Mój pierwszy raz: squash

"Kto zna trenera squasha?". Mój Facebook po tak zadanym pytaniu eksplodował komentarzami i wiadomościami. Po kwadransie miałem kontakty do kilkunastu trenerów i zawodników, w tym do kadry narodowej.

Nie miałem pojęcia, że tylu moich znajomych ma coś wspólnego z tym sportem. To tylko podkręciło ciekawość. Musiałem sprawdzić, o co im wszystkim z tym squashem chodzi. Serwus, serwus, tu redaktor Franek, tu mistrz Polski Łukasz. Zagramy? Zagramy. Kiedy? Wtedy. Pierwsze wtedy było o siódmej rano i na moje szczęście byłem wówczas w Katowicach i nie mogłem. Drugie wtedy wypadało kilka dni później, o zdecydowanie przyjemniejszej godzinie, na dodatek w obiekcie niedaleko mojego mieszkania.

Przychodzę na korty, a tam nie dość, że przyjemnie, to jeszcze całkiem pusto. Sześć boksów do gry stoi obok siebie i tylko czeka na spragnionych zmęczenia amatorów gry. Kort do squasha, zwany klatką, z tyłu jest zamknięty szklanymi drzwiami, a od góry chroniony siatką.

PRZECZYTAJ TEŻ: Mój pierwszy raz: joga dla mężczyzn

Chwyt rakiety.
W skrócie? Nie taki,
jak chwyt młotka.Chwyt rakiety. W skrócie? Nie taki, jak chwyt młotka. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Wszystkie ściany grają

Łukasz Stachowski, mój trener, to zajęty człowiek, więc ekspresowo wskakujemy na kort. Krótkie wprowadzenie: to jest rakieta, tak się ją trzyma, tak się uderza. Próbuję kilku uderzeń w powietrzu, jest wystarczająco OK. Rakieta trochę mniejsza od tenisowej, ale chyba ciut cięższa od badmintonowej. Takie są moje pierwsze wrażenia, choć w żadnym z tych sportów nie mam specjalnie dużego doświadczenia. Następnie reguły. Grają wszystkie ściany oprócz sufitu, czyli frontowa, dwie boczne oraz przezroczysta za nami. I oczywiście podłoga. Dla ciekawych wrażeń – istnieje też sport paletkowy, w którym „gra sufit”, jest to rykoszet. Może kiedyś spróbuję, teraz wróćmy do squasha.

Gra to niekończące się krótkie i szybkie
podbiegi. Im lepiej grasz, tym mniej
biegasz bez sensu. Łukasz wyszedł
z klatki bez jednej kropelki potu na twarzy.Gra to niekończące się krótkie i szybkie podbiegi. Im lepiej grasz, tym mniej biegasz bez sensu. Łukasz wyszedł z klatki bez jednej kropelki potu na twarzy. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Na przedniej ścianie wymalowane są linie, które wskazują strefę serwisową, oraz „blacha”, czyli pas na dole, który jest autem. Serwujemy. Piłka po odbiciu przez jednego gracza musi się raz odbić od przedniej ściany, a potem dowolnie: podłoga, tylna szyba czy też boczne ściany. Na podłodze piłka może wykonać tylko jeden kozioł, ale można ją wziąć również z woleja, czyli uderzyć jeszcze w powietrzu. Odbicie o podłogę więcej niż jeden raz to strata punktu. Wszystko, co tutaj piszę, może wydawać się trochę skomplikowane, ale zrozumienie teorii, gdy przebywa się na korcie, jest akurat bardzo proste. W teorii. Wcielić to w praktykę jest już nieco trudniej. Nie strzępiąc dalej języka, przechodzimy do pierwszych zagrań. Ćwiczę forhend, Łukasz komentuje i poprawia. Nie jest aż tak trudno, jak myślałem. Trafiam w piłkę i w pole. Tyle że uderza się naprawdę mocno, mocniej niż się spodziewałem. Piłka jest z kauczuku, ale ma dziurę w środku, przez co znacząco tłumi moc uderzenia. To nie jest nic w stylu kauczukowej piłeczki, którą bawi się mój syn, i która raz rzucona, odbija się w nieskończoność.

Idziemy na bekhend. Trochę trudniej, ale to chyba reguła. Największym wyzwaniem jest wycyrklowanie ułożenia rakiety względem ciała podczas uderzenia piłki. 10 cm w przód i leci mocno w prawo, kilka w tył i trafiam w ścianę boczną. Serce bije już szybciej, tętno w górę, a przecież dopiero zaczynamy biegać.

PRZECZYTAJ TEŻ: Mój pierwszy raz: w igloo

Szachy błyskawiczne

Kilka słów o strategii. Na squasha mówi się, że to szybkie szachy. Nie dość, że trzeba mieć kondycję, to jeszcze intensywnie myśleć nad taktyką, biegając po klatce. Po każdym uderzeniu mam wracać na środek, bo stamtąd jest blisko do każdego miejsca na korcie. Niby proste, ale trudno zapamiętać w trakcie gry. Odbija się na zmianę z przeciwnikiem. Mówi się, że squash to gra dżentelmenów, co oznacza, że trzeba robić miejsce rywalowi na dojście do piłki. Ewidentne przeszkadzanie to „let” lub „stroke”, czyli odpowiednio: powtórka zagrania lub strata punktu. Gra się do 11 lub, w przypadku osiągnięciu wyniku 10:10, do dwóch punktów przewagi. Kto wygra piłkę, ten serwuje, nie ma wymian bez puntów, więc sprawy toczą się szybko, można zostać sprawnie ogranym w kilka, kilkanaście minut.

Jeśli przeciwnik wejdzie
na linię uderzenia,
możesz zrezygnować
z odbicia. I tak punkt dla
ciebie. Ale ostrożnie,
sędziowie poznają się na
cwaniakowaniu.Jeśli przeciwnik wejdzie na linię uderzenia, możesz zrezygnować z odbicia. I tak punkt dla ciebie. Ale ostrożnie, sędziowie poznają się na cwaniakowaniu. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Łukasz mówi, gdzie mam uderzyć, a ja biegam tam i z powrotem. Już rozumiem, czemu to takie męczące. Pamiętasz, jak na WF-ie biegałeś „linie”? To jest wysiłek tego typu, tylko przy każdej linii trzeba odbić piłkę. Bieg-zatrzymanie-uderzenie-bieg-zatrzymanie w centrum-bieg-zatrzymanie uderzenie i tak dalej. Rzeczywiście, chyba trudno znaleźć drugą dyscyplinę, w której można się tak szybko zmęczyć i wyżyć jednocześnie. No, może brazylijskie dżu-dżitsu, którego jakiś czas temu też spróbowałem, choć tam wyżywa się zdecydowanie bardziej ten, kto wygrywa. W squashu przegrywający dalej może z całej siły uderzyć w piłkę i nie jest przy tym duszony. Squash swoją drogą ma ciekawe, penitencjarne początki.

Więzienia, Khanowie i Egipcjanie

Odbijanie rakietą piłki jest co prawda stare jak świat, ale uderzanie w nią o ścianę w zamkniętym pomieszczeniu, spopularyzowało się w XIX w. w… angielskich więzieniach. Osadzeni tam, podobno zwłaszcza niesolidni dłużnicy, zabijali czas, grając w coś na kształt tenisa w małych, dostępnych dla nich salach. Stamtąd, nie pytajcie mnie jak, gra dotarła do elitarnych angielskich szkół dla młodzieży. Potem już jakoś poszło, a sala do squasha była na przykład na Titanicu (pokład G, z widownią pokład wyżej).

Dziś w squasha gra się już na całym świecie, ale najlepsi zawodnicy pochodzą z jednego, dość nieoczywistego kraju: cztery topowe rakiety, tak męskie, jak i żeńskie, są z Egiptu. Łukasz tłumaczy, że jakiś czas temu tamtejsze ministerstwo sportu – lub inny tego typu byt – postanowiło postawić na squasha. Z tenisem mieliby ciężko, squash wydał się rozsądnym wyborem. Ewidentnie im wyszło i ich dominacja wydaje się obecnie nie do przełamania. Pamiętać jednak należy, że jeszcze kilka dekad temu światową scenę squasha zdominowali Pakistańczycy, głównie o nazwisku Khan. Członkowie rodu Khanów odnotowali w sumie 23 zwycięstwa British Open, 16 North America Open, 19 mistrzostw USA i sześć mistrzostw świata. Jeden z nich, urodzony w 1963 r. w Karachi Jahangir Khan, jest dość zgodnie uznawany za najlepszego gracza wszech czasów. Nie wiem, jak u ciebie ze „Star Trekiem”, ale ja już czekam na squashową zemstę Khana.

PRZECZYTAJ TEŻ: Mój pierwszy raz: wspinaczka lodowa

Rozładujesz stres

OK, wracam do odbijania. Tym razem próbuję od ściany. Jak już trafię w piłkę, to nawet wychodzi, ale wraz z rosnącym zmęczeniem to pierwsze jest coraz trudniejsze. Kiedyś zwalałem takie problemy na wadę wzroku, ale wady już nie mam, a problemy pozostały. Koledzy w szkole wiedzieli, co robią, wybierając mnie do drużyn na WF-ie w dalszej kolejności.

Po 45 minutach jestem spocony, nieźle rozumiem zasady i teoretycznie wiem, co mam robić. Łukasz opowiada mi o najbardziej skutecznych uderzeniach, czyli takich, które po odbiciu upadają tuż przy ścianach bocznych albo bardzo blisko ściany przedniej. Idea jasna, ale z wcielaniem jej w życie idzie mi różnie. To fajne, że po krótkim wprowadzeniu można już czerpać z tego sportu przyjemność i kombinować, jak wygrać z przeciwnikiem. Z moich doświadczeń sportowych wynika, że to wcale nie jest regułą.

Bekhend i forhend,
nisko na nogach, odpowiednie
ułożenie
i praca całego ciała.
Szczerze mówiąc,
nieintuicyjna ta praca.Bekhend i forhend, nisko na nogach, odpowiednie ułożenie i praca całego ciała. Szczerze mówiąc, nieintuicyjna ta praca. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Próbuję zagadać Łukasza, żeby trochę odpocząć, a on jakby czytał w moich myślach. – Squash to jest taka gra, w której nie ma zbędnego gadania. Łatwo stwierdzić, czy jakieś uderzenie weszło, nie ma dalekiego ganiania po piłki, nie ma przestojów. Grałem wcześniej w tenisa, różnica pod tym względem jest naprawdę olbrzymia. U nas ćwiczą najczęściej białe kołnierzyki, ale bynajmniej nie z powodu ceny. Squash jest tani. Chodzi o to, że masz wolną godzinę w ciągu tygodnia i chcesz ją jak najbardziej efektywnie wykorzystać. Wchodzisz, grasz i masz gwarancję, że wyjdziesz zmęczony i wyładujesz z siebie stres. Jest też dreszczyk emocji ze strachu.

– W jakim sensie? – pytam.

– To dość kontuzjogenny sport, jest sporo urazów barków od wpadania w ścianę, nie wspominając o ciosach rakietą i najgorszym, czyli uderzeniu piłką w oko. To może mieć naprawdę poważne konsekwencje i z tego powodu juniorzy oraz wielu rozsądnych seniorów grają w okularach ochronnych – mówi Łukasz. I dodaje: – Ja już od jakiegoś czasu nie zajmuję się tylko squashem. Tytuł mistrza Polski zdobyłem wielokrotnie, drużynowo i indywidualnie, ale nigdy nie chciałem postawić wszystkiego na tę jedną kartę. Równocześnie rozwijam swój biznes, mam już dobrze prosperującą firmę. Importuję i dostarczam hurtowo w zasadzie wszystko, co potrzeba do kuchni azjatyckiej, możesz sobie sprawdzić moją Daichi w internecie. Pewnie nie tego się spodziewałeś po profesjonalnym zawodniku squasha? – pyta retorycznie z uśmiechem na twarzy i kontynuuje. – Choć pozornie jedno z drugim nie ma nic wspólnego, squash bardzo mi w tym pomógł. Wymaga obowiązkowości, dyscypliny, dobrej organizacji czasu. Zupełnie jak w biznesie. Dwa lata temu miałem kontuzję i przez jakiś czas nie mogłem grać, dopiero teraz wracam do ligi. Mimo pracy na pełny etat wciąż udaje mi się regularnie stawać na korcie z moimi uczniami. Wszystko jest kwestią dobrego gospodarowania czasem.

– To co, 15 minut gry na punkty? – OK – odpowiadam, mocno zaskoczony tym, co właśnie usłyszałem. Kwadrans później spocony i zmęczony z uczuciem ulgi przyjmuję wiadomość, że mój squashowy sensei musi już iść na inne spotkanie.

Mam jednak wrażenie, że rozumiem magię tego sportu. Jest szybko, jest intensywnie. Zmęczenie gwarantowane. Zakwasy miałem już tego samego dnia.

Ile kosztuje squash? Boisko - 20-65 zł za godz.
Buty - 100- 600 zł
Rakieta - 100-600 zł
Piłka - 5-20 zł (wystarczy jedna)
Trener - 70-120 zł za godz.Ile kosztuje squash? Boisko - 20-65 zł za godz. Buty - 100- 600 zł Rakieta - 100-600 zł Piłka - 5-20 zł (wystarczy jedna) Trener - 70-120 zł za godz. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Więcej o: