Mój pierwszy raz : golf

Golf to nie był mój pomysł, napiszmy to sobie otwarcie. Z tym sportem miałem trochę problemów - że nudny, że snobistyczny, że w zasadzie, to wcale nie jest sport. Z drugiej strony, dotychczasowe golfowe doświadczenia były w zasadzie doskonałe.

W 2005 r. pojechałem na wakacje do pracy w Irlandii. Razem ze mną pół Polski, ale oni nie mieszkali w domu z moim bratem, mogli więc nie zasmakować golfa. Mateusz (brat) znalazł w szopie naszego wynajętego domku zestaw starych kijów golfowych. Zainspirowany tym zrobił w naszym ogródku o rozmiarach 5 x 7 metra dziewięciodołkowe pole golfowe. Oczywiście nie mieliśmy wtedy o golfie, kijach i dołkach bladego pojęcia, ale codziennie około siódmej przed pracą rozgrywaliśmy partyjkę.

W Irlandii pracowałem w centrum nurkowym. Tam poznałem Iana, instruktora, który czasem prowadził zajęcia w weekendy. Ian utrzymywał swoją pięcioosobową rodzinę z pracy na polu golfowym. Konkretnie z wyciągania ze stawów i oczek wodnych utopionych tam piłeczek. Braliśmy sprzęt do nurkowania, wsiadaliśmy do meleksa, przyczepialiśmy butle w miejscu na kije i w skafandrach jeździliśmy od stawu do stawu. Myślisz teraz pewnie: „Ile kosztują te piłeczki skoro pozwalają wyżywić pięcioosobową rodzinę?”. Były warte około pół euro za sztukę, ale leżało ich w tej wodzie sporo. W godzinę z jednego oczka wodnego można było wyciągnąć nawet tysiąc euro. To były czasy największego boomu gospodarczego Irlandii i nikt się wtedy po takie piłeczki nie schylał. Nikt oprócz Iana. Po łowach przez kolejne dni w domu Iana brudne piłeczki moczyły się w beczkach i prały się w domowych pralkach. Dźwięk taki, jakby trzy maszyny do lotto chodziły bez przerwy, ale rodzina miała na całkiem dostatnie życie. Wiem, że później to się niestety skończyło, irlandzka gospodarka się załamała i zdecydowanie więcej osób zaczęło wyciągać wrzucone do oczka wodnego piłeczki.

Podczas tych wyjazdów na łowy Ian opowiadał mi, że golf to w Irlandii i Anglii sport masowy. Rodziny z dziećmi chodzą w weekendy na trekking, barbecue albo właśnie na golfa. Grają wszyscy, a pola są różne, na każdą kieszeń.

Przez kolejnych 13 lat pamiętałem tę idylliczną wizję, ale w Polsce spotykałem się z zupełnie czym innym. Golf jest u nas niesłusznie postrzegany jak sport dla najbogatszych, którzy zamykają się w niedostępnych klubach, jeżdżą najdroższymi samochodami i mają po jednym jachcie na Karaibach i Adriatyku. Ja, mimo że byłem kilka razy na Karaibach, to jednak jeżdżę busem i nie mam jachtu, więc czułem że nie mam tam czego szukać.

Tak było, do tego roku, gdy poznałem Michała Kopczewskiego, autora książki „Czego uczy nas golf”. Autor jest konsultantem i trenerem biznesowym zajmującym się doskonaleniem procesów zarządzania organizacją. Michał kilka lat temu odkrył golfa i jak sam mówi, wpadł po uszy. Łącząc doświadczenia swojej pracy i gry stworzył książkę opowiadającą o tym, jakich umiejętności ważnych w biznesie i życiu uczy golf. Jest popularyzatorem tego sportu, wierzącym w jego olbrzymi i wciąż nieodkryty w Polsce potencjał. Nieodkryty, bo większość osób ma takie przekonanie jak ja. W naszym prawie 40-milionowym kraju zarejestrowanych golfistów jest niewiele ponad pięć tysięcy.

Mój pierwszy raz: golfMój pierwszy raz: golf Justyna Cieślikowska

Golf to rzeczywiście sport dam i dżentelmenów. Kultura osobista jest tu stawiana bardzo wysoko, a różne zachowania w klubach i na polach są absolutnie niedopuszczalne. Pod tym względem faktycznie jest elitarny. Z drugiej strony, ten sport zupełnie nie musi być drogi. Opłaca się roczne członkostwo w klubie i można grać wtedy, kiedy się chce. Pierwsze kroki wychodzą zdecydowanie taniej niż np. w narciarstwie czy nurkowaniu.

Michał przekonał mnie, żebym poznał golfa tak, jak trzeba: na prawdziwym polu, z instruktorem, który wie, który kij do czego służy, a nie w ogródku z bratem czy z butlą na plecach. Kierując się tymi wskazówkami trafiłem do Adama Mitukiewicza, doświadczonego golfisty, byłego kadrowicza i instruktora z ponaddwudziestoletnim stażem.

