Mój pierwszy raz: szkoła duszenia

Zosia i Kuba. Oni mi mówią o duszeniu, gardzie i chwytach, ale ja myślę tylko o tym, jak wyglądają ich domowe awantury. Pan i pani Smith brazylijskiego dżiu-dżitsu.

Zosia i Kuba. Oni mi mówią o duszeniu, gardzie i chwytach, ale ja myślę tylko o tym, jak wyglądają ich domowe awantury. Pan i pani Smith brazylijskiego dżiu-dżitsu. (Albert Zawada / AG)

Mam kolegę Piotrka. Większość z was pewnie też ma, więc wiecie, jak to jest. Mój Piotrek umie robić dobrze wyjątkowo dużo rzeczy, a jedną z nich jest bicie i duszenie innych. Spokojnie, nie na ulicy czy w barze, tylko na macie. Duszenie dla sportu, bo tak jak Wściekły Wąż unika niepotrzebnych "walek".

Piotrek był swego czasu reprezentantem Polski w MMA. Poznał po drodze wiele różnych sztuk walki i ludzi zajmujących się nimi. Gdy mnie naszła ochota na to ochota, zgłosiłem się właśnie do niego.

– Serwus, chciałbym jakoś powalczyć, ale wiesz jak to ze mną jest. Nie lubię bić ludzi, nie lubię atmosfery wokół sportów walki, a już najbardziej to nie lubię być bity.

– Wiem dokładnie, czego potrzebujesz. Sprawdzisz się z Zosią i Watsonem, oni są super i ważą mniej od ciebie.

Gi no gi

Tydzień później, o poranku, ląduję na warszawskich Bielanach w sali treningowej Pawła Nastuli. Tutaj spotykam Zosię i Watsona, czyli Zofię Szawernowską i Kubę Witkowskiego, zawodników i trenerów brazylijskiego dżiu-dżitsu (Brazilian dżiu-dżitsu – BJJ). Mili, młodzi, uśmiechnięci, nie wyglądają, jakby się lubili bić pod stadionami. Raczej.

Kark w brazylijskim dżiu-dżitsu pracuje dosyć intensywnie, dlatego jego rozgrzewka jest kluczowa dla bezpieczeństwa. Z czasem bardzo ważne stają się mięśnie całej szyi.Kark w brazylijskim dżiu-dżitsu pracuje dosyć intensywnie, dlatego jego rozgrzewka jest kluczowa dla bezpieczeństwa. Z czasem bardzo ważne stają się mięśnie całej szyi. Albert Zawada / AG

Cześć, cześć, pytanie pierwsze, czy będziemy gi, czy no gi. Choć gi brzmi całkiem nieźle, to wybieramy no gi. Później dowiaduję się, że prawdopodobnie tym uratowałem swoją skórę, w gi nie miałbym żadnych szans. To gi to kimono, a no gi to walka w zwykłych, w miarę  obcisłych ubraniach. Za kimono można szarpać i chwytać i jeśli ktoś umie to robić, to ma zdecydowanie więcej możliwości na pokonanie przeciwnika.

Szybka przebierka i na matę. Nie potrzeba żadnych ochraniaczy czy rękawic, walczy się na boso. Rozgrzewka początkowo dosyć standardowa, potem robi się śmiesznie. Są przewroty do przodu i tyłu (nie pamiętałem aż tak dużo z lekcji wuefu), a potem ćwiczenia równowagi z piłką. Usiąść na kolanach, przechodzić z boku na bok, później upadanie na piłkę z dopchnięciem biodrami. To konkretnie ćwiczenie wygląda dla mnie, jakby miało zastosowanie raczej w sypialni niż na macie, ale po kilkunastu minutach widzę, że dobry ruch biodrami to często ratunek przed unieruchomieniem przez przeciwnika. Czyli co dobre w sypialni, dobre w BJJ. To nie jest tak, że ja mam jakieś dziwne skojarzenia, jak pójdziesz na trening to sam zobaczysz.

Rodzina Graciech

Historia BJJ jest dosyć ciekawa i nierozłącznie związana z brazylijską rodziną Graciech (czyt. Grejsich). W 1914 r. japoński dżudoka i utytułowany zawodnik Maeda Mitsuyo osiedlił się w Brazylii. Kilka lat później zaczął trenować niejakiego Carlosa Graciego. To, czego go uczył, było połączeniem kilku technik i sam Maeda nazwał swoją dyscyplinę dżiu-dżitsu. Carlos, wraz z rodziną, sztuki walki traktował bardzo poważnie i w kolejnych latach Gracie zaczęli szkolić zawodników i modyfikować technikę znaną wówczas właśnie jako Gracie dżiu-dżitsu, a później po prostu brazylijskie dżiu-dżitsu. Opierała się na dźwigniach i duszeniach, a to, co czyniło ją wyjątkową, to możliwość pokonania znacznie większego przeciwnika dzięki umiejętnościom. Do dziś BJJ jest podstawą wielu systemów samoobrony, a w latach 90. bardzo zyskało na popularności dzięki sukcesom zawodników BJJ w konfrontacjach sztuk walki. Polecam zobaczyć na YouTubie, co na ringu wyczyniał niejaki Royce Gracie (tak, tak, z tych Graciech). Gdy był zawodnikiem, ważył około 80 kg, co nie przeszkodziło mu w trzykrotnym zdobyciu mistrzostwa UFC.

Ja konfrontować się nie planuję, ale dość szybko widzę, co mi się w tym sporcie podoba. W BJJ nie ma uderzeń. Walkę wygrywa się poprzez duszenia i dźwignie. W związku z tym brazylijskie dżiu-dżitsu nie rozwiąże może problemu barowej bójki na tulipany, ale za to można je trenować bez strachu i większych nieprzyjemności.

W wersji amatorskiej naprawdę trudno o kontuzje, złamania czy podbite oczy. Łatwo natomiast o solidny wysiłek, zadyszkę, mroczki przed oczami i dobre towarzystwo na treningach. Ponadto w BJJ nie ma też za bardzo przestrzeni na medytację i wszelkie szeroko rozumiane duchowe aspekty sztuk walki. To po prostu trening dyscypliny sportowej – przygotowanie fizyczne oraz nauka techniki.

Moje pierwsze duszenie

Po serii wspomnianych dziwnych ruchów bioder na piłce Kuba zaczyna mi tłumaczyć, na czym polega duszenie.

Na filmach to wygląda trochę inaczej niż w rzeczywistości. Sprawa jest wbrew pozorom bardziej techniczna niż siłowa. Na szyi mamy dwie tętnice. W duszeniu chodzi o to, żeby wywołać równoczesny ucisk na nich obu. Ciało przechodzi wtedy w rodzaj „trybu awaryjnego” i człowiek bardzo szybko traci przytomność. Gdy ucisk mija, z reguły równie szybko, bez świadomości, że coś się w ogóle wydarzyło, człowiek odzyskuje świadomość. Co istotne, bez żadnych konsekwencji zdrowotnych, o ile poddasz się w odpowiednim momencie, a duszący zwolni wtedy ucisk.

Kuba pokazuje mi, jak go dusić. Takie ułożenie nóg w połączeniu z objęciem przeciwnika rękami to bardzo korzystna pozycja. Co prawda on może wstawać, turlać się i upadać, ale to ten za jego plecami może dusić.Kuba pokazuje mi, jak go dusić. Takie ułożenie nóg w połączeniu z objęciem przeciwnika rękami to bardzo korzystna pozycja. Co prawda on może wstawać, turlać się i upadać, ale to ten za jego plecami może dusić. Albert Zawada / AG

Najpierw Kuba łapie mnie tłumacząc po kolei, co robi. Obejmuje moją szyję jedną ręką, drugą dokłada z tyłu, poprawia chwyt i pyta, czy jestem gotowy. No, nie wiem, ale bardziej raczej nie będę. Napina biceps i zaciska chwyt, a ja dosłownie po sekundzie czy dwóch klepię go w ramię, że już mi wystarczy. Uczucie jest niesamowite. W jednej chwili jestem na całkowitej łasce i niełasce drugiego człowieka. Gdy chwyt złapany jest dobrze, to już naprawdę niewiele da się zrobić żeby powstrzymać całkowitą utratę przytomności.

Zamieniamy się miejscami. Siadam za Kubą, chwytam, tak jak pokazywał, i na dany sygnał ściągam łopatki i napinam mięśnie.

– Dobrze – mówi po chwili czerwony Kuba, odklepując moje duszenie. Po dwóch próbach dochodzą nogi. Obejmuję go tak, by zyskać stabilność. W ten sposób Kubie ma być trudno mnie zrzucić. Demonstracyjnie przetacza się ze mną na plecach, wstaje, pada i rzeczywiście jestem w stanie się utrzymać na tych jego plecach. Nie jest to jednak tak zupełnie bez bólu, nieczęsto taczają się po mnie inni faceci. Na moje szczęście walczyć będę z 20 kg lżejszą Zosią. Kuba pełni dziś funkcję mojego trenera, a Zosia sparingpartnerki. Zanim pomyślicie o mnie najgorsze rzeczy, wytłumaczę, dlaczego nie miałem oporów, by bić się z dziewczyną. Po prostu wiedziałem od początku, że to nie ja będę tym bijącym.

Grappling, BJJ i macierzyństwo

Prywatnie Kuba i Zosia są parą i mają malutkie dziecko. Dość zabawnie ogląda się ich demonstrujących różne pozycje i techniki walki, bo moje myśli od razu wędrują do ich gospodarstwa domowego. Jak ja się posprzeczam z żoną, to możemy się trochę poawanturować. Ich kłótnia mogłaby natomiast wyglądać jak z filmu „Pan i pani Smith”. Mówią z uśmiechem, że starają się rozgraniczać sprawy służbowe i prywatne, bo po wspólnych sparingach zdarzały im się już ciche dni w domu.

Oboje zajmują się zawodowo brazylijskim dżiu-dżitsu. Z wykształcenia kulturo- i medioznawca, Kuba uprawia BJJ od 2005 r. Ma czarne pasy zarówno w nim jak i w taekwondo. Był mistrzem Polski, a w tym roku zdobył drugie miejsce na Mistrzostwach Świata w Grapplingu (dyscyplinie pokrewnej z BJJ, polegającej na chwytach, dźwigniach i duszeniach). Organizuje i komentuje zawody, trenuje zawodników i amatorów, mam wrażenie, że jest zaangażowany we wszystko, co ma w Polsce związek z BJJ.

Zosia swoją przygodę z tym sportem zaczęła stosunkowo niedawno. Studiując Psychologię na Uniwersytecie Warszawskim, zapisała się na zajęcia z BJJ w ramach wuefu. To było sześć lat temu. Od tego czasu udało jej się ośmiokrotnie zdobyć mistrzostwo Polski, sześciokrotnie zdobyć medal na mistrzostwach Europy, a w tym roku, roku urodzenia dziecka, zdobyć mistrzostwo świata w grapplingu. Niezła z Zosi aparatka.

Tak że wychodząc na matę, ani trochę nie czułem, że to ja mógłbym jakkolwiek ją skrzywdzić. Po mojej stronie były co prawda przewaga siły i wzrostu, ale po jej – sześć lat doświadczenia w niwelowaniu tego typu czynników.

Pierwsze trzy minuty

– Spróbuj przydusić Zosię – powiedział z uśmiechem na ustach jej partner i ojciec ich dziecka. – Macie trzy minuty. Zaczynamy.

Demonstracyjne przytulenie się do Zośki. Proste tylko na pozór - przez sześć minut na macie, pomomo wielkich starań, nie udało mi się uzyskać takiej pozycji na dłużej niż... sekundę.Demonstracyjne przytulenie się do Zośki. Proste tylko na pozór - przez sześć minut na macie, pomomo wielkich starań, nie udało mi się uzyskać takiej pozycji na dłużej niż... sekundę. Albert Zawada / AG

Zosia kładzie się na plecach, piątka, żółwik i próbuję przejść jej gardę. Wiedza wiedzą, a emocje emocjami. Jestem większy i silniejszy, więc to się musi udać. Rzucam się do zadania i wydaje mi się, że nawet mi wychodzi. Jestem w stanie nie tyle minąć, ile przepchnąć ręce czy nogi przeciwniczki. Myślę, że już zaraz będę miał solidny chwyt, ale za każdym razem, w jakiś magiczny sposób, Zosia się z niego wywija. Próbując, wykorzystuję bardzo dużo energii, a jej obrona jest dużo bardziej przemyślana i stonowana. Tego oczywiście w tym  momencie nie zauważam. Efekt jest taki, że półtorej minuty później ledwo zipię i moja przewaga fizyczna niknie. Niemniej ciągle odgrywamy scenariusz, w którym Zosia ma się raczej bronić, a ja atakować. Ponieważ nie znam żadnych dźwigni, Zosia też próbuje raczej mnie przydusić, niż zastosować którąś z nich. Mimo to po dwóch minutach zaczynam już w każdym jej ruchu czuć podstęp i panicznie boję się chwytów, których nie rozumiem. Tarzamy się, turlamy i przerzucamy po macie. Z zewnątrz nie wygląda to może aż tak porywająco, ale moje serce bije piekielnie szybko, a mózg chodzi na wysokich obrotach. Sytuacja, w której czuję, że obiektywnie mam przewagę, ale zupełnie nie jestem w stanie jej wykorzystać, robi się irytująca. Mój oddech staje się coraz krótszy, a ruchy wolniejsze. Czuję, że jeszcze trochę i po prostu kompletnie opadnę z sił, a wtedy Zosia zrobi ze mną, co zechce.

– Czas – mówi Kuba, a mnie te słowa cieszą jak prezenty pod choinką.

Kładę się na macie, łapię oddech, a Kuba omawia sparing. – Nieźle, ale widać, że dużo dłużej byś nie pociągnął. Zosia dodaje więcej uwag: – Kiedy walczę z większym czy silniejszym przeciwnikiem, na początku daję się mu jak najwięcej ruszać. I czekam. Większe ciało, ruszając się dynamicznie, zmęczy się bardziej, a ja swoje siły oszczędzam na później.

Rzeczywiście, a ja swoich nie oszczędzałem, licząc mniej lub bardziej świadomie, że może uda mi się szybko wygrać, zanim jeszcze zdążę się zmęczyć. No, nie udało się.

Drugie trzy minuty

Zaczynamy odwrotnie niż ostatnio, czyli ja leżę, a Zosia próbuje przejść moją gardę. Bo to leżenie na plecach nogami w stronę przeciwnika to wbrew pozorom jest całkiem niezła pozycja, choć mogłoby się wydawać, że ten co leży jest w tarapatach. Ponieważ nie znam dźwigni, Kuba proponuje z uśmiechem, że jeżeli uda mi się objąć Zosię nogami i przytulić ją do siebie, to będzie koniec walki z moją wygraną. To i duszenie. Ja tego słucham i cały czas się zastanawiam, czy aby nie jestem w ukrytej kamerze.

Piątka, żółwik, zaczynamy. Tym razem, nauczony skromnym doświadczeniem, staram się oszczędzać siły. Staram się, ale nic z tego nie wychodzi, bo Zosia cały czas napiera. 2 minuty 55 sekund później Zosia trzyma ręce na mojej szyi i obejmuje mnie nogami od tyłu. Jestem jeszcze w stanie powstrzymywać jej ręce, ale czuje że dużo dłużej nie dam rady.

– Czas – słyszę upragnione hasło. Dotrwałem. Jestem wykończony i bardzo zadowolony. Dowiedziałem się też jednej ważnej rzeczy. Nie jest łatwo przytulić się do Zośki S.

Więcej o treningach Zosi i Kuby: www.flowfighters.pl oraz na FB Flow Fighters

Zobacz także
  • Qatar Airways Jakie są najlepsze linie lotnicze na świecie?
  • 'Mamy psychozę lajkingu' "Mamy psychozę lajkingu" - rozmowa z Tomaszem Szlendakiem
  • Na co uważać przy wynajmie samochodu? Na co uważać przy wynajmie samochodu?

Polecamy