Mój pierwszy raz: badminton

Chyba każdy pykał kiedyś w kometkę. W prawej ręce rakieta, w lewej izotonik, na głowie czapka z daszkiem. Plaża, działka. Esencja wczasów. Tymczasem badminton w wersji sportowej to najszybszy sport rakietowy na świecie. Kilka lat temu lotka uderzona przez Malezyjczyka Tana Boon Heong osiągnęła prędkość 493 km/h! To o ponad 200 szybciej niż najszybsza piłka tenisowa.

Postanowiłem sprawdzić swoje plażowe umiejętności na prawdziwym boisku do badmintona. Moim trenerem będzie Mariusz Pogoń. W świecie polskiego badmintona nie ma właściwie światowej sławy nazwisk czy ludzi powszechnie rozpoznawalnych, ale Mariusz to weteran, który na tej grze zjadł zęby. W swoim dorobku ma ligowe starty i medale mistrzostw Polski. Jako szkoleniowiec sprawdził się na wszystkich szczeblach zaawansowania, aż po prowadzenie kadry olimpijskiej na igrzyskach w Pekinie w 2008 r. Jak się okazało, działa również w mojej starej podstawówce na warszawskiej Ochocie.

Spotykamy się na korcie tenisowym w Ząbkach. Na jego połowie rozkłada się matę do badmintona, ustawia siatkę i voilà – profesjonalne boisko. Haczyk jest jeden – taka mata kosztuje około 30 tys. zł. Rakieta i lotki to w tym kontekście już niewielki wydatek.

Boisko do badmintona ma dosyć nieoczywiste wymiary – 13,4 na 6,1 m. W systemie imperialnym to 44 na 20 stóp. W singlu jest o niecały metr (trzy stopy) węższe. Te wymiary ma sala główna w domu księcia Beaufort. Ów dom, co na tym etapie nie powinno być już zaskoczeniem, mieści się w angielskim Badmintonie. Surową zimą 1863 r. dzieciom ósmego księcia Beaufort Henry’ego Somerseta doskwierała nuda i dla jej zabicia pykały właśnie w kometkę. Stamtąd sport rozprzestrzenił się na całą Anglię i świat, a do dziś wszyscy grający mogą się poczuć niczym w Wielkiej Sali pałacu księcia. Ten pałac regularnie występuje zresztą w filmach, można go zobaczyć np. w „28 dni później”. Moim zdaniem każdy pretekst jest dobry, żeby obejrzeć ten film jeszcze raz.

– Ile masz czasu? – na dzień dobry pyta Mariusz.

– Trzy godziny.

– To zdążysz się solidnie spocić.

To odważne stwierdzenie, bo spotykamy się dość chłodnego ranka, w łukowej hali temperatura raczej na kurtkę. Poza tym w moim dotychczasowym badmintonowym życiu pociłem się, tylko kiedy na plaży było naprawdę gorąco. Z drugiej strony od razu rozumiem, że nie będziemy robić nic pod zdjęcia, delikatnie i na pokaz. Zapisałem się na trening i właśnie to dostanę.

Na początek rozgrzewka. W badmintonie, bardziej niżby się mogło zupełnemu laikowi (czytaj: mnie) wydawać, pracują nogi. W tym sporcie liczą się szybkość i technika, siła ma drugorzędne znaczenie. Po boisku biega się naprawdę sporo, trzeba sprawnie zmieniać kierunek i uderzać błyskawicznie z odpowiednią techniką. To właśnie ona daje prędkość i precyzję. Rozbudowane mięśnie rąk specjalnie się nie przydadzą. Wyczynowi badmintoniści to zdecydowanie bardziej „żyły” niż „karki” z siłowni.

Robimy wykroki, wypady, wymachy, rozgrzewamy kostki i nadgarstki. Na tym etapie dowiaduję się, że moje buty są kontuzjogenne. Mam typowe buty do biegania, na boisku podobno łatwo stanąć w nich na krawędzi i skręcić kostkę. Buty do badmintona to halówki, bardziej zaokrąglone i usztywnione tam, gdzie trzeba. Co ciekawe, na stopach Mariusza widzę też specjalne badmintonowe skarpety. Różnica jest podobno kolosalna.

Po rozgrzewce przechodzimy do chwytu rakiety. Jest ich kilka rodzajów, ja uczę się tego podstawowego, najbardziej uniwersalnego. Wszystko w miarę intuicyjne, oprócz tego że kciuk ma być poniżej palca wskazującego. To akurat bardzo dziwne, ale podobno umożliwia technicznie poprawne uderzenie.

Na treningu mamy dwa rodzaje lotek. Białe, z autentycznymi piórami, sztuk 16 na każdej, oraz żółtawe, syntetyczne. Już po pierwszych uderzeniach dostrzegam różnicę. To trochę zaskoczenie, ale od samego początku widać, że te naturalne są lepiej wyważone i przez to precyzyjniej latają. Wcześniej miałem do czynienia tylko z syntetykami i nie sądziłem, że to robi jakąkolwiek różnicę na poziomie amatorskim.

Lotka piórowa - z korka i 16 gęsich piór. Świetna, ale droga i mało wytrzymała.
Lotka syntetyczna - z nylonowych 'piór'. Tańsza, bardziej wytrzymała.
Lotka amatorska- plastikowa. Najtańsza, ale dla początkujących wystarczy.Lotka piórowa - z korka i 16 gęsich piór. Świetna, ale droga i mało wytrzymała. Lotka syntetyczna - z nylonowych 'piór'. Tańsza, bardziej wytrzymała. Lotka amatorska- plastikowa. Najtańsza, ale dla początkujących wystarczy. Albert Zawada / Agencja Gazeta

ZAGRANIA:

Rozpoczynamy naukę uderzeń. To oczywiście kurs przyspieszony i na jednym treningu zrobimy ich kilka. Gdybym chciał kontynuować karierę badmintonisty, wiele treningów poświęcałbym na każde konkretne zagranie.

• serwis

Z forhendu serwuje się od dołu, zupełnie nie tak jak w siatkówce. Strefa, w którą trzeba trafić, jest ściśle określona, przez co serwem generalnie nie zdobywa się punktów – inaczej niż w innych tego typu sportach, z którymi miałem do czynienia. Zaserwować tak, żeby było OK, jest w związku z tym dosyć łatwo. Co nie znaczy, że zawsze trafiałem w lotkę.

Zaserwować z podstępem jest za trudno jak na pierwsze zajęcia. Z kolei z bekhendu serw wychodził mi najlepiej ze wszystkiego, czego tego dnia próbowałem, ale zamiana chwytu z forhendu na bekhend w trakcie gry to już wyższa szkoła jazdy. Z reguły nie zdążałem tego zrobić i albo grałem całe serie forhendem, albo bekhendem. Bekhendem mnie przerastało.

• clear

„Klir” to uderzenie zza głowy na koniec boiska, wysokim lobem. Teoretycznie łatwe. Rakieta za głowę, łokieć wysoko i później płynnym ruchem zakończonym dogięciem nadgarstka uderzam w lotkę. W praktyce z tym nadgarstkiem cały czas coś było nie tak i moje kliry, z kilkoma wyjątkami, lądowały dokładnie pośrodku pola, czyli tam, gdzie ich odbicie nie wymagało od przeciwnika żadnego wysiłku.

• drop shot

Takie trochę przeciwieństwo klira. Zagranie również zza głowy, ale lotka ma upaść jak najbliżej siatki po stronie przeciwnika. Ruch ręki i moment uderzenia nieco inny niż w dropie. W praktyce moje dropy i kliry lądowały mniej więcej w tym samym miejscu, choć pierwsze robiłem jak najdelikatniej, a w drugie wkładałem mnóstwo siły. Chciałem myśleć, że Mariusz trochę przesadza, że to się nie da tak precyzyjnie, ale za każdym razem, jak on uderzał, lotka lądowała dokładnie tam, gdzie zapowiedział. Potrafił bez wysiłku, mimochodem zrobić trzy uderzenia z rzędu i wszystkie trzy lądowały niemalże w tym samym miejscu, lotka w lotkę. Nie było wymówek. Co więcej, mnie jedno na 20 uderzeń jednak wychodziło, tak jak miało, tak że dowody były. Da się, tylko strasznie trudno o powtarzalność.

• net drop

Stojąc blisko siatki robi się wykrok à la szermierz i delikatnie podbija lotkę od dołu, tak aby opadła tuż za siatką przeciwnika. Im słabiej, tym lepiej. Moje uderzenia znowu lądowały pośrodku pola, czyli tam, gdzie przeciwnikowi najłatwiej je odebrać.

Net drop - tu lotkę trzeba uderzyć jak najdelikatniej, tak by przeleciała
tuż nad siatką. Może nawet zaczepić o taśmę, bo w badmintonie
nie ma netów.Net drop - tu lotkę trzeba uderzyć jak najdelikatniej, tak by przeleciała tuż nad siatką. Może nawet zaczepić o taśmę, bo w badmintonie nie ma netów. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Kwestie językowe

Albert (fotograf) zwracał mi uwagę na jeszcze jedno: „Zamknij buzię, nie wystawiaj języka, to głupio wygląda”. Na dowód pokazywał mi zdjęcia i rzeczywiście, to głupio wygląda. Moje doświadczenia pokazują jednak jasno: z zamkniętą buzią najczęściej nie trafiałem nawet w lotkę. Z otwartą zagrywki wychodziły jako tako, a wystawiony język dawał nadzieję na sukces. Nie sądzę, żeby Mariusz akurat poparł mnie w tej teorii, ale moim zdaniem dropy z wystawionym językiem wychodzą zdecydowanie najlepiej.

Gramy

Po dwóch godzinach trenowania uderzeń byłem już solidnie zmęczony, ale też z dużym apetytem na meczyk. Było jasne, że techniki nie mam, ale liczyłem, że entuzjazmem i bieganiem coś wskóram.

Zaczynamy. Mariusz uderza, cały czas komentując, gdzie i dlaczego. Ja ganiam od końca do końca boiska i staram się odbić lotkę. Najczęściej byle jak, choć z tyłu głowy cały czas mam myśl, by wykorzystać techniki, których się właśnie uczyłem. Niestety, często po prostu nie mam na to czasu. Badminton to rzeczywiście piekielnie szybka gra. Po serwie z bekhendu często nie zdążałem obrócić rakiety w ręku, a lotka już była znów po mojej stronie. Seria – uderzenie w prawy róg, uderzenie w lewy róg, uderzenie blisko siatki – sprawiała, że łapałem zadyszkę i nogi mi się plątały. Mariusz nie próbował grać ze mną ostro, nie robił smashów, czyli czegoś, co można by nazwać potocznie „ściną”. Kontrolował, gdzie poleci lotka po jego uderzeniu, i w zasadzie samo to wystarczyło, żeby mnie pokonać. Po półgodzinnej grze byłem wykończony. Szybko porzuciłem ideę liczenia punktów, bo było jasne, że nie ma to sensu. Mniej więcej na 100 wymian mnie udawało się wygrać maksymalnie 3. Zdecydowanie nie doceniałem wcześniej badmintona. To, co w tym sporcie ma dużo uroku, to właśnie brak konieczności użycia siły. Dzięki temu można bez problemu grać z ludźmi dużo słabszymi i silniejszymi od siebie. Coś jak w golfie, sport, który łączy, a nie dzieli. I męczy. Bardzo.

Więcej: badmintonpogon.pl

Więcej o: