Indochiny: zaplanuj podróż życia przez krainę Buddy

W górskich wioskach w Laosie ludzie wierzą, że łączenie opium z sokiem z cytryny może być zabójcze. Ale nic nie mówili o ibupromie. Dałam więc lekarstwo mojemu upalonemu gospodarzowi. Położyłam się spać i przez całą noc się zastanawiałam, czy przeżyje.
6-milionowy Bangkok jest jak Nowy Jork na Półwyspie Indochińskim 6-milionowy Bangkok jest jak Nowy Jork na Półwyspie Indochińskim fot. worradirek / shutterstock.com

Indochiny witają przybyszów światłami Bangkoku

Moja podróż po Azji Południowo-Wschodniej zaczęła się w Bangkoku. Ale chyba nie lubię tego miasta, zmęczyło mnie. Nigdy nie widziałam w jednym miejscu tylu ludzi z kolczykami, tatuażami i dreadami, lecz w masie traci to na oryginalności. Przyświeca idea uchlania się, zrobienia kolejnej dziary i poderwania tajskiej piękności.

Jak dla mnie zbyt "cool". Zabytki piękne, świątynie przebogate, ale było tak gorąco i było tylu turystów, że nie umiałam się tym delektować. Nie mogłam doczekać się Birmy; w ambasadzie kolejka po wizę - po horyzont, jakieś cztery godziny stania. Gdy tylko zdobyłam pieczątkę w paszporcie, kupiłam bilet na samolot i już mnie nie było.

Podróż przez krainę Buddy, azja, podróżefot. Anton Balazh / shutterstock.com

Prawdziwe Indochiny były już na wyciągnięcie ręki...

Birma to zupełnie inny świat niż bogaty Bangkok. Birma to zupełnie inny świat niż bogaty Bangkok. fot. Chantal de Bruijne / shutterstock.com

Birma: kraj transformacji i festiwal wody

W Birmie (zwanej oficjalnie Myanmar) znalazłam się w szczególnym momencie, niedługo po wyborach do parlamentu. Atmosfera przypominała mi Polskę z okresu transformacji. Podobne nadzieje i oczekiwania. Bardziej uświadomieni politycznie turyści wprowadzali się w nastrój lekturą "Birmańskich dni" Georga Orwella czy "Finding George Orwell in Burma" Emmy Larkin.

Żeby pieniądze nie trafiły w łapy junty wojskowej, należy unikać wyjazdów zorganizowanych, banków, dużych hoteli, samolotów i pociągów, wszystko to jest rządowe lub należy do ludzi powiązanych z władzą. Niestety ostanie przykazanie musiałam złamać i korzystałam z pociągów, były prawie jedynym środkiem transportu, jaki mi pozostał w tym czasie.

Wymiana pieniędzy odbywa się na czarnym rynku, najlepszym miejscem w Rangun jest targ Bogyoke Aung San. Akceptowane są jedynie dolary wyemitowane po 2006 r., w idealnym stanie. Najlepszy kurs mają studolarówki. Za 300 dolarów otrzymałam 240 banknotów, każdy po 1000 kyat. W życiu nie miałam w ręku tyle pieniędzy, dostałam nawet na nie płócienną czerwoną torbę. Dziwne uczucie podróżować z workiem pełnym pieniędzy.

Festiwal wody według opisu w przewodniku wyglądał nieszkodliwie. Trzy dni świętowania i po wszystkim, ale rzeczywistość to zupełnie coś innego. W tym roku festiwal trwał wyjątkowo pięć dni (12-17 kwietnia). Już 4 kwietnia nie mogłam dostać biletu na żaden autobus (kraj zaczął odwiedzać krewnych), a po 17 kwietnia okazało się, że wszystkie bilety są wyprzedane do 25 (naród wracał do domów).

Byłam więc skazana głównie na pociągi, które są potwornie wolne i trzęsą: czasami góra-dół - jak na koniu, a czasami na boki ? tak że nie można trafić w drzwi pomiędzy wagonami. Do tego klasa "ordinary" ma drewniane ławki. Przejechanie niewinnie wyglądającego na mapie odcinka zajmowało godziny, a wszystkie drogi, czy się chce czy nie, prowadzą do Rangun. Mam wrażenie, że?spędziłam więcej czasu w środkach transportu niż w miejscach, które odwiedzałam.

Festiwal wody jest jak gigantyczny śmigus-dyngus. Tak Birmańczycy żegnają stary rok i witają nowy. Na ulicach platformy z artystami, na podestach działka wodne i sikawki. Do tego dużo alkoholu, muzyka techno, klimat przypomina parady równości. Frajda nie tylko dla dzieci, dorośli jak w transie, woda leje się hektolitrami, nikt nie zostanie oszczędzony. Obcokrajowcy są darzeni szczególnymi względami - jeśli to ma przynieść szczęście, to zapewniono mi go wiele. Pierwszy dzień fajny, jeśli pogodzimy się z tym, że jesteśmy mokrzy non stop, ale pięć dni to stanowczo za długo.

Szwedagon to najważniejsza świątynia w Rangun, gospodarczej stolicy Birmy. Szwedagon to najważniejsza świątynia w Rangun, gospodarczej stolicy Birmy. fot. Ko.Yo / shutterstock.com

Relikwie Buddy i kobiety-żyrafy

Największym skarbem stolicy jest stupa Szwedagon, najświętsze miejsce birmańskich buddystów, które powinni odwiedzić przynajmniej raz w życiu. Tutaj przechowywane są relikwie, wśród nich osiem włosów Buddy.

Szwedagon to zresztą nie tylko 99-metrowa stupa pokryta czystym złotem, ale cały kompleks świątyń, widoczny z każdego miejsca w mieście, usytuowany na szczycie wzgórza. Nie ma skupienia panującego w kościołach katolickich, ale mimo biegania dzieci i rozmów turystów można znaleźć miejsce na wyciszenie. Wszędzie świeci się i błyszczy złoto. Ma inny kolor o wschodzie, w dzień, o zachodzie słońca, inaczej wygląda nocną porą w świetle reflektorów, ale za każdym razem prezentuje się pięknie w swych żółciach i pomarańczach.

Pojechałam też do Mrauk U (wyjątkowo udało się autobusem, potem łodzią). To setki starych świątyń porozrzucanych między wzgórzami z pełnymi życia wioskami między nimi. Uwielbiałam rano lub wieczorem (w środku dnia zbyt gorąco) wziąć rower i jechać przy rzece, polnymi dróżkami, od jednej świątyni do drugiej.

Po drodze mijałam ludzi niosących metalowe dzbany pełne wody ze studni, mnichów z misami zbierających ofiary. Kobiety i dzieci miały pomalowane twarze na żółto utartym korzeniem drzewa thanaka, dla urody i ochrony przed słońcem. Turystów można było policzyć na palcach obu rąk, więc miałam świątynie tylko dla siebie.

Wyprawa do wiosek Chin to jednodniowa podróż łodzią po rzece Lemro. Wciąż można spotkać kobiety z twarzami pokrytymi tatuażami. Dzięki staraniom lokalnych władz i misjonarzy tradycja ta została zaniechana, więc już tylko nielicznym 70- i 80-letnim babciom sieć pająka pokrywa nawet powieki. Paradoksalnie kiedyś tatuaże miały zabezpieczyć dziewczynki przed gwałtami czy porwaniami, a teraz przyciągają jak magnes.

Dwie siostry staruszki zaprosiły mnie do domu, poczęstowały herbatą i chętnie odpowiadały na pytania. Na koniec nie miały nic przeciwko temu, żeby zrobić im zdjęcie. Wahałam się, nie chciałam, żeby poczuły się jak w cyrku, ale wyjaśniły mi, że w ten sposób chcą pomóc swojej społeczności, bo zdają sobie sprawę, że są już wymierającą niezwykłością.

Zupełnie innym doświadczeniem było spotkanie kobiet-żyraf z plemienia Padaung na jeziorze Inle. Legenda głosi, że metalowe obręcze na szyjach kobiet miały ochronić je przed atakiem tygrysów, które najczęściej rzucają się na gardło. W sklepie z pamiątkami i papierowymi parasolkami wystawione były jak okazy z zoo. Siedziały w kącie, dziewczyna wyjaśniająca technikę powstawania parasolek przy okazji wspominała o tym dziwnym zwyczaju i zachęcała do robienia im zdjęć. Turyści bez skrupułów wcelowywali obiektywy prosto w ich twarze. Żałosne było to widowisko...

Tak naprawdę to nie szyja ulega wydłużeniu, ale takie wrażenie daje opuszczenie kości obojczyków. Pierścienie są metalowe i nakłada się je etapami, 5-letnim dziewczynkom zakłada się pierwszych 14, po pięciu latach pięć dodatkowych i znowu po kilkuletniej przerwie sześć. Razem pierścieni jest maksymalnie 25 i ważą około sześciu kilogramów.

Kobiety również zniekształcają obręczami nogi pod kolanem (2 kg). Noszą więc na sobie osiem kilogramów metalu. Przez lata obręcze podtrzymują głowę, przejmując z czasem zadanie mięśni szyi, co prowadzi do ich zaniku. Całkowite pozbycie się obręczy staje się niemożliwe, bo grozi złamaniem kręgosłupa. Mimo niewygody, ciężaru i wiecznych odparzeń Padaungowie kultywują tradycję, która stała się dzisiaj ich źródłem dochodu.

Świątynia Angkor Wat to jeden z najsłynniejszych zabytków na świecie. Świątynia Angkor Wat to jeden z najsłynniejszych zabytków na świecie. fot. Muzhik / shutterstock.com

Kambodża: mistyczny Angkor na każdą kieszeń

Żeby dostać się do Kambodży, musiałam najpierw dotrzeć znów do Bangkoku. Tam spotkałam Hektora, z którym zwiedzałam Flores, znajomych z Birmy i kolegę z Alor, wszystko na jednej ulicy i w tym samym czasie. Jakbyśmy chcieli się tak umówić, nic by z tego pewnie nie wyszło. Z Bangkoku jadę przez granicę mikrobusem.

Siem Reap rozbudowało się dla turystów odwiedzających kompleks Angkor, największej dumy Kambodżan. Miasteczko w dużo lepszym guście niż turystyczne ulice Bangkoku. Kawiarnie, restauracje, SPA i hotele na każdą kieszeń. Standard wysoki, za 7 dol. miałam piękny pokój z łazienką w hotelu z ogrodem. Obsługa za to, że kupiłam napój, załatwiła mi wejście na basen u bardziej luksusowego sąsiada.

Jak większość ludzi zwiedzałam Angkor przez dwa dni tuk-tukiem (motorikszą), a trzeciego dnia rowerem. Zaczęłam od tak zwanego dużego kółka z mniej znanymi świątyniami Preah Khan, Ta Som, Banteay Samre czy Banteay Srey. Są równie piękne jak Angkor Wat. Kamienie zmieniały barwę w zależności od oświetlenia, od grafitów, przez róże i pomarańcze, po patynowe zielenie. Budowle ozdobione są misternymi płaskorzeźbami przedstawiającymi sceny z eposów indyjskich.

O 4:30 pojechałam podziwiać Angkor Wat o wschodzie słońca. Było ze mną jakieś 1000 osób. O 4:30 pojechałam podziwiać Angkor Wat o wschodzie słońca. Było ze mną jakieś 1000 osób. fot. jaume / shutterstock.com

Tylu turystów budowniczowie Angkor Wat na pewno nie przewidzieli

Następnego dnia obowiązkowa rundka po małym kółku - gdzie jest Angkor Wat, słynna świątynia Bayon z wyrzeźbionym twarzami i jeszcze słynniejszy Ta Prohm z korzeniami drzew obrastającymi świątynię. Z przyjemnością się wdrapywałam po schodach ku wieżom, żeby z wysokości zobaczyć rozległość miasta, przy którego powstaniu pracowało w XII w. 5 tys. rzemieślników i 50 tys. robotników.

Świątynie robią wrażenie, ale jeszcze większe - mrowie ludzi je oblepiające. Były chwile, gdy czekało się w kolejce do przejścia i ciężko było zrobić zdjęcie, bo przeszkadzały głowy. Turyści atakowali tuk-tukami, autokarami, samochodami, rowerami i słoniami. Kombinacja potwornego gorąca, pyłu i tłumów tworzyła mieszankę odbierająca przyjemność zwiedzania. Wolałam mniejsze świątynie, może nie tak spektakularne, ale w cieniu drzew, w ciszy korytarzy, gdzie słychać dżunglę, a nie nawoływanie przewodników z chorągiewkami i sprzedawców.

Ostatniego dnia pojechałam rowerem o 4:30, żeby podziwiać Angkor Wat o wschodzie słońca. Było ze mną jakieś tysiąc osób, droga zalana fotografującymi. Widok czerwonego słońca oświetlający świątynię odbijającą się w wodzie był imponujący. Potem całe towarzystwo zabrało się z powrotem do hoteli i wreszcie między 6 a 8 miałam miasto świątyń tylko dla siebie. Przyjemna wilgoć dżungli, promienie porannego słońca przebijające się przez korony drzew... Wisznu, dla którego powstały świątynie, byłby zadowolony.

Potem Sihanoukville, miasteczko którego nazwy do dnia dzisiejszego nie jestem wstanie wymówić. Przyjechałam wieczorem i znalazłam się na ulicach pełnych nieletnich prostytutek i pijanych klientów. Myślałam, że może trafiłam przez pomyłkę w jakieś szemrane zaułki, ale podobno całe miasteczko to burdel. Tutaj najszybsze i najmniej problemowe jak do tej pory załatwienie wizy: w 10 minut otrzymałam stempel do Wietnamu.

Życie sporej części Wietnamczyków toczy się na łodziach. Życie sporej części Wietnamczyków toczy się na łodziach. fot. filmlandscape / shutterstock.com

Wietnam: ryż na swoim miejscu i francuskie bagietki

W Kambodży kluski były na talerzu, a ryż w zupie, w Wietnamie ryż wrócił na talerz, a kluski do zupy. Po siedmiu miesiącach w podróży trochę zaczęłam tęsknić za domowym jedzeniem, dlatego cieszyłam się ogromnie z francuskich bagietek.

Starałam się nie uprzedzać do Wietnamu, choć wielu ostrzegało, że ludzie tutaj oszukują i naciągają. Oczywiście nie jest to prawda, jeśli chodzi o zwykłych mieszkańców, ci są bardzo sympatyczni i pomocni, ale kierowcy skuterów i przedstawiciele agencji turystycznej to skończone dupki. A niestety jako turystka wcześniej czy później musiałam się z nimi zmierzyć. Pozostał niesmak, na szczęście liczba aniołów i naciągaczy w ostatecznym bilansie się wyrównała.

Naoglądałam się wojennych filmów i myślałam, że Wietnam to dżungla i dżungla, a szczególnie w okolicach delty Mekongu. Tymczasem większość roślinności została zniszczona przez wojnę. Masowo wypalana i wycinana, ostała się jedynie w nielicznych wąskich kanałach, po których dzielne kobiety, własnoręcznie wiosłując, przewożą turystów drewnianymi łódkami. Po drodze mija się pływające bazary, na łodziach odbywa się handel warzywami i owocami, całe życie toczy się na pokładach łajb.

Marzyło mi się przez kilka dni spływać rzeką, ale okazało się to niemożliwe. Transport wodny, kojarzony z biedą, wyszedł z mody i jest możliwy tylko na nielicznych odcinkach Mekongu. Wszyscy chcą podróżować autobusami.

Kanały rzeki zwiedzałam między innymi z Poliną, głuchoniemą Francuzką. Niesamowita dziewczyna. W podróży od paru miesięcy, mimo że nie mówi, jest superkomunikatywna i otwarta. "Przegadałyśmy" całe godziny, zapisując zeszyty.

Obśmiałyśmy się, bo Polina, niesłysząca i niemówiąca, trafiła w ręce niewidomych masażystów w Kampot, niezłą mieli zagwozdkę, jak się porozumieć. Ale dla chcącego nic trudnego, zawsze znajdzie się jakiś sposób. Polina nie pozwala, żeby jej upośledzenie odizolowało ją od świata. Pisze w czterech językach: francuskim, niemieckim, angielskim, hiszpańskim, i oczywiście posługuje się migowym.

Sajgon Sajgon fot. M R / shutterstock.com

Kraj powstający z popiołów

Kon Tum, położone w centrum kraju, blisko granicy z Laosem i Kambodżą, to baza wypadowa w góry, które zamieszkuje lud Bahnar. Moim przewodnikiem był ekscentryczny artysta, właściciel klimatycznej kawiarenki ozdobionej meblami i rzeźbami z korzeni drzew, jego produkcji.

Jak dla mnie trochę nawiedzony, miał intuicje i przeczucia, wydawało mu się, że każdego dobrze zna, usiłował leczyć energią i wtajemniczać w tajniki medytacji. Śmieszył mnie czasami, bo oczyszczał się duchowo i fizycznie, ale jakoś zapomniał przestać palić papierosy.

Spaliśmy w chatach. Mój jadłospis znowu się wzbogacił, doszedł lepki ryż gotowany w bambusie, suszone żaby, opiekane szczury leśne, wiewiórki i drobne ptaszki oraz niezidentyfikowane rośliny. To wszystko zalane obficie mocnym winem z juki. Podstawą życia w górach jest ogień, tak jak Eskimosi mają wiele określeń śniegu, a Anglicy deszczu, tutaj słownik bogaty jest w określenia płomienia. Chata z ogniem znaczy rodzina.

Ho Chi Minh, kiedyś Sajgon, to miłe zaskoczenie. Stara cześć miasta po francusku bardzo elegancka, wszędzie piękne zabytkowe hotele i ekskluzywne sklepy. Wielkim przeżyciem było Muzeum Wojny Wietnamsko-Amerykańskiej. Na jednym z pięter zgromadzono zdjęcia 134 fotoreporterów, którzy polegli w tym konflikcie.

Przejmujące zdjęcia zbombardowanych miast, spalonych wsi, zabitych Amerykanów i wietnamskich ofiar pozostają na długo w pamięci. Amerykanie testowali broń chemiczną, zrzucali napalm i defolianty, które zamieniały dżunglę w pogorzelisko. Wciąż rodzą się głęboko upośledzone dzieci. Ciężko było się otrząsnąć z wojennych okropności.

Aby ofiarować mnichom jedzenie, trzeba wstać o 5.00 rano. Aby ofiarować mnichom jedzenie, trzeba wstać o 5.00 rano. fot. charles taylor / shutterstock.com

Laos: buddyjska utopia

Jadący z Hanoi do Luang Prabang autobus sypialny w 26 godzin przeniósł mnie w inny świat. Laosu nie da się nie lubić, całkowite przeciwieństwo Zachodu. Nikt się nie spieszy, nie stresuje, cisza i spokój, jest czas na wszystko, przyjazne nastawienie.

Przyