Mój pierwszy raz: ultimate (frisbee)

A może by tak frisbee? Wiem, wiem, co to za człowiek, co nigdy frisbee nie rzucał?! Z tym że to nie tak. Rzucałem już sporo. Na plaży, na trawie, na parkingach, w morzu. Ale to było rzucanie czysto rekreacyjne, bez punktów, jakiegoś specjalnego wysiłku czy drużyn. Tymczasem frisbee ma swoją bardzo sportową odmianę. Nazywa się ultimate.

Dlaczego ultimate, a nie ultimate frisbee? Ponieważ słowo „frisbee” jest zastrzeżoną marką amerykańskiej korporacji. Ultimate jest grą wyjątkową z wielu powodów, ale chyba najbardziej charakterystyczne są dwa. Po pierwsze, duch gry, o którym później. Po drugie, to gra, w której nawet na najwyższych szczeblach nie ma instytucji sędziego. 

Nigdy nie wiadomo, kiedy przyda ci się umiejętność sprawnego i celnego rzutu dyskiem. Weźmy takiego Martiego McFlya („Powrót do przyszłości 3”). Gdyby, cofnąwszy się do 1885 r., nie rzucił szybko i celnie talerzem, nie wytrąciłby Bufordowi „Wściekłemu Psu” Tannenowi pistoletu i doktor Brown wykrwawiłby się na śmierć kilka dni później. To tylko pierwszy z brzegu przykład, jak dobra technika frisbee może uratować życie.

Dzwonię do Ryszarda. Ryszard Łuczyn, wbrew imieniu, nie jest pięćdziesięciolatkiem z wąsem, tylko młodym chłopakiem w okularach. Wraz z Aśką Sawicką są liderami warszawskiej drużyny Pogoń Pyton. Skąd Pyton? Znad Wisły rzecz jasna. A Pogoń to efekt drobiazgowej kwerendy nazw polskich klubów piłkarskich. Miało być sportowo.

Nazwy drużyn ultimate to w ogóle osobny temat, niemniej przytoczę kilka pierwszych z brzegu. Grandmaster Flash, Mujahedini Dysku, Flight Club, Tłuste Dyski, WTF Team, Frisbnik (z Rybnika), Mashtalesh z Kraśnika i wiele, wiele innych. Ten sport zyskuje w Polsce bardzo dużą popularność, więc nowe drużyny pojawiają się jak grzyby po deszczu. Moim skromnym zdaniem pomysł na dobrą nazwę to wystarczający powód, żeby założyć swój team. Reszta jakoś się ułoży.

W niedzielę po południu stawiam się w wyznaczonym miejscu na warszawskich Bielanach. Pogoda jeszcze trochę niepewna, więc trening odbywa się pod balonowym dachem. To sposób na zimę i złą pogodę, ale prawdziwe miejsce ultimate jest na świeżym powietrzu. Strój sportowy? Nazwijmy go zwykłym. Jedno, czego nie mam, to korki. W zwykłych butach do biegania oczywiście da się grać, ale trudniej robić skuteczne zwody i zatrzymywać się tam, gdzie sobie człowiek wymarzy. 

Jest kilkanaście osób, których naprawdę nie da się włożyć do jednego worka. Chłopaki i dziewczyny. Duży rozstrzał wieku, choć chłopaków dwudziestokilkuletnich jest tutaj najwięcej. Tak przy okazji, drużyna węża intensywnie szuka kolejnych dziewczyn do składu. Na wielu zawodach obowiązują parytety, poza tym koedukacyjnie zawsze fajniej.

Ryszard jest kapitanem i trenerem Pogoni Pyton w jednej osobie. Jest też, można zaryzykować stwierdzenie, weteranem polskiej sceny ultimate. Nie żeby ta scena była nie wiadomo jak stara. Pierwsze jaskółki pojawiły się na przełomie wieków w Poznaniu, od połowy zeszłej dekady powstawało coraz więcej drużyn, a w 2009 r. w Warszawie zorganizowano pierwsze (otwarte) mistrzostwa Polski. Wygrała je zresztą drużyna z Czech. W tym samym roku z inicjatywy absolwentów warszawskiego liceum powstała drużyna, która wyjechała na młodzieżowe mistrzostwa Europy. To była pierwsza reprezentacja Polski w ultimate w ogóle i, jak przyznaje Ryszard (dla którego mistrzostwa były jednym z pierwszych turniejów), była... fatalna. Zajęli ostatnie miejsce, ale przecież nie o miejsce chodziło. Ryszard w ultimate pokochał wyjątkową atmosferę i od 10 lat jest z tym sportem mniej lub bardziej związany. Tu ludzie trzymają się razem, a zawody to pierwszorzędne spotkania towarzyskie – w Polsce jest już sporo ultimatemałżeństw i ultimatedzieci. I będzie ich więcej, piszę jako socjolog.

Rozgrzewka. Choć ultimate nie jest sportem kontaktowym, urazy jednak
się zdarzają. W akcji jest dużo szybkich zwrotów czy zatrzymań, więc stawy
mają swoje wyzwania. Trzeba o nie zadbać.Rozgrzewka. Choć ultimate nie jest sportem kontaktowym, urazy jednak się zdarzają. W akcji jest dużo szybkich zwrotów czy zatrzymań, więc stawy mają swoje wyzwania. Trzeba o nie zadbać. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Trzon Pytona stanowi zespół Polityki Insight, w której pracują Ryszard i Aśka, oraz członkowie Klubu Inteligencji Katolickiej. W formowaniu się drużyny od początku uczestniczyła Aśka. Po kilku latach okazjonalnego grania raczej bez zasad, zorganizowała dla swojego męża urodzinowy mecz. Wpadło kilka osób z jej pracy. Spodobało im się, zaczęło się regularne granie. Ekipa powoli się rozrastała, a po roku do zespołu Polityki Insight dołączył Ryszard i zaczął organizować treningi. – Jak nam zaproponował udział w warszawskiej lidze, to myśleliśmy, że zwariował – wspomina Aśka. – Ale udało się zebrać skład, złapaliśmy zajawkę na ciut poważniejsze granie i trenowanie – dodaje. Tak przeszli drogę od rzucania w parku do Pogoni Pyton. Zespół zaczął grać zgodnie z zasadami i nawet nieśmiało wprowadzać elementy taktyki do swojej gry.

Trening z Pytonem

W dniu spotkania zaczynam od indywidualnych ćwiczeń z trenerem, żebym choć trochę rozumiał, co się dzieje na boisku. Na początek rzuty. Bekhend to ten podstawowy, który każdy, kto kiedykolwiek rzucał dyskiem, zna. Stosunkowo łatwo jest w ten sposób podać celnie na średnią i niewielką odległość. Wyrzucany z drugiej strony, szybko latający forhend to już jednak wyższa szkoła jazdy. Podobnie jak dalekie rzuty. Co to znaczy daleko w tym sporcie? Niejaki David Wiggins Jr. rzucił frisbee na odległość 338 m, ale szczerze mówiąc, sporo w tym ściemy. Rzucał z bekhendu i z bardzo mocnym wiatrem, więc siły natury zrobiły za niego większość roboty. Mr Wiggins jest też zawodnikiem dyskogolfa, więc w świecie ultimate nie ma dla niego aż tak dużo uwagi. W każdym razie, jeden trening to za mało czasu, żeby opanować forhend. Postanawiamy, że tego pierwszego dnia musi mi wystarczyć bekhend. Jest jeszcze kilka innych przydatnych rodzajów rzutów - hammer, scoober (w obu dysk leci „do góry nogami”) czy blade (idealnie pionowo), ale ich nauce trzeba już chwilę poświęcić.

Kto może grać w ultimate? Jedyna sensowna
odpowiedź na to pytanie, to 'każdy, kto umie biegać'.
Wiek, płeć czy poziom wysportowania to już drugorzędne detale.Kto może grać w ultimate? Jedyna sensowna odpowiedź na to pytanie, to 'każdy, kto umie biegać'. Wiek, płeć czy poziom wysportowania to już drugorzędne detale. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Druga strona podania, czyli łapanie, jest dla mnie jakimś zaskoczeniem. Na plaży stylowo jest złapać frisbee jedną ręką, nie ulewając ani kropli izotonika trzymanego w drugiej. Tymczasem w grze zdecydowanie ważniejsza jest skuteczność. W miarę możliwości dysk łapie się obiema rękami, płasko zakleszczając go pomiędzy dłońmi. Nie wygląda to świetnie, ale chroni przed stratą w grze. Po tych rzutach, gdy wszyscy spóźnieni już dotrą i się przebiorą, przechodzimy do rozgrzewki. Bieg, rozciąganie, wymachy – w zasadzie tak jak w każdym innym tego typu sporcie. Po rozgrzewce ćwiczenia z dyskami. Zasady gry w ultimate są trochę skomplikowane, choć zdecydowanie nie aż tak jak w rugby, w którym rok po treningu dalej zastanawiam się, o co właściwie chodziło. Podstawowe reguły można przyswoić całkiem szybko. Przede wszystkim z dyskiem się nie biega. Jak masz dysk, to przynajmniej jednej nogi nie możesz oderwać od ziemi, dopóki nie podasz go dalej. Na pozbycie się dysku zawodnik ma 10 sekund. Obrońca próbuje go zablokować albo wymusić rzut w określonym kierunku (bez kontaktu czy jakiegoś siłowania). Jest trochę jak w koszykówce, kiedy człowiek po kozłowaniu złapie piłkę oburącz i nie może ruszyć dalej. Różnica polega na tym, że tu nie ma odpowiednika kozłowania czy dwutaktu.

W zasadzie ta reguła definiuje trening. Ćwiczy się rzuty, zwody, zatrzymania i przyspieszenia. To jest naprawdę męczące, niech cię nie zwiedzie luźny frisbee styl. Biegając tak w tę i z powrotem, zaczynam się zastanawiać, kto w ogóle wymyślił taki sport.

Trening.
Bieg, zatrzymanie,
łapię frisbee, podaję,
biegnę dalej. Wszystko
dzieje się szybko.
Tak jak w grze.Trening. Bieg, zatrzymanie, łapię frisbee, podaję, biegnę dalej. Wszystko dzieje się szybko. Tak jak w grze. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Rzucanie dyskiem a kwiatki w karabinach

Dyskami różnego rodzaju ludzie rzucali od zarania dziejów, trudno w sumie powiedzieć dlaczego, ale nasz gatunek zawsze robił wiele dziwnych rzeczy. Rzut dyskiem był już w antyku – i dalej jest – dyscypliną olimpijską. Jeśli jednak chodzi o ultimate, to pomysłodawcami byli licealiści z Columbia High School w Maplewood w stanie New Jersey. Rok 1968 to hipisi, rewolucja seksualna... i frisbee, jak się okazuje. Prawdopodobnie pokłosiem tego jest idea pokojowej, bezkontaktowej, „fairplayowej” gry, w której w zasady wpisane jest coś, co nazywa się „spirit of the game”, czyli duch gry. Rywalizacja sportowa nigdy nie powinna odbijać się na wzajemnym szacunku, poszanowaniu zasad oraz przyjemności z gry. Widziałem to w praktyce, oglądając kilka razy zawody w ultimate. Naprawdę tak jest, nawet na najwyższym poziomie. Na turnieju w Dębkach widziałem na przykład sytuację, w której w jednej z drużyn brakowało zawodnika, a przeciwnicy mieli ich w nadmiarze. W związku z tym jeden z zawodników grał dla drużyny przeciwnej. Podczas turnieju! Nie wiem, czy coś takiego zdarza się w jakimkolwiek innym sporcie.

Oficjalne boisko powinno mieć wymiary 37 na 100 m. Ten pierwszy to nieco więcej niż połowa szerokości boiska do piłki nożnej, długość jest podobna. Na końcach boiska są dość duże zony punktowe. Złapanie w nich frisbee to zdobycie punktu. Oczywiście na połowie rywali. Na świeżym powietrzu strony zmienia się po każdym zdobyciu punktu, tak żeby wiatr nie faworyzował jednej z drużyn.

Rzucanie, kiedy obrońca jest w pobliżu, jest bez porównania trudniejsze
niż pykanie na plaży. Antyczni dyskobole nie mieli takich problemów.Rzucanie, kiedy obrońca jest w pobliżu, jest bez porównania trudniejsze niż pykanie na plaży. Antyczni dyskobole nie mieli takich problemów. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Gramy

Umiem biegać. I to w zasadzie tyle, jeśli chodzi o moje przydatne w ultimate umiejętności. Zostaję wybrany do jednej z drużyn i od razu zaczynam słyszeć multum anglojęzycznych nazw. „Kto jest handlerem?”, „Huckuj!”, „Stack na mnie”. Na początku nic z tego nie rozumiem, ale zawodnicy obu drużyn cierpliwie tłumaczą mi co i jak. W Polsce przyjęły się spolszczenia, ale już nie tłumaczenia większości terminów. Purystę językowego może to boleć, ale za to na turniejach międzynarodowych jest trochę łatwiej ze słownictwem. W ultimate czasem kryje się jeden na jednego, czasem gra obroną strefową. My wybraliśmy to pierwsze. Zasłony i ogólnie, zabieganie drogi, są niezgodne z zasadami. Z początku trudno mi się do tego dostosować. Intuicja podpowiada mi też, żeby kryć od strony dysku, jak w koszu. Gra się podaniami na dojście, więc jeśli dysk przeleci obrońcy nad głową, atakujący ma bardzo ułatwione zadanie. Kolejna pułapka. Kiedy jednak uda się już stanąć przy przeciwniku z dyskiem, zadaniem obrońcy, oprócz blokowania możliwości rzutu, jest liczenie. Liczy się do 10. Jeśli do momentu wypowiedzenia „d” z 10 zawodnik z dyskiem nie poda go dalej, to jest strata. Frisbee przechodzi też w ręce drugiej drużyny, jeśli dysk zostanie zbity w locie albo zawodnik go nie złapie. W trakcie gry pojawia się pytanie, czy lepiej łapać dysk lecący do przeciwnika, czy pozwolić mu upaść. Przyznam, że nadal nie znam na to odpowiedzi.

Forhend i bekhend to były dwa ważne dla mnie rzuty. Forhend mnie
pokonał, ale przynajmniej wiem, nad czym pracować w parku z żoną.
Początkującym łatwiej rzucać z bekhendu.Forhend i bekhend to były dwa ważne dla mnie rzuty. Forhend mnie pokonał, ale przynajmniej wiem, nad czym pracować w parku z żoną. Początkującym łatwiej rzucać z bekhendu. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Na hali zmiany są lotne, nie zatrzymuje się gry. W związku z tym łatwo się zgubić w obronie, ale zawodnicy podpowiadają, kto ma kogo kryć. Wychowałem się na warszawskim blokowisku, to było dawno temu co prawda, ale dalej nie mogę się przyzwyczaić do tej ilości koleżeństwa w rywalizacji sportowej. Cwaniak z Ochoty siedzi we mnie gdzieś głęboko i wychodzi, jak bardzo człowiek nie starałby się tego ukryć. Nie jest tak, że podczas rozgrywki zdobyłem wiele punktów. Biegałem dużo, to fakt, ale rzadko udawało mi się być we właściwym miejscu i czasie. Członkowie mojej drużyny mieli też pewne opory przed podawaniem do mnie. Zasłużyłem sobie na to, wielokrotnie nie łapiąc dysku, który był w moim zasięgu. Honor uratowałem asystą na koniec gry. Niezależnie od tego wybiegałem się i wybawiłem lepiej niż mój półtoraroczny syn na placu zabaw dofinansowanym ze środków UE. A jakie to musi być fajne, jak już człowiek zrozumie, co właściwie ma na tym boisku robić.

Więcej o: