Mój pierwszy raz: cyrkowe sztuczki

- A sztuczek cyrkowych próbowałeś? - zapytała Joanna. - Nie, w sumie nie - zastanawiam się chwilę. - Mało tego, w życiu nie byłem w cyrku i nie znam nikogo, kto by się tym zajmował. - Za to ja znam kogoś fajnego. Odezwij się do Julii i Pauliny z Odskoczni.

Naczelny był zachwycony pomysłem. Liczył, że wystrzelą mnie z armaty. Ja liczyłem, że to będzie jednak coś innego.

Kilka dni później, w słoneczne popołudnie, spotykam się w parku z dziewczynami i kilkorgiem innych osób, które tak jak ja przyszły zmierzyć się z tym całym cyrkiem. Na trawie rozkładamy kulki, plastikowe maczugi, talerze, kolorowe szmatki, diabola, monocykl. Chłopaki rozciągają slacka między drzewami, a ja próbuję się rozeznać, z kim właściwie mam do czynienia. Julia Żardecka i Paulina Chodnicka zajmują się… no właśnie, trudno to jednym zdaniem nazwać. Sztuczki cyrkowe, choć niby wiadomo, o co chodzi, zupełnie nie oddają klimatu ich aktywności. Dziewczyny z jakimś konkretnym cyrkiem nie mają nic wspólnego. Żonglują, kręcą talerze, obracają diabolo, jeżdżą na monocyklu i potrafią ruszyć tym palcem, który im się pokaże (o tym za chwilę).

Slackline, czyli
potocznie slack,
może wyglądać dobrze
na zdjęciu albo
gdy robi to ktoś, kto
już trochę trenuje.
Na początku przejście
trzech-czterech
kroków graniczy
z niemożliwością.Slackline, czyli potocznie slack, może wyglądać dobrze na zdjęciu albo gdy robi to ktoś, kto już trochę trenuje. Na początku przejście trzech-czterech kroków graniczy z niemożliwością. Albert Zawada / AG

Przedstawienie postaci

Po pierwsze, dla dziewczyn te sztuczki to Sztuka (performatywna), działalność pedagogiczna czy cyrkomotoryka. Działają razem,ale każdą z nich w stronę cyrku prowadziła trochę inna droga. Paulina (na ręce tatuaż z fragmentem grafiki Tomaszewskiego) była od zawsze związana z teatrem, a obecnie koordynuje działania edukacyjne w Teatrze Polskim w Warszawie. Kilka lat temu wyjechała do Berlina na wolontariat europejski (EVS) do organizacji zajmującej się właśnie pedagogiką cyrku, a konkretnie do cyrku społecznego Cabuwazi. Szybko połknęła bakcyla, bo w takim podejściu do cyrku było właśnie to, co ciągnęło ją do teatru – niesamowita energia ludzi, możliwość rozwijania kreatywności i wrażliwości. Dodatkowo okazało się, że z cyrkiem przychodzi jeszcze pogoda ducha, lepsza koncentracja i wytrwałość.
Po powrocie trafiła na tajną inicjatywę cyrkową tylko dla kobiet (tak, tak, na całym świecie są tajne inicjatywy cyrkowe), która akurat odbywała się w Krakowie. Tam poznała Julię, a po kolejnych takich warsztatach, tym razem w Helsinkach, postanowiły działać razem. Julka studiowała antropologię. Ona z kolei od lat interesowała się ruchem, teatrem tańca, teatrem fizycznym, ale również sztuką cyrkową.
W 2010 r. pojechała do szkoły sztuk performatywnych w Danii, gdzie zamiast planowanego tańca współczesnego wybrała zajęcia ze sztuki nowego cyrku. Treningi były i wyzwaniem, i jednocześnie źródłem wielkiej satysfakcji. Po powrocie do Polski zaczęła na miejscu szukać inicjatyw związanych z tą dziedziną sztuki, choć sam cyrk zupełnie nie był miejscem, w którym chciałaby pracować. Podobnie jak Paulina szukała połączenia działań edukacyjnych, społecznych i artystycznych. Te, choć popularne na świecie (sam widziałem tego bardzo dużo w Ameryce Południowej), w Polsce wciąż raczkowały. W Toruniu ukończyła jedyny wówczas prowadzony w Polsce kurs pedagogiki cyrku. Po tym wstępie i wypitej kawie wiem już, że z armaty nikt mnie raczej dzisiaj nie wystrzeli, i spokojniejszy zabieram się za performance.

Rozgrzewka żonglera. Na sygnał wszyscy
podrzucają piłkę do osoby obok. Jest to trochę
trudniejsze, niż się wydaje.Rozgrzewka żonglera. Na sygnał wszyscy podrzucają piłkę do osoby obok. Jest to trochę trudniejsze, niż się wydaje. Albert Zawada

Rozgrzewka

Zajęcia dziewczyn kierowane są do osób w każdym wieku i każdej sprawności, choć u nas wciąż kojarzy się to raczej z dziecięcą rozrywką. Niemniej tego dnia obok mnie stoją sami dorośli. Niektórzy tak jak ja są kompletnie zieloni, inni to weterani żonglerki i maczug, którzy przyszli do parku dla miłego towarzystwa. Dorośli nie dorośli, momentalnie robi się luźno, śmiesznie i serdecznie. Cyrk zdecydowanie wyciąga na powierzchnię to słynne wewnętrzne dziecko. Rozgrzewka polega głównie na prostych ćwiczeniach na koordynację. Moje ulubione jest takie. Podnosimy przed sobą splecione, okręcone dłonie. Coś jak „idzie kominiarz po drabinie”, ale łatwiej, tak że palce zostają na zewnątrz. Później druga osoba pokazuje (ale nie dotyka!) palec dłoni, którym masz ruszyć... No, rzadko się udaje za pierwszym czy drugim razem trafić w ten co trzeba. Mózg wariuje i okazuje się, że nawet nie wiem, który to jest mój prawy palec wskazujący, mimo że cały czas na niego patrzę.

Żonglowanie

Zaczynamy od żonglowania, czyli cyrkowej lekcji numer jeden w pierwszym semestrze. Na początek jedna piłka i podrzucanie na wysokość oczu. Niby łatwo, można patrzeć na to, co się robi. To teraz lewą ręką. Hm, już gorzej. Ruch musi być taki, żeby ręce nie chodziły za bardzo góra-dół. Najlepiej, jeśli maksymalnie będą się zginać w łokciu w kąt prosty, a energia rzutu ma pochodzić z nadgarstka. Następnie wstęp do kaskady – piłkę rzuca się lekko po skosie, drugą kiedy pierwsza jest w punkcie szczytowym i zaczyna opadać, a trzecią, kiedy druga jest na szczycie. A jak z łapaniem? Intuicja każe mi łapać piłkę od razu po rzucie, przez co ręce nie zostają na swoim miejscu. Z jedną piłką to oczywiście nie problem, ale z trzema już się tak nie da. Co nie znaczy, że nie próbuję.

Przemek umie sprawić,
że maczugi zapominają na
jakiś czas o sile grawitacji.
Dla mnie wyzwaniem
pozostawało łapanie.Przemek umie sprawić, że maczugi zapominają na jakiś czas o sile grawitacji. Dla mnie wyzwaniem pozostawało łapanie. Albert Zawada

Przy okazji dowiaduję się, że te wszystkie operacje da się zapisać matematycznie, co w żonglerce nazywa się notacją albo siteswap. Siteswap powstał w 1985 r., zupełnie tak jak ja. To co opisałem, to kaskada na trzy piłki, czyli siteswap: 3, bo sprowadza się do samych podrzuceń o numerze trzy. Przykładowo 0 to pusta ręka, 2 to trzymanie piłki w ręku, 4 to podrzut mniej więcej na wysokość oczu, w którym łapie ta ręka, która rzuca itd. Sprawnemu żonglerowi można np powiedzieć 744, a on już będzie wiedział, ilu potrzebuje piłek i co ma z nimi robić. Matematyka jest niezastąpiona.

Oglądam, co robią inni na 4, 5, 6 piłek, ale mnie moje trzy przerastają. Ciężko mi wyrzucać je na równą wysokość i łapać, nie ruszając za bardzo dłońmi. W ten sposób da się zrobić sekwencję, może dwie, ale na dłuższą metę utrzymanie takiej szalonej kaskady nie jest możliwe. Z pomocą przychodzą kolorowe chustki. Mają jedną wielką zaletę – są lekkie. Dzięki temu opadają na tyle wolno, że mogę zorientować się co się dzieje, i nadążać z ruchami. Mają też niestety jedną wielką wadę – są lekkie. Każdy, nawet najlżejszy podmuch wiatru je porywa, dlatego tę zabawę zostawię sobie na żonglerskie treningi indoor.
Po piłkach i chustkach idę zobaczyć, jak to jest z maczugami. Próbuję swoich sił w duecie z Przemkiem Marciniakiem, żonglerskim prosem. Próbuję sił to może dużo powiedziane, bo głównie patrzę, co on wyprawia. Kiedy oglądałem te wszystkie sztuczki w telewizji czy, dajmy na to, na światłach w Bogocie, nie robiły na mnie aż takiego wrażenia. Ale kiedy człowiek sam próbuje cokolwiek z taką maczugą wskórać, a obok stoi niepozorny zaklinacz grawitacji i zakrzywiacz czasoprzestrzeni, to staje się jasne, jak trudno jest sprawić, by to tak łatwo wyglądało. Po maczugach mierzyłem się jeszcze z obręczami, ale okazuje się, że to nie w obiekcie tkwi problem. Zachowawczo ostrych przyrządów nawet nie dotykałem.
W departamencie żonglerki wiem już, nad czym pracować w domu. Kluczowe jest to, że nawet jak nie wychodzi, to jest fajnie, a jak coś już wyjdzie, to w ogóle czysta dziecięca radość. Idę dalej.

Równowaga

Deska i walec pod nią. Coś takiego, co można teraz znaleźć w każdej bazie kite- i windsurfingowej. Człowiek staje w delikatnym rozkroku, miękko balansuje na nogach. Po pierwsze, żeby utrzymać się w miejscu, a po drugie, żeby przechodzić z boku na bok zgodnie z własną wolą. Ja przesuwam się raczej zgodnie z wolą tego drewnianego walca, ale i tak jest śmiesznie. Na tym etapie wokół nas jest już całkiem sporo dzieci, które też chcą tych wszystkich sztuczek próbować. Wałek jest trochę łatwiejszy niż żonglowanie, choć najbardziej chciałbym umieć robić te dwie rzeczy równocześnie…
Po desce i wałku pora na slackline, czyli tzw. slack. Ze slackiem jest tak, że wszystko sprowadza się do jego zawieszenia. Można zawiesić tak że jest łatwo (krótki, mocno naciągnięty, nisko nad ziemią), albo tak że jest trudno (na odwrót). My mamy wersję średnią, także dziewczyny pomagają mi wystartować. Udaje mi się przejść trzy-cztery metry, ale przysiadów i podskoków nie robię. No i nie żongluję. Jeszcze. Na koniec ćwiczeń z równowagi postanowiłem zmierzyć się z monocyklem. Widziałem kilka razy, jak ktoś jechał sobie na nim po mieście, i wyglądało łatwo. Siadam oparty o Julię i śmietnik i próbuję wyczuć przeciwnika. Trzeba pilnować prostych pleców, bo tak same z siebie to się uginają i cały układ traci równowagę. Na monocyklu się jednak generalnie nie stoi, dlatego prosimy o pomoc jeszcze Paulinę i próbuję jechać przed siebie, trzymając dziewczyny za ręce. Szczerze mówiąc, nie wiem, skąd one mają tyle siły, ale dzielnie mnie trzymały, a ja za Boga nie potrafiłem samodzielnie jechać. Czyli tak, to też jest trudne. Z drugiej strony, po kilku próbach poczułem, że jednak może się udać. Może nie w ciągu jednego popołudnia, może nie w tydzień, ale już w miesiąc pewnie tak. Dziewczyny zapewniają mnie, że niemal każdy może nauczyć się wszystkiego, co mi tu dziś pokazują. Pozostaje kwestią indywidualną, kto ile czasu musi przeznaczyć na naukę, ale raczej nie są to lata.

Ćwiczenie na desce zdecydowanie lepiej
wykonywać w butach. Moje się strasznie
ślizgały, stąd styl Frodo.Ćwiczenie na desce zdecydowanie lepiej wykonywać w butach. Moje się strasznie ślizgały, stąd styl Frodo. Albert Zawada

Kręcenie talerza i diabelskie jo-jo

Kręcenie talerza nie brzmi dumnie, wiem, ale to mi zupełnie nie przeszkadzało. Plastikowy talerz kładzie się na kijku i rozkręca go ruchami nadgarstka. Nie wiem czy brzmi łatwo, ale takie znowu banalnie proste też nie jest. Niemniej udaje się już po kilku próbach. Taki rozkręcony talerz można sobie podawać, a kręcenie daje poczucie satysfakcji i spełnienia. Nie daje ci tego twoja kariera i związek? Pokręć talerzem.
Zachęcony talerzem próbuję jeszcze diabolo. Opisanie tej zabawki jest raczej trudne, to takie trochę rozciągnięte na szerokość duże jo-jo bez przymocowanego sznurka, do tego osobno sznurek przymocowany do dwóch patyczków. Najpierw rozkręca się to diabelstwo, ruszając dwoma kijkami, a później, kiedy łożysko już gna, można robić sztuczki.

Diabolo to mój faworyt. Trzeba chodzić
tam, gdzie ono chce, ale podstawowe triki
są stosunkowo łatwe.Diabolo to mój faworyt. Trzeba chodzić tam, gdzie ono chce, ale podstawowe triki są stosunkowo łatwe. Albert Zawada

Mnie udało się takie wirujące diabolo podrzucić i złapać na sznurek. To jest oficjalnie jedyna sztuczka, która tego dnia rzeczywiście mi wyszła (kręcenie talerza zaliczam do kategorii „umiejętności”). I jak było? Rewelacyjnie. Zabawa w cyrk daje radość, to nie tylko takie pitu-pitu albo coś dla dzieci. PESEL nie ma tu nic do rzeczy.

Więcej o: