje w pakiecie święte prawo do krytyki. Poza tym pisarz zamknięty w swoim świecie, do którego nie dociera krytyka, nigdy się nie rozwinie. I pewnie, czytanie negatywnych opinii jest cholernie trudne, siada na psychice i czasem nie daje zasnąć, ale ostatecznie wydajemy nasze książki po to, żeby ktoś je przeczytał. Gdyby było inaczej, chowalibyśmy je do szuflady i nie dzielili się nimi z nikim.

Część zarzutów, chyba większa, dotyczy częstotliwości wydawania nowych pozycji, inne natomiast – błędów rzeczowych. Nie brakuje głosów, że na przykład porządek prawny w „Chyłkach” znacząco różni się od rzeczywistego, podobnie jak opisane realia życia na Wyspach Owczych.

Różni się, bo w realnym świecie nie ma nowelizacji „Kodeksu postępowania karnego” wydanych przez koalicję Pedepu z SORP. Skoro więc w uniwersum moich książek istnieją fikcyjne partie polityczne, fikcyjny parlament i fikcyjne koalicje, to chyba mogą być też fikcyjne przepisy? Wychodzę z założenia, że tak, bo to powieść, a nie instrukcja obsługi, poradnik prawny czy literatura faktu. To fikcja. A ona rządzi się swoimi prawami.

Czy research musi być superdokładny, czy raczej ma służyć opowiadaniu historii i twoim zdaniem można, a nawet trzeba, sobie pozwolić na rozminięcie się z rzeczywistością?

Research to absolutna podstawa każdej książki – nawet tej, która teoretycznie go nie wymaga. Pozwala nie tylko wdrożyć się w świat powieści, ale też emocjonalnie się z nią związać. Przykładowo: jeśli spędzę trzy miesiące na badaniu jakiegoś tematu, to stanę się nim tak zaabsorbowany, że choćby nie wiem co, zasiądę do próby przełożenia nabytej wiedzy na fabułę. Jednocześnie ta wiedza nie może przesłonić opowiadanej historii – moim zdaniem to ona jest najważniejsza.

Pisarze reklamują różne rzeczy (a raczej są ich „ambasadorami”) – Jakub Żulczyk tonik Kinley, Szczepan Twardoch piwo Łomża… Dlaczego ty tego nie robisz? Nie było ofert? Były, ale za niskie, czy były, ale produkt był, mówiąc kolokwialnie, przypałowy w twojej opinii?

Oferty pojawiają się dość często, całkiem intratną miałem nawet parę tygodni temu – billboardy, spot w telewizji i kampania w internecie. Produkt właściwie całkiem bliski książkom, więc teoretycznie nic nie stało na przeszkodzie. Ostatecznie jednak po prostu mi to niepotrzebne. Wolę siedzieć i pisać, zamiast jeździć na nagrania czy sesje zdjęciowe. No, chyba że dla „Logo”… [śmiech].

Czy opinie czytelników wpływają w jakikolwiek sposób na twoją twórczość?

Nie, bo zazwyczaj jestem o jeden tom do przodu – dwa miesiące temu wyszła dziesiąta odsłona „Chyłki”, a ja w momencie jej publikacji miałem już napisaną jedenastą. Poza tym właściwie od tego zaczęliśmy – pisarz nie może tworzyć wbrew sobie. Nie może sugerować się tym, czego ktoś od niego wymaga, bo to najprostsza droga do zderzenia czołowego z niemocą twórczą.

Piszesz kolejne „Chyłki” i „Forsty”, bo nadal masz na nie pomysł, czy dlatego, że tego chcą czytelnicy?

Każdy kolejny tom wynika z potrzeby napisania danej historii. Gdyby było inaczej, zwyczajnie nie byłbym w stanie poświęcić temu tyle czasu i energii. A pomysłów mam całkiem sporo, szczególnie na „Chyłkę”, bo przestępstw w „Kodeksie karnym” jest od groma i jeszcze trochę…

Jest ryzyko, że skończysz z nią jak Paul Sheldon z „Misery”?

Masz na myśli, że czytelniczka porwie mnie, przykuje do łóżka i każe pisać to, co jej w duszy gra? Ewentualnie w wolnej chwili oberżnie mi kończynę? Na wszelki wypadek odpowiem, że z „Chyłką” kończyć nie planuję. Na razie.

Jak oceniasz przenosiny swojej twórczości na ekran? Wyobrażałeś sobie Chyłkę i Kordiana podobnie do tego, jak zagrali ich Cielecka i Pławiak?

Wiem, że wiele osób obawiało się adaptacji w TVN-ie, sądząc, że klimat książek zniknie na rzecz ugrzecznionego przekazu – ale moim zdaniem atmosferę oddano wprost idealnie, kreacje Magdy i Filipa są w punkt, a twórczo nikt nie ograniczał producentów, scenarzystów ani reżysera. Wyszło coś, czego w TVN-ie chyba jeszcze nie było – zupełne przeciwieństwo seriali z prawniczkami, które pamiętamy sprzed kilku lat. Czekam teraz na „Forsta”, potem na „Wotum nieufności”, a później na kolejne projekty – niektóre są już w developmencie w innych stacjach, a kolejne depczą im po piętach. W ciągu dwóch, trzech lat zobaczymy minimum pięć seriali opartych na moich książkach, a mnie się to po prostu w głowie nie mieści. Oprócz tego mam nadzieję, że jeszcze czymś zaskoczę…

Więcej o: