Mój pierwszy raz: w czołgu

Mój pierwszy raz: w czołgu

Mój pierwszy raz: w czołgu (JUSTYNA CIEŚLIKOWSKA)

Lubię duże auta. Jak dziecko. Koparki, wywrotki, mobilne wyrzutnie rakiet. Nie znam się na nich kompletnie, ale jak widzę wielką oponę czy gąsienice to od razu serce bije trochę mocniej. Nigdy z tego nie wyrosłem.

Minionej zimy jeździłem ratrakiem po Południowym Tyrolu i było fenomenalnie. Góra – dół, prawo – lewo, podjazdy na linie po stromym stoku. Mistrzostwo świata, ratrak to w końcu taka namiastka czołgu. Ale czemu w zasadzie ograniczać się do namiastki? Czemu by nie pokierować najprawdziwszym czołgiem? Internet, kontakt, telefon.

– Dzień dobry, chciałbym pojeździć czołgiem.

– Którym?

– Yyy, nie wiem, nie mam pojęcia – odpowiadam zbity z tropu, nie wiedziałem, że jest więcej niż jeden do wyboru.

– To T-55, nim możemy poszaleć w błocie.

Mój pierwszy raz: w czołguMój pierwszy raz: w czołgu JUSTYNA CIEŚLIKOWSKA

Panzer Farm

Dodzwoniłem się do Panzer Farm z Chrcynna pod Warszawą. Rodzina Kęszyckich prowadzi dobrze prosperujący zakład produkcyjny. Zarobione pieniądze od lat przeznaczają na swoją pasję, którą są stare pojazdy wojskowe. Odnajdują, czasem wyciągają z jezior i rzek, restaurują, aż w końcu maszynami da się na nowo jeździć. Trwa to nieraz latami, ale cierpliwości im nie brakuje. Funkcjonują na terenie byłej jednostki wojsk rakietowych Układu Warszawskiego, choć ta „prawdziwa” firma zajmuje bardzo niewiele przestrzeni. Reszta ogromnego obszaru to hangary, w których stoją kolejne czołgi, transportery opancerzone, pojazdy do stawiania mostów, motocykle wojskowe i wiele, wiele innych. Obok tor do jazdy, strzelnica, warsztaty. Wygląda to trochę jak postapokaliptyczna wizja świata, w którym mała społeczność zaszyta w lesie szykuje się do wielkiej bitwy. Umorusani smarem pracownicy krążą od hangaru do hangaru, duże psy biegają luźno po okolicy, nie widziałem tylko dzieci. Lubię postapokaliptyczne wizje świata.

Przez telefon rozmawiałem z dwudziestodwuletnim Marcinem Kęszyckim, synem i bratankiem właścicieli, który wraz ze swoim bratem wchodzi właśnie zarówno w rodzinny biznes, jak i rodzinne hobby. Mocno opancerzone hobby.

Na farmę docieramy z fotografką Justyną po wojskowej leśnej drodze z betonowych bloków. Dobra odmiana po dość luksusowym golfie, na którym byliśmy ostatnio. Na miejscu spotykamy się z Marcinem. Niepozorny człowiek, na oko przeciętny student, ale gdy tylko zaczyna opowiadać o maszynach, od razu robi się jakby wyższy, doroślejszy i poważniejszy. „To jest taki pojazd, to owaki, to wyciągnęliśmy z rzeki, ten silnik od dzisiaj działa, tak się rozkłada most z pojazdu gąsienicowego”. Jako nastolatek Marcin nie jeździł na rowerze. Marcin jeździł czołgami.

Mój pierwszy raz: w czołguMój pierwszy raz: w czołgu JUSTYNA CIEŚLIKOWSKA

Pierwsza jazda

Nasz T-55 stoi przygotowany i zatankowany w garażu. Rozpoczynamy procedurę uruchomienia pojazdu. Odkręcamy dwie butle z powietrzem, heble, wprowadzamy olej do obiegu, później kolejne przełączniki i rozruch. Gdy maszyna już chodzi, ustawiamy wstępne obroty na jakieś 600. Było kilkanaście punktów do odhaczenia, a to i tak wersja uproszczona. Gdybyśmy jechali w warunkach bojowych, byłoby tego bez porównania więcej. Na początku Marcin siada „za kółkiem” (którego tu wcale nie ma swoją drogą), ja siadam obok niego na wozie, a Justyna zajmuje miejsce z widokiem, na wieży. Silnik startuje z wielkim hukiem, wyrzucając z siebie mnóstwo spalonego oleju i spalin. Pojemność ponad 38 litrów czuć i słychać bardzo dosadnie. Trzymam się mocno, a Marcin rusza. Widziałem, że stosunkowo długo majstrował przy skrzyni biegów, a maszyna wydawała przy tym jakieś dziwne dźwięki. „Może on jednak nie do końca wie co robi” – pomyślałem sobie buńczucznie. Wiedział, zdecydowanie wiedział.

Ruszamy po torze. Podobno na razie jedziemy spokojnie, choć ja wcale tak tego nie odczuwam. Góra, dół, pieniek, gałąź, skręt, błoto, sadzawka, góra, skręt, postój. W trakcie jazdy Marcin tłumaczy, co robi, a ja, trzymając się obiema rękami, próbuję chłonąć instrukcje.

– No dobra, teraz ty – mówi spokojnie. Odruchowo patrzę na zegarek i widzę, że tętno podskoczyło o 10. A już było wysokie.

Fotel kierowcy

Siadam na miejscu kierowcy, które już samo w sobie jest ciekawe. Siedzę z przodu po lewej stronie, z grubsza tam, gdzie w samochodzie osobowym. Fotel z dwoma ustawieniami – nisko i wysoko. W trybie „wysoko” głowa wystaje mi lekko ponad kadłub i widzę sporo dookoła. Gdyby jednak ktoś chciał do mnie strzelać, miałby stosunkowo łatwe zadanie. W trybie „nisko” głowa chowa się do wewnątrz, a okolicę mogę oglądać przez dwa peryskopy. Widać zdecydowanie mniej, choć pewnie można się do tego przyzwyczaić. Na próbę zamykam właz nad głową i momentalnie czuję się jak na okręcie podwodnym. Nie jest to praca dla osób z klaustrofobią. Cały metal wokół mnie wibruje, silnik chodzi bardzo głośno. Gdybym, będąc zamkniętym, chciał z jakiegoś powodu przejść na tył pojazdu, musiałbym opuścić oparcie swojego fotela i przeczołgać się tam, do stanowiska ładowniczego. Załoga miała z kierowcą bardzo ograniczony fizyczny kontakt, wszystko odbywało się przez CzTW – czołgowy telefon wewnętrzny.

Mój pierwszy raz: w czołguMój pierwszy raz: w czołgu JUSTYNA CIEŚLIKOWSKA

Otwieram właz i z pełnym przekonaniem wybieram ustawienie „wysoko”. Pod stopami standardowy układ pedałów, ale zamiast kierownicy dwa drążki sterownicze. Gąsienica lewa i prawa, ustawienia „zero”, „połowa” i „pełna moc”. Planetarny mechanizm skrętu, czyli skręca się, spowalniając lub zatrzymując jedną gąsienicę. Pozostaje jeszcze tylko wrzucić jedynkę…

Za sterami czołgu

Skrzynia biegów ma dziwny układ. Drążek sam w sobie do ogarnięcia, ale jedynka jest pośrodku, później dwójka i trójka z lewej, a czwórka i piątka z prawej. Wsteczny pośrodku nad jedynką. Nie jest to ani trochę intuicyjne. Chwytam za drążek i próbuję wrzucić bieg. Czołg zaczyna się jeszcze bardziej trząść i wydawać koszmarne dźwięki, w dłoni czuję potężne wibracje. Puszczam i patrzę pytająco na Marcina.

– Wszystko OK, tak to działa. Jedynka nie ma synchronizacji, więc trzeba użyć trochę siły. „Trochę? – myślę sobie bez przekonania. – Trochę to ja już użyłem”. Łapię za dźwignię raz jeszcze, zwalniam blokadę i ciągnę z całej siły w miejsce jedynki. Moja ręka i czołg trzęsą się synchronicznie, maszyna wydaje z siebie koszmarne dźwięki, aż w końcu bieg wskakuje i wszystko wraca do normy. Głośna praca silnika wydaje mi się teraz błogim spokojem w porównaniu z tym, co było przed sekundą. Tego dnia musiałem wrzucić jedynkę jeszcze kilka razy (pozostałe biegi wchodzą łatwiej). Po tych zmaganiach na dłoni został mi wielki odcisk, który zszedł dopiero po tygodniu.

Z innych skrzyniowo-biegowych ciekawostek: w zasadzie nie zmienia się w trakcie jazdy biegu z pierwszego na drugi. Z dwójki można spokojnie ruszyć, a jedynka to trochę taki bieg manewrowy i do zadań specjalnych. Takich jak strome podjazdy czy spychanie pojazdów z drogi.

No dobra, bieg jest, skończyły się wymówki. Marcin siedzi na wozie, z boku, nade mną i przekrzykując silnik, podpowiada, co mam robić. Obie dźwignie do przodu i jedziemy. Kolos rusza, jadę bardzo wolno, ale serce bije mocno. Prowadzę ważący ponad 35 ton czołg! Najpierw prosto, potem lekki skręt w lewo. Jedna dźwignia na pełną prędkość, druga na pół. Działa. Wjeżdżamy do zagajnika. Teoretycznie wszystko dzieje się wolno, ale rozmiar tego potwora robi swoje. Uważnie patrzę, żeby nie zahaczyć o nic lufą, nie wjechać w drzewo, nie zsunąć się z niewielkiej skarpy. Głupio byłoby dachować czołgiem przy pierwszej okazji.

Mój pierwszy raz: w czołguMój pierwszy raz: w czołgu JUSTYNA CIEŚLIKOWSKA

Kolejne zadanie – kałuża. Kałuża taka, że mój bus zatonąłby w niej po linię szyb, ale my podobno możemy to spokojnie przejechać. Kluczowa jest prędkość – najpierw niezbyt szybko, potem gazu. Nie mogę stanąć w wodzie, nie powinienem też wjeżdżać za szybko, żeby fala, którą zrobię, nie wlała mi się do wnętrza czołgu. Z podpowiedziami idzie jak po maśle i jest to dość niesamowite uczucie. Przez błota i piaski, przez które nie przejechałaby żadna osobówka czy SUV, przejeżdżamy, jakby to była asfaltowa droga. Wyzwaniem jest wyczucie promienia skrętu, ale to też pewnie szybko można ogarnąć. Nie wyobrażam sobie natomiast sterowania z zamkniętym włazem, z użyciem peryskopów. To znaczy w sumie wyobrażam sobie, ale odbyłoby się to ze szkodą dla okolicznych drzew i zaparkowanych pojazdów. Z drugiej strony w czasie działań wojennych to pewnie detale, na które nie zwraca się aż takiej uwagi.

Po jednym kółku dostałem pozwolenie, żeby wrzucić dwójkę. Teraz to idzie! Lewo, prawo, dół, górka i…klops. Nie pociągnąłem w porę dźwigni do siebie, a to zredukowałoby przełożenie. Podjazd był za stromy i silnik nie dawał rady na dwójce. Wysprzęgliłem, żeby nie zgasić silnika, po czym czołg powoli zsunął się do tyłu, do sadzawki. To jest dogłębnie niepokojące uczucie zsuwać się 36-tonowym pojazdem do wody.

Stoimy w błocie, a ja znowu muszę wrzucić bieg numer jeden. Wciąż nie jest łatwo, ręka pewnie by mnie bolała, gdyby nie adrenalina buzująca we krwi. Wskakuje. Ogień do przodu i jazda. Podjeżdżamy bez trudu.

Zrobiłem jeszcze kilka kółek z uśmiechem siedmiolatka na twarzy, po czym Justyna wysiadła, ja przesiadłem się do wieży, a Marcin usiadł „za kółkiem”.

– Ostatnia rundka, taka trochę szybsza, więc trzymaj się czegoś – nie rzucał słów na wiatr. Ruszyliśmy „piecem”, było latanie bokami i strącanie gałęzi. Dwa razy lufa niepokojąco zbliżyła się do drzewa, ale Marcin chyba nawet nie mrugnął okiem. No dobra, w moim prowadzeniu czołgu jest jeszcze potencjał rozwoju.

Roztrzęsiony (z podniecenia) schodzę na ziemię i przybijam piątkę Marcinowi. Było rewelacyjnie, to na pewno nie był ostatni raz, kiedy widzicie mnie w czołgu.

Zobacz także
  • Cupra Formentor Cupra Formentor to prawdziwy, hiszpański "toro bravo"
  • Laptop Lenovo ze składanym wyświetlaczem Oto pierwszy laptop ze składanym ekranem
  • Porsche Type 64 To może być najdroższe Porsche w historii

Polecamy