Sobienie Królewskie

Z Adamem spotykamy się na podwarszawskim polu Sobienie Królewskie. Duże przestrzenie, ładny budynek główny (czyli tak zwany dom klubowy) i ciągnące się po horyzont pole. Przy polu kilkanaście mieszkań, gdyby ktoś chciał zamieszkać w samym centrum golfowej akcji. Na parkingu stara alfa, którą przyjechaliśmy z fotografką Justyną, trochę się rzeczywiście wyróżnia, ale nie jest tak źle, jak myślałem. Siadamy na tarasie. Popijając kawę, oglądamy grających, a Adam tłumaczy nam, o co w tym wszystkim chodzi.

Pełnowymiarowe pole golfowe ma 18 dołków i rozmiar kilkudziesięciu hektarów. Idea jest taka, żeby w jak najmniejszej liczbie uderzeń trafić do wszystkich dołków po kolei. Każdy dołek ma swój PAR, czyli określoną liczbę uderzeń, która sprawnemu golfiście powinna wystarczyć, by trafić piłką do dołka. PAR zależy przede wszystkim od odległości – im dalej są od siebie oddalone miejsce startu (tee) i dołek, tym wyższy PAR. Generalnie jest to liczba z przedziału 3-5. Kiedy zsumujemy PAR-y dołków wychodzi PAR danego pola. W Sobieniach Królewskich ta wartość to 71, a najczęściej pola mają PAR 72.

PAR jest jakąś wskazówką, ale oczywiście początkujący golfiści nie mogą równać się z profesjonalistami. To, co jest w tym sporcie fajne, to możliwość towarzyskiej rywalizacji jednych i drugich. Mężczyźni, kobiety i juniorzy startują z trochę innych miejsc. Poza tym stosuje się przeliczniki polegające na tym, że dajmy na to, Adam powinien trafić do jakiegoś dołka w trzech uderzeniach, a ja w siedmiu. Jeśli obu nam się to uda, to jest remis, jeśli jeden będzie lepszy od swoich statystycznych możliwości, tym lepiej dla niego. Profesjonalna golfistka może zabrać swojego początkującego męża i średnio zaawansowane dzieci na pole i całą rodziną mogą zagrać o puchar weekendu. W takim, dajmy na to, rugby, nie byłoby to takie proste do zorganizowania.

Zanim jednak zamówisz puchary i kupisz całej rodzinie stosowne spodnie, trzeba przejść kurs. Kurs nie jest ani długi, ani trudny, ale bez niego na pole ani rusz. Trwa około 10 godzin, które spędza się w strefie przeznaczonej właśnie do szkoleń i treningów. Po takim podstawowym przeszkoleniu będziesz wiedział między innymi, że nie należy rzucać kijami w oponentów, chodzić bez koszulki, a trzeba schylać się i chronić głowę, gdy usłyszysz z daleko okrzyk: „Fore!”. Oraz, co pewnie istotniejsze, nauczysz się uderzać kijem w piłkę. To, co ja zrobiłem z Adamem, to zajawka takiego właśnie kursu.

Akademia

Wychodząc z restauracji, bierzemy wózek z kijami i „turlamy” się w stronę driving range. Cała ta część pola to tak zwana akademia, czyli miejsce, w którym się trenuje. Na przykład konkretny rodzaj uderzenia, pracę danym kijem czy wreszcie uderzanie piłki jak najdalej, a przy tym oczywiście jak najcelniej. My jedziemy właśnie na stanowisko „jak najdalej”, z tym, że ja będę się tam uczył trafiania w piłkę w ogóle. Gdybym zaczął to robić na trawie, wykopałbym na polu konkretną dziurę.

W tym miejscu muszę coś doprecyzować. Ja wiem, że golf, kiedy się go ogląda, wygląda koszmarnie nudno. Rozumiem to, też tak mam. Ale uwierz mi, w momencie, w którym bierzesz ten kij do ręki, wszystko nagle nabiera kolorów. Od pierwszego zamachnięcia to jest po prostu ekscytujące. Tak mi zresztą mówi już od paru lat Piotrek, kolega z ławki, który wsiąknął w golfa, i ja dopiero teraz jestem skłonny mu uwierzyć. Golf to sport do uprawiania, a nie tylko do oglądania.

Na początek Adam wykonuje kilka pokazowych uderzeń. Rozluźnione ciało, płynny zamach, idealne uderzenie i piłka trafia w konkretne, zapowiedziane odległości.

– Teraz poleci na 50 metrów i jakieś 10 metrów w lewo.

I piłka ląduje przy tabliczce 50. I tak kilka razy na różne sposoby, bezbłędnie.

Wygląda łatwo ten golf cały. Podchodzę do piłki, zakładam rękawiczkę na lewą dłoń i ustawiam się do uderzenia.

– Spokojnie, uderz kilka razy na sucho – przyhamowuje mnie Adam.

„Przecież już wszystko widziałem i wiem, jak trzeba” – myślę, ale nie mówię głośno. Pierwszy zamach i kij przelatuje wysoko nad miejscem, w którym stałaby piłka.

– Kolana lekko ugięte, plecy wyprostowane, ręka inaczej.

Drugi zamach i uderzam w ziemię dużo przed tym miejscem.

– To może zrób mniejszy zamach i postaraj się jednak po prostu trafić.

Już się nie spieram nawet w myślach, tylko postępuję zgodnie z instrukcjami. Po kilku kolejnych zamachach zostaję dopuszczony do piłeczki. Trafiam, choć leci byle jak. Kilkanaście uderzeń później w końcu udaje się uderzyć przyzwoicie. Leci w miarę prosto i – jak dla mnie – całkiem daleko. Serce od razu zabiło mocniej, a na mojej twarzy maluje się uśmiech nie do ukrycia. I to jest właśnie magia tego sportu, której nie widać w TV. Już samo trafienie w piłkę, jakby fatalnie nie wyglądało, daje początkującemu sporo radości.

Mój pierwszy raz: golfMój pierwszy raz: golf Justyna Cieślikowska

Ćwiczę jeszcze kilkanaście minut, pracując głównie nad celnością (przez co rozumiem oczywiście trafienie kijem w piłkę) oraz płynnością ruchu. W końcu Adam uznaje, że jestem gotów, by pójść na treningowe dołki. Po drodze mijamy Izydora, 83-latka, który odkrył golfa kilka lat wcześniej i dosłownie zamieszkał przy polu golfowym.

Posługiwałem się głównie kijami Irons z przedziału 5-7. Służą do uderzeń na ponad 100 m, choć mnie nie zdarzały się aż tak dalekie. Konstrukcyjnie kije między sobą różnią się drobiazgami, które dla mnie są ledwo widoczne, ale w akcji podobno zmieniają bardzo wiele.

Kulminacja gry na każdym dołku to tzw. green, czyli teren najkrócej przyciętej trawy, na którym umieszczono dołek z widoczną z daleka flagą. Tu dostaję do ręki puttera, czyli kij do trafiania do dziury z niewielkiej odległości. Paradoksalnie lub nie, to jest najłatwiejsze. Grałem w wakacje w minigolfa i było nawet podobnie. Adam potwierdza, że putter jest najbardziej naturalny i generalnie początkującym gra nim wychodzi właśnie najlepiej. Co oczywiście nie znaczy, że trafiam, ale przynajmniej moje uderzenia przechodzą blisko dołka.

Po tych próbach przenosimy się na prawdziwy dołek treningowy. Odległości nie jest duża (PAR 3), ale są górki i dołki, jeziorko i piasek, czyli wszystko to, co na „prawdziwym” polu. Adam tłumaczy mi, że

on powinien to skończyć w trzech uderzeniach, a ja w siedmiu. Brzmi nieźle, ale za pierwszym razem się nie udaje – on trafia w trzech, ja w ośmiu. W kolejnym podejściu wbijam piłkę do jeziora, co od razu daje mi karę. Wreszcie, za trzecim razem udaje się trafić do dołka w siedmiu uderzeniach. Tak jest, zostanę Tigerem Woodsem!!!

Justyna się ze mnie śmieje, Adam patrzy tak, jak wcześniej patrzył zapewne na setki, jeśli nie tysiące początkujących, których golf uwiódł.

Zostajemy na akademii jeszcze trochę, ale robi się dosyć gorąco. Wracamy więc do restauracji, gdzie Adam dalej opowiada o golfowym świecie w Polsce i za granicą. To sport, z którego naprawdę da się przyzwoicie żyć. Trzeba być oczywiście dobrym, ale zawodów jest dużo i w zasadzie we wszystkich główne nagrody są pieniężne. To w sportowym świecie dość wyjątkowa sytuacja.

Po lemoniadzie wsiadamy do meleksów i jedziemy na wycieczkę po prawdziwym, dużym polu. Zawsze podejrzewałem, że jazda tymi wózkami to najlepsza część golfa. No więc, może nie najlepsza, ale ścisła czołówka. Większość osób wcale ich nie używa, tylko ciągnie wózek z kijami, spacerując. Niemniej ja, na razie, meleksa bym nie odpuścił.

Jeździmy po olbrzymim polu, oglądając kolejne dołki. Zsumowana długość wszystkich to ponad sześć kilometrów. Biorąc pod uwagę, że nikt nie uderza idealnie prosto, każda partia łączy się z naprawdę konkretnym dystansem do pokonania. Jest kolorowo, ładnie i różnorodnie. Tam, gdzie się da, stajemy i próbujemy uderzać, ale w niewielu przypadkach mam szansę skończyć. Idzie mi za wolno, za często uderzam piłkę na bardzo niewielkie odległości, a na polu jest kolejka i nie można się ociągać. Zdecydowanie potrzebuję pełnego kursu.

Tigerem jeszcze nie jestem, ale mój synek Lew może mieć szansę. Na bank zabiorę go kiedyś na golfa. Jego 18. urodziny wypadają tuż obok moich 50., wypadałoby, żebyśmy mogli wtedy uprawiać jakiś sport razem.

Więcej o: