Mój pierwszy raz: koszula na miarę

W życiu każdego mężczyzny przychodzi taki moment, że jedna dobra koszula to za mało. Ja opierałem się bardzo długo, ale kiedy czwarty raz szedłem na spotkanie z tym samym klientem w tym samym ubraniu, zrozumiałem, że coś trzeba zmienić.

Staram się żyć kupując możliwie mało, co nigdy nie stanowiło problemu, bo byłem najmłodszym z rodzeństwa i ulubieńcem wszelkiej maści cioć i wujków. Przez lata ubrania same do mnie trafiały. Niestety, jakiś czas temu z tego łańcucha wygryzł mnie mój syn.

Skoro już kupować, to chciałem dobrze, stylowo i na lata. I najchętniej nie z wieszaka w centrum handlowym, tylko w jakiś bardziej wyjątkowy, indywidualny sposób. Od słowa do słowa, trafiłem do krawca Rodrigo De La Garzy. Koszula szyta na miarę.

Rodrigo jest z pochodzenia Meksykaninem, wychował się w USA, a teraz ma swoje krawieckie atelier w centrum Warszawy. Atelier nieopodal kościoła, Planu B, PwC, Politechniki Warszawskiej i Teatru Współczesnego. Różnorodność wpisana w mapę.

Idąc tam, nie miałem pojęcia, jak wygląda branie miary, ale podejrzewam, że to, co mnie spotkało, było wyjątkowe. Nie, nie chodzi o meksykański sposób mierzenia nogawki, tylko o rozmowę towarzyszącą. Lata temu mama Rodrigo, Maria Herlinda Caramen De La Garza, przyjechała do Stanów z niczym. Obecnie jest potentatką światowego rynku alpak i Rodrigo twierdzi, że zawdzięcza to przede wszystkim swojemu urokowi osobistemu. Rodrigo coś po niej odziedziczył. Mimo to nie zawsze się z mamą zgadzał, dlatego na zmianę raz współpracowali, a zaraz obierali osobne ścieżki. Na etapie tych osobnych Rodrigo został sanitariuszem Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych, przez siedem lat w wojsku uczył się medycyny i leczył marines. Jeśli u jakiegoś krawca miałbyś dostać zawału, wylewu czy zostać postrzelony, to z pewnością u Rodrigo masz największe szanse przeżycia. Po okresie medycznym syn marnotrawny wyjechał do Europy rozwijać imperium alpakowe. Był rok 2004, a efektem tych działań jest olbrzymia hodowla znana u nas jako Alpaki w Polsce.

Po alpakowym sukcesie, podróżach po Europie i Chile Rodrigo posłuchał kolejnego powołania i zaczął dokształcać się jako krawiec. Oczywiście w Neapolu we Włoszech. Dzięki temu zwrotowi akcji w roku 2019 mogliśmy spotkać się na mierzenie moich obwodów. Po pomiarach, oglądając próbniki, wybieram materiał. W przypadku koszul mam do dyspozycji kilkadziesiąt tkanin z Włoch. Gdybym kupował marynarkę czy garnitur, na półce czekają jeszcze próbniki z Hiszpanii, Anglii, Chile czy Belgii.

Wybieram styl kołnierzyka, rękawy, guziki. Mówię, czy raczej będę nosił krawat, czy nie, czy koszula będzie częściej w spodniach, czy na zewnątrz. Rodrigo pyta nawet, na której ręce noszę zegarek, żeby odpowiednio poszerzyć jeden z rękawów. Cóż, chyba muszę zacząć nosić. Zamawiam też wyszyte inicjały, w końcu ma być wyjątkowo. Salonu nie chce się opuszczać, ale nie ma wyjścia. To znaczy właśnie jest i zostaje kulturalnie
wskazane. Odbiór za dwa tygodnie.

Stawiam się z powrotem w wyznaczonym czasie, a koszula z inicjałami leży, niestety, jak ulał. Niestety, bo liczyłem, że przy okazji poprawek będziemy mieli więcej okazji, żeby porozmawiać. Zaczynam zbierać na nową, skrojoną na miarę marynarkę.

Więcej o: