Mój pierwszy raz: morsowanie

Sam początek to jednak sporo cierpienia. Na szczęście z czasem z twarzy znika grymas bólu. Odważę się nawet zanurzyć na moment po samą szyję.

Sam początek to jednak sporo cierpienia. Na szczęście z czasem z twarzy znika grymas bólu. Odważę się nawet zanurzyć na moment po samą szyję. (Albert Zawada / Agencja Gazeta)

Według słownika mors to osoba praktykująca kąpiele w lodowatej wodzie. Z tej perspektywy epizodycznie byłem już morsem, podobnie zresztą jak każdy, kto spędził kiedyś wakacje nad polskim morzem. Zdarzyło mi się wskakiwać do bani z lodowatą wodą po wyjściu z sauny czy do Bałtyku w styczniu. Zawsze były to jednak szybkie akcje. Spontaniczne i bez jakiegoś specjalnego planu. Morsy tak tego nie robią.

Kilka lat temu obejrzałem oparty na faktach film o Guðlaugurze Friðþórssonie. Guðlaugur (dla ułatwienia można czytać Gulgur) to zupełnie prawdziwy, urodzony w 1961 r. islandzki rybak. Kiedy miał 23 lata, jego kuter zatonął w lodowatych (5oC) wodach okolic wysp Vestmannaeyjar. Spośród pięciu członków załogi czterech utonęło w zasadzie błyskawicznie. Hipotermia sprawiła, że nie byli w stanie płynąć ani w ogóle funkcjonować i spotkał ich taki sam los jak niemalże wszystkich, którzy mieli pecha wpaść na dłużej niż kilka minut do wody o takiej temperaturze. Niemalże, bo nie Guðlaugura. Ten, ubrany w sweter i dżinsy, przepłynął 6 km, kierując się światłem latarni morskiej. Płynąc wzdłuż brzegu, znalazł, co w tych okolicach nie jest łatwe, dogodne wyjście z wody, a następnie boso przez trzy godziny szukał jakiegoś domu. Dopiero stamtąd zabrała go karetka. W wodzie spędził w sumie około pięciu-sześciu godzin, a spacer po przysypanej śniegiem wyspie zabrał mu kolejne trzy. W tym czasie nie stracił przytomności umysłu czy koordynacji, czym generalnie zaprzeczył wiedzy na temat fizjologii człowieka wystawionego na działanie zimna. Badania prowadzone na Guðlaugurze potwierdziły jego fenomenalną odporność na zimno.

Opisana sytuacja zdarzyła się w 1984 r., a film nazywa się „Na głębinie” (The Deep) i pochodzi sprzed siedmiu lat. Odkąd go obejrzałem, ucząc przyszłych nurków, czym jest hipotermia i jakie są jej fazy, zawsze mam z tyłu głowy historię islandzkiego rybaka z wysp Vestmannaeyjar.

Warszawa, rok 2019

– Jak twoja noga? – zapytał redaktor naczelny, a ja odpowiedziałem, że powoli do przodu. Ćwiczenia, elektrostymulacja, ultradźwięki, laser, pole, krioterapia i naderwane więzadło się goi.

– Krioterapia mówisz… To morsowanie powinno być dla ciebie w sam raz. W przyszłą sobotę w Wesołej. Nie martw się, mają tam też saunę.

W ten sposób Marcin, który sam już trochę morsuje, namówił mnie na ten lodowaty pierwszy raz.

Następnego dnia na rehabilitacji zagaduję fizjoterapeutę Piotra.

– W przyszłą sobotę chyba pójdę na morsowanie, to dobry pomysł?

– Świetny! – odpowiada z entuzjazmem Piotr, który – jak się okazuje – sam morsuje od dawna.

W ten sposób klamka zapadła. Morsy są wśród nas i nie ma przed nimi ucieczki, jak już się człowiek podłoży.

Piszę do gospodarzy z Wesołej i pytam, co przynieść, jak się przygotować. Ciepłe ubranie (tu bez niespodzianki), kąpielówki, czapkę, rękawiczki i buty neoprenowe, jeśli mam. Mam i buty, i rękawiczki, ale wiem też, że to już jest dyskusyjny temat. Morsowi radykałowie nie stosują takich ułatwień, bo ich zdaniem w tym wszystkim chodzi o jak najbliższy kontakt z naturą, a natura nie dała człowiekowi pierwotnemu neoprenu. Ja jednak nie będę tego rodzaju neofitą, który by rękawiczek nie zakładał.

Sobota morsa

Przyjeżdżam z Misią i Lwem (żoną i dzieckiem) we wskazanym czasie we wskazane miejsce. Zamarznięty staw, dwa przeręble, zalodzone schodki, kilka wystających z wody głów w czapkach. W sumie jest tu już kilkanaście osób. Jedni zaczynają, inni są w trakcie, a jeszcze inni ubierają się już po saunie. Oceniając z wyglądu, ludzie od nastolatków po emerytów i z bardzo różnorodnych środowisk. Morsowanie jest egalitarnym hobby. Tego, kto jest na jakim etapie, można się domyślić po kolorze skóry. Ci, którzy wyszli z wody, są bardzo czerwoni.

Witam się z gospodarzem, niejakim Rybą, i rozmawiam z ludźmi, którzy właśnie zaliczyli swój pierwszy raz. Jak było? Super, super. Wytrzymałem sześć minut, ja trzy, ja cztery. Tutaj włącza się Ryba i zaznacza, że nie chodzi o wynik. Chodzi o to, żeby siedzieć dopóty, dopóki to jest przyjemne. Sięgam pamięcią wstecz i nie przypominam sobie, żeby moje wchodzenie do zimnej wody było jakkolwiek przyjemne, zanim z niej nie wyszedłem…

Rozgrzewka to podstawa - do lodowatej wody wchodzi się z solidnie pobudzonym krążeniem.Rozgrzewka to podstawa - do lodowatej wody wchodzi się z solidnie pobudzonym krążeniem. Albert Zawada / Agencja Gazeta

– Jedna uwaga – dodaje chłopak, który wytrzymał sześć. – Im mniej lata, tym lepiej. Chwilę się zastanawiam, po czym dociera do mnie, że mówi o kąpielówkach. Tego w briefingu od organizatorów nie było.

Instrukcje Ryby

– Szkoły są różne i nie ma sensu nic sobie narzucać. Rób, jak czujesz. Ogólne wytyczne są mniej więcej takie. Najpierw solidna rozgrzewka na sucho. Trucht, ćwiczenia, pompki,  przysiady i tym podobne. Ma ci być ciepło. Później rozbierasz się, zakładasz buty, rękawiczki i czapkę i wchodzisz do wody. Siedzisz, dopóki jest przyjemnie (ponownie otwieram szerzej oczy ze zdziwienia), po czym wychodzisz. To może być minuta, może być 10. Później od razu „dogrzewka manualna”, czyli ćwiczenia. Dalej sauna. Tam siedzisz, ile potrzebujesz, żeby zrobiło ci się ciepło. Ale też bez przesady, nie do siódmych potów. Po saunie fajnie jest wrócić do wody. Chociaż na chwilę, żeby zamknąć pory, choć oczywiście może być i na dłużej. Po tym znowu „dogrzewka manualna”, ewentualnie krótka sauna i ubierasz się w suche rzeczy. Ale zaznaczam, to są ogólne wytyczne, rozmawiaj z ludźmi, rób, jak czujesz.

Dobra mina do złej gry, czyli autor tuż przed wejściem do lodowatej wody.Dobra mina do złej gry, czyli autor tuż przed wejściem do lodowatej wody. Albert Zawada / Agencja Gazeta

– I jeszcze jedno, nigdy nie morsuj sam. Ta zasada jest bezwzględna, to kwestia bezpieczeństwa.

To oczywiście ma sens. W tym momencie moją uwagę odwraca chłopak, który podchodzi po lodzie do przerębla. Jest czerwony, to ewidentnie nie jest jego pierwsze wejście dzisiaj. Wskakuje do wody, zanurza kilka razy głowę, trzymając się krawędzi, po czym przepływa pod lodem do tej większej dziury, w której moczy się kilka osób.

Chwilę zastanawiam się, czy ja na pewno chcę tu być, ale zaraz poznaję przesympatyczną Magdę, morsową weterankę, która prowadzi mnie przez kolejne etapy. Truchtamy, przysiady, pajacyki i robi się ciepło, choć na dworze kilkustopniowy mróz. Woda ma 0,8oC, więc jest cieplejsza niż powietrze. To ma być pocieszające.

Magda jest z siostrą, która cały czas próbuje się przełamać do wejścia do zimnej wody po raz pierwszy. Za mnie tę decyzję podjął redaktor naczelny, więc mam łatwiej.

Wejście

Rozbieram się do za-mało-obcisłych kąpielówek, zakładam buty, czapkę, rękawiczki i trzymając się poręczy, schodzę po oblodzonych schodach. Zimno, ale muszę przyznać, że neoprenowe buty bardzo pomagają. Wchodzę dalej, patrząc na pewną siebie Magdę i chłopaka, któremu z wody wystaje samiusieńka głowa. Nie jest mi przyjemnie. Uczucie jest z pewnością wyjątkowe, ciekawe, stymulujące, ale to nie ma nic wspólnego z przyjemnością. Na chwilę zanurzam się po szyję, ale dość szybko odpuszczam i zostaję w wodzie do wysokości klatki piersiowej. Trudno mi uspokoić oddech, ale po kilkunastu sekundach ruchy przepony się normują. Nieco później znika kłucie, które odczuwałem na samym początku. Całe ciało wydaje się przestawiać w jakiś tryb przetrwania i wszystko się uspokaja. Po mniej więcej minucie (nie mam zegarka) mogę znowu swobodnie rozmawiać. Cieszę się, że nie zrezygnowałem na samym początku, bo odczucia są już teraz zupełnie inne. Już nie jest strasznie, ale nie zrozumcie mnie źle, nie jest bynajmniej ciepło. Jest jak najbardziej zimno, z tym że jest to już bardziej typ marznięcia na przystanku autobusowym niż wchodzenia do wody o temperaturze niższej niż jeden stopień. Kolega zdejmuje czapkę, zanurza głowę, po czym wychodzi. Siedział chyba z osiem minut i wygląda już na solidnie zmarzniętego. Po Magdzie nie widać jeszcze w zasadzie nic.

Wejść do lodowatej wody, a wpaść do niej bez kontroli to dwie różne rzeczy. Stawiając kolejne kroki, kurczowo trzymam się poręczy.Wejść do lodowatej wody, a wpaść do niej bez kontroli to dwie różne rzeczy. Stawiając kolejne kroki, kurczowo trzymam się poręczy. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Jej strategia jest inna. Posiedzieć z 10 minut i tyle. Bez moczenia głowy i bez wracania do wody po saunie. 10 MINUT w wodzie o temperaturze 0,8oC.

Historia boga morsów

W tym momencie możesz dość rozsądnie zadać pytanie, jak to jest w ogóle możliwe. Ogólnie rzecz ujmując, przeciętna osoba wsadzona do wody o takiej temperaturze na tyle czasu nie byłaby w stanie wyjść z niej o własnych siłach. Kilka osób pewnie balansowałoby na granicy utraty przytomność. Rękawiczki i buty oczywiście trochę pomagają, ale po pierwsze, nie aż tak, a po drugie, Magda była bez butów. Co więcej, ona nie jest żadną rekordzistką, nawet w niewielkiej Wesołej. Ludzie potrafią siedzieć tu w lodowatej wodzie po kilkanaście minut, a podobnych miejsc jest naprawdę całkiem sporo.

Pewną wskazówką, jak takie rzeczy są w ogóle możliwe, jest życiorys niejakiego Wima Hofa. Ten urodzony dwa lata przed Guðlaugurem Holender funkcjonuje pod pseudonimem „Iceman”. Opowiada niestworzone rzeczy. Twierdzi na przykład, że potrafi sterować temperaturą własnego ciała i kontrolować wydzielanie kilku hormonów. Wymyślił technikę oddychania uodparniającą na zimno. Napisał nawet, że medytacją i szeroko rozumianą siłą woli potrafi szybko i skutecznie zwalczać niektóre choroby i infekcje atakujące jego organizm. Wiele osób może sobie tak twierdzić, ale Wim Hof wielokrotnie udowadniał, że nie jest gołosłowny. Pod okiem sędziów, dziennikarzy i naukowców wytrzymał w bani z lodem prawie dwie godziny, ukończył maraton za kołem podbiegunowym (temperatura sięgająca -20oC) ubrany w same szorty i buty, w podobnym stroju zdobył Kilimandżaro. Z Mount Everestem mu się nie udało, ale wycofał się dopiero na 7000 m n.p.m. i nie z powodu wychłodzenia, tylko kontuzji. Tej postaci nie da się opisać w skrócie, ale swoim życiem Hof wielokrotnie udowadniał, że hipotermia, zimno i ogólniej, fizjologia człowieka, to wciąż niezbadany ląd pełen niespodzianek.

Po wyjściu z wody z gospodarzem. Dla niego jestem kolejnym człowiekiem po morsowej stronie mocy.Po wyjściu z wody z gospodarzem. Dla niego jestem kolejnym człowiekiem po morsowej stronie mocy. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Ja tymczasem siedzę w lodowatej wodzie w Wesołej i staram się nie uciekać myślami od tu i teraz do Wima Hofa. Przypominam sobie Tylera Durdena (Brad Pitt w „Podziemnym kręgu”), który zabraniał uciekać do swojej jaskini (tej z pingwinem) i kazał zamiast tego „embrace the pain”. Po jakimś czasie jest mi już naprawdę zimno. Pytam Magdy, ile czasu minęło, i okazuje się, że już prawie sześć minut. Relatywizm czasu jest niesamowity. Pierwsza minuta trwała wieczność, kolejne minęły zaskakująco szybko. Zostawiam ją w wodzie i wychodzę w stronę ognia. Pajacyki, przysiady i krew zaczyna krążyć szybciej w żyłach.

Sauna pełna morsów

Z wielką ulgą idę do sauny. Tłoczno, ciepło i przyjemnie. Pytam współsiedzących o ich czasy i strategie. Część wchodzi raz, niektórzy nawet trzy. Jedni moczą głowę, inni nie. Ktoś jest pierwszy raz, ktoś inny robi to od kilkunastu lat. A co wam daje morsowanie? Mniej choruję, lepiej znoszę zimę, jestem bardziej odporna na zimno, czuję, że żyję. Tyle strategii, ile powodów i efektów. Ryba nie kłamał, ludzie morsują, tak jak czują, i ewidentnie im to służy.

Po jakimś czasie jest mi już całkiem ciepło. Z trudem mobilizuję się do wyjścia z sauny i powrotu do wody. Ale chcę tego spróbować. Wchodzę jeszcze raz. Nie jest łatwiej, nie jest trudniej, ale czuję, że nie chcę już dłużej siedzieć. Dosłownie na chwilę zanurzam się po szyję i wracam do ognia. Drugie zanurzenie trwało może 30 sekund, ale było warto. Rozgrzewam się przy ognisku, a na skórze odczuwam bardzo przyjemne wrażenia. To to, co Ryba nazwał zamykaniem porów, to uczucie znają ci, którzy łączą saunę z banią. Do sauny wchodzę dosłownie na chwilę, przbieram się w suche rzeczy i idę przejąć Lwa od Misi. Teraz ona idzie w ślady Wima Hofa.

Zobacz także
  • Sneakerheadzi. O kolekcjonerach sportowych butów Sneakerheadzi. O kolekcjonerach sportowych butów
  • 7 grzechów współczesnego faceta: zazdrość 7 grzechów współczesnego faceta: zazdrość
  • Laptopy gamingowe Nasz przegląd: laptopy gamingowe

Polecamy