Nie tylko Buena Vista Social Club - muzyka etniczna to potęga!

"Nie zaprzepaszczę miłości, którą czuję do Ciebie. Wilgotnieją mi usta, nie powstrzymam się". Takie słowa słyszymy w utworze otwierającym "Buena Vista Social Club" - album, który zdaniem magazynu "Rolling Stone" jest jedną z najwybitniejszych płyt w historii muzyki. Niewielki hawański klub i występujący w nim muzycy udowodnili, że muzyka etniczna to potęga.

To pojęcie zwykle kojarzy się z afrykańskimi rytmami lub mało przebojowymi eksperymentami ekscentrycznych artystów. "Muzyka etniczna" jest gatunkiem przyswojonym przez światową świadomość, ale raczej - marginalizowanym. To o tyle dziwne, że tego typu rytmy propagowali najwięksi, nawet na rodzimym rynku muzycznym: zdeklarowanym fanem nieoczywistych dźwięków był chociażby Grzegorz Ciechowski, frontman kultowej Republiki, czego wpływy słyszeliśmy zwłaszcza w późniejszych dokonaniach artysty. Kulminacyjnym osiągnięciem z kręgu muzyki etnicznej był oczywiście album "oj DADAna", nagrany pod pseudonimem Grzegorz z Ciechowa.

Przywołanie Ciechowskiego nie jest przypadkowe. Pokazuje, jak szerokim pojęciem jest "muzyka etniczna". To nie tylko bogate, afrykańskie instrumentarium czy muzyka australijskich aborygenów. To także polskie utwory z wpływami, nazwijmy je, regionalnymi i bałkańskie rytmy spod znaku Gorana Bregovica. To japońskie, poruszające melodie, przy których walczyli najznamienitsi wojownicy z Dalekiego Wschodu (ach te doskonałe sceny z "Krwawego sportu"...), a nawet country, którego potęgę rozumieją chyba wyłącznie Amerykanie. No i to w końcu również artyści z kręgu Buena Vista Social Club, którzy wynieśli muzykę kubańską do rangi ponadnarodowej sztuki.

Korzenie tego gatunku sięgają jazzu i w zasadzie do dziś mają z nim bardzo dużo wspólnego. To, co słyszymy dziś z hawańskich scen to luźne wariacje na temat typowo jazzowych motywów. Uzasadnione będzie wręcz twierdzenie, że muzyka kubańska to dokładnie to samo, co jazz. Cuban jazz, w zasadzie.

Rozkwit popularności Buena Vista przypada na lata 30. i 40. ostatniego stulecia. Muzyka, proponowana przez artystów odwiedzających lokal daleka była jazzu, który dobiegał choćby z Nowego Orleanu. Kubańska muzyka łączyła te wpływy z typowo afrykańskimi melodiami. Dochodziła do tego niezwykła ekspresja muzyków, potrafiących sterować tłumem z werwą charakterystyczną dla współczesnych przebojowych frontmanów. Cha cha cha, bolero - po klubie mieszczącym się pod numerem 48 w jednej z hawańskich kamienic, można było spodziewać się wszystkiego.

"Złotą erę" Buena Vista Social Club - jak nazywa się pierwsze lata działalności lokalu - zakończył wybuch rewolucji kubańskiej i dojście do władzy Fidela Castro. Kuba została napiętnowana przez Stany Zjednoczone, a amerykańscy turyści, dla których wizyta w Buena Vista była punktem obowiązkowym każdej wycieczki, przestali odwiedzać komunistyczny kraj.

Moda na kubańską muzykę wróciła dopiero po kilkudziesięciu latach, kiedy ukazał się film "Buena Vista Social Club" (reż. Wim Wenders), a wcześniej album, który prestiżowy magazyn kulturalny "Rolling Stone" umieścił na swoim kultowym rankingu "500 najważniejszych płyt w historii". Zapomniani muzycy znów zaczęli cieszyć się zasłużoną sławą. Ukoronowaniem wielkiego powrotu był wielki koncert w legendarnej nowojorskiej Carnegie Hall. Tłum szalał, a muzycy zdawali się być szczęśliwi jak nigdy wcześniej. Muzyka z Kuby znów zawładnęła sercami i umysłami ludzi z całego świata. Opowieściami, które Wim Wenders uchwycił w jednym ze swoich najważniejszych dzieł, dzielili się niemal wszyscy.

Trudno jednoznacznie zinterpretować twórczość z Buena Vista. To w pewnym stopniu historia mieszających się różnokolorowych wpływów. To jakiś wyrywek narracji o kolonialnym kraju. I w końcu - co udowodnił powrót z lat 90. - opowieść o samych muzykach, udowadniająca, że na muzykę nie ma mocnych. Polityka wielokrotnie, na całym świecie, próbowała podporządkować sobie świat sztuki. Za każdym razem skutki były, delikatnie mówiąc, odwrotne od zamierzonych.

Podróże w najodleglejsze zakątki świata, to doskonała okazja, by przyjrzeć się lokalnej muzyce, będącej często najlepszym zwierciadłem całej społeczności. Na przykład tradycyjna twórczość Tajlandii to mieszanka wpływów z Afryki, Grecji czy Rzymu. "Piphat" - coś, co spokojnie można nazwać tajlandzką muzyką narodową - symbolizuje taniec smoków. Ciekawostką jest, że na początku lat 90. XX wieku, do kraju dotarła moda na heavy metal, zyskując sympatię Tajów. Podobnie w Zjednoczony Emiratach Arabskich, gdzie rock, punk i ska wciąż spotykają się z olbrzymią aprobatą.

Wylatując do nieznanych krajów warto nie tylko zapoznać się z lokalnymi zabytkami i tradycjami. Warto założyć też słuchawki!