Mój pierwszy raz: na torze do curlingu

Kiedy chciałem oglądać narciarstwo alpejskie w telewizji, trafiałem na dziwnych ludzi, którzy szczotkowali lód przed kamieniami.. Nadszedł czas sprawdzić, o co w tym chodzi.

Za oknem raczej smuta. Krótkie dni, sporo ciapy, a na porządne narty trzeba jeszcze trochę poczekać. W taką pogodę zdarza mi się zbłądzić myślami na daleką północ. Jak im tam się żyje, a w zasadzie jak się żyło, zanim pojawił się internet, konsole i różne serwisy streamujące mniej lub bardziej przyzwoite filmy. Kanada, Alaska, a nawet, niech jej będzie, Szkocja mają jakiś magiczny powab. Chciałoby się czasem rzucić wszystko i zacząć od nowa gdzieś tam w głuszy. Później myśli krążą wokół budowania domu z drewna, przejścia na wegetarianizm, bo nie mam serca strzelać do zwierzyny, hodowli roślin, kóz i owiec i tak dalej. A później tam też przychodziłaby smuta. Dom stoi, w kominku się pali, zwierzęta coś tam skubią, zapasy na zimę zrobione i co wtedy? Co ci ludzie robią jak nie mają nic do roboty. Na kręgle czy do kina przecież nie pójdą. Chociaż może…

O to chodzi: trzeba odepchnąć się nogą, sunąć na drugiej z nakładką, daleki wykrok, skupienie na celu i podkręcenie kamienia. Sporo, ale da się to ogarnąć na pierwszych zajęciach.O to chodzi: trzeba odepchnąć się nogą, sunąć na drugiej z nakładką, daleki wykrok, skupienie na celu i podkręcenie kamienia. Sporo, ale da się to ogarnąć na pierwszych zajęciach. Albert Zawada

W tym momencie przed oczami staje mi dziwna dyscyplina, którą co rusz pokazują na Eurosporcie na przemian ze snookerem. W czasie kiedy wolałbym oglądać narciarstwo alpejskie trafiam na dziwnych ludzi, którzy z jakimiś szczotkami ślizgają się po lodzie i rywalizują, kto lepiej zaparkuje swój kamienny krążek. Curling, tak to się nazywa.

Google i sprawa jest prosta – w Polsce jest jedna jedyna arena stworzona tylko i wyłącznie do uprawiania curlingu. Co więcej, jest nowa i jest w Łodzi, także z mojej perspektywy rzut beretem. Nie myśląc wiele więcej chwytam za telefon i umawiam się z Adelą i Kasprem, czyli ekipą Curling Łódź oraz z fotografem Albertem Zawadą, a już kilka dni później mkniemy autostradą na miejsce.

Kapitan mówi jak, reszta drużyny szczotkuje. Ja koncentrowałem się na tym, żeby nie upaść.Kapitan mówi jak, reszta drużyny szczotkuje. Ja koncentrowałem się na tym, żeby nie upaść. Albert Zawada

Korzystając z tego, że Albert prowadzi, ja dłubię w internecie, żeby dowiedzieć się czegoś o tym tajemniczym curlingu. Historia sportu sięga średniowiecza, a pierwsze dowody na piśmie XVI w. Curling pojawia się na przykład na obrazie Breugla „Zimowy pejzaż z łyżwiarzami i pułapką na ptaki”… Ciekawe, co by dzisiaj wrzucał Breugel jakby miał Instagrama.

Sport najpewniej wywodzi się ze Szkocji i stamtąd rozprzestrzeniał się na inne zakątki północnej Europy, a później do Kanady, gdzie trafił na wyjątkowy podatny, bo zamarznięty, grunt do rozwoju. Obecnie w tym kraju jest zarejestrowanych prawie milion zawodników. To co z początku było po prostu ślizganiem kamieniami po lodzie do celu, stało się kilka stuleci później (Nagano 1998) dyscypliną olimpijską z dość skomplikowanymi regułami gry. Pozostając przy tym ślizganiem kamieniami po lodzie do celu.

Same kamienie pochodzą ze Szkocji. Nie zmyślam. Na całym świecie do dziś wszyscy poważnie podchodzący do sprawy curlerzy grają kamieniami wyciosanymi z granitu wydobytego na bezludnej wyspie Ailsa Craig. Od kilku lat wyspa jest parkiem narodowym więc ceny dobrych kamieni rosną jak na drożdżach.

Arena Curling Łódź

Po krótkiej podróży docieramy na miejsce. Jedyny obiekt curlingowy w Polsce znajduje się na przedmieściach Łodzi i z zewnątrz jest dość niepozorną halą. Równie dobrze mogłoby być tu boisko do siatkówki lub fabryka gazomierzy. Wewnątrz natomiast sprawy wyglądają zupełnie inaczej. Hala jest funkcjonalna, minimalistyczna i zrobiona w naprawdę dobrym guście. Jest barek i kawiarnia, z których przez szybę i w cieple można oglądać, co się dzieje na torach. Przestronne szatnie, zaplecze techniczne i cztery pełnowymiarowe tory do curlingu. Można tu organizować zawody najwyższej rangi. To naprawdę imponujące, biorąc pod uwagę, że tor sfinansował w całości prywatny inwestor, a Polski Związek Curlingu (tak, istnieje taki) niespecjalnie pomógł. Poza tym cały obiekt przystosowany jest do potrzeb osób niepełnosprawnych w takim sensie, że mogą nie tylko oglądać, ale również grać.

Poznajemy uśmiechniętych Kaspra Kneblocha, icemastera hali i zawodnika, oraz Adelę Walczak, członkinię reprezentacji Polski. Siadamy przy kawie i zaczynamy słuchać, o co w tym wszystkim chodzi. Choć hala działa niespełna rok, to curling w Polsce ma już dłuższą historię. Istnieją kluby, rozgrywane są zawody, mamy reprezentację narodową. Po prostu nigdzie indziej w Polsce lód nie był przygotowywany stricte na potrzeby curlingu. W Łodzi zgadza się wszystko – wymiary, temperatura, wilgotność, struktura lodu i drobne zamarznięte krople na jego powierzchni. Wymiary kropli a nawet ich rozmieszczenie są bardzo precyzyjnie określone, a dzięki nim szczotkowanie toru przed sunącym kamieniem może przynosić oczekiwane rezultaty. Oczywiście, o ile ktoś wie, co robi z tą szczotką.

Jeśli chodzi o sprzęt, to poza kamieniami i ciepłym ubraniem są to szczotka, stoper i dwa różne buty. Poważnie, jeden but się ślizga, a drugi nie. Ze stoperem sprawa jest jeszcze ciekawsza, ale o tym za chwilę. Teraz idę się przebrać.

Kurtka, spodnie, kalesony i jestem gotowy do akcji. Zamiast dwóch różnych butów mam poślizgową (sic!) nakładkę na jednego i to musi mi na razie wystarczyć.

Naukę zaczynam właśnie od ślizgania. Odpycham się jednym butem i próbuję sunąć na drugim, tym z nakładką. Szału nie ma, ale jakoś tam wychodzi. Później dostaję do ręki szczotę i jest trochę łatwiej, bo to dodatkowy punkt podparcia. Po kilku ślizgach przechodzimy do następnego etapu, po którym będę mógł już grać. Na końcach toru (bo tory są dwustronne, można grać z obu stron) są zainstalowane podpórki na nogi, nieco przypominające stanowiska startowe dla biegaczy. Zadaniem zawodnika jest, aby w wykroku wybić się jedną nogą i sunąć gładko i równo po lodzie w obranym przez siebie kierunku. Na nodze wysuniętej do przodu jest wspomniana nakładka albo but „poślizgowy”, ta z tyłu szura po lodzie wierzchem buta. W trakcie gry w jednej ręce trzyma się kamień, w drugiej szczotkę.

Pod koniec treningu już miałem wpływ na to, gdzie poleci mój kamień.Pod koniec treningu już miałem wpływ na to, gdzie poleci mój kamień. Albert Zawada

Ja zaczynam po prostu w wykroku i bardzo szybko się wywracam. Lód jest śliski, co nie powinno dziwić. Próbuję kilka kolejnych razy i udaje mi się parę metrów przejechać. „No ale dłużej to się chyba nie da” – przechodzi mi przez głowę, a Adela, jakby czytając w moich myślach, wybija się na jednym końcu i pięknie, stabilnie sunie aż do drugiego, czyli ponad 43 metry ślizgu. Także tak – da się.

Przy tej okazji pytam naszych gospodarzy, jak to się właściwie stało, że grają w curling. Adela będąc dzieckiem spróbowała sił w Eisstockschiessen („bawarski curling” – gra podobna do curlingu), udało jej się wygrać pierwszą partię i spodobało jej się tak bardzo, że gdy tylko powstał klub w Łodzi, to się do niego zapisała. Kilka lat później wyjechała na studia do Szkocji, gdzie mogła trenować w dobrych warunkach. Kasper, jak sam mówi, miał łatwiej.

Pochodzę z Gliwic, gdzie środowisko curlingowe było już rozwinięte, gdy zaczynałem. Mój sąsiad potrzebował zawodnika do drużyny, zabrał mnie na trening i tak po dwóch miesiącach brałem udział w mistrzostwach Polski. Wtedy było łatwiej przebić się do czołówki, teraz wymaga to dużo pracy.

Kasper daje mi do rąk po kamieniu, tak ma być łatwiej. Robię wykrok w blokach, chwytam kamienie, wybijam się i... jadę! Uczucie jest naprawdę rewelacyjne. Wiem, że to może nie brzmieć dobrze, ale sunę stabilnie i mam poczucie kontroli (stabilizując się kamieniami), a mija dopiero 10. minuta tego szkolenia. Curling jest fajny i nie aż taki trudny, teraz to czuję. Pięć minut wcześniej nie byłem jeszcze w stanie stabilnie stać, a teraz już takie rzeczy. Oczywiście nie ma co przesadzać, pojechałem raptem z 10 m, ale tyle wystarczy, żeby móc zacząć grać.

Rotacja i szczotka

Robię kilka kolejnych prób, kamień w lewej ręce zamieniam na szczotkę i już prawie jestem gotów na pierwszą partię. Pozostało jeszcze „tylko” zakręcanie i szczotkowanie. Pierwsza rzecz to nadanie kamieniowi rotacji. To bardzo delikatny i precyzyjny ruch.

Podczas sunięcia po torze, kamień powinien obrócić się mnie więcej 4-5 razy. Jeśli będzie kręcić się zbyt wolno lub za szybko, jego tor będzie nieprecyzyjny.

Zawodnik po wybiciu się może sunąć trzymając kamień w ręce do linii spalonego. Później wypuszcza go nadając mu rotacją. Drużyna może mierzyć czas jaki zajęło kamieniowi dojście do linii spalonego, co jest wskazówką przy szczotkowaniu. Zawodnicy potrafią umówić się, że robią wybicie trwające dajmy na to 2,5 sekundy i z dokładnością do 10 setnych są w stanie to zrealizować. Widziałem na własne oczy.

Mój pierwszy raz: na torze curlingowymMój pierwszy raz: na torze curlingowym Albert Zawada

Później, gdy kamień już sunie, w jego tor jazdy można ingerować właśnie szczotkując lód przed nim. Szczotkowanie po pierwsze może naprostować jego kierunek, a po drugie sprawić, że pojedzie dalej. O tym, czy, kiedy i jak szczotkować decyduje skip, czyli kapitan. Z moich skromnych doświadczeń wynika, że szczotkowanie to czarna magia. Po pierwsze trudno jest równocześnie przemieszczać się szybko po lodzie, szczotkować energicznie lód i nie wpadać w kamienie, które już są na torze. Po drugie, znacznie ważniejsze, trzeba naprawdę umieć „czytać lód” i mieć – jak sądzę – olbrzymie doświadczenie, żeby wyczuć kiedy i jak to robić, a kiedy odpuścić. Gdy ogląda się ten sport, szczotkowanie wygląda po prostu komicznie, jednak po jednej próbie już wiem, że praca na szczocie to jest sztuka.

Zaczynamy rozgrywkę. Gramy w wersji da na dwa, w sumie każda drużyna ma rzucić po pięć kamieni. Ja gram z Kasprem przeciwko Adeli i Wiktorii. O wynikach nie będę się rozpisywał, ale było fajnie. Już od pierwszych rzutów udaje się posłać kamień mniej więcej tam, gdzie człowiek by chciał. Bardzo „mniej więcej” rzecz jasna, ale nie jest tak, że przelatuje całe boisko albo wypada poza linię. Dzięki temu już od pierwszej partii można kombinować, próbować minąć linię obrony przeciwnika, wybić jego kamień itp. Nie żeby mi to jakoś świetnie wychodziło, ale przynajmniej czułem, że mam nad tym jakąś kontrolę. To miłe uczucie, tak w curlingu, jak w życiu.

Więcej o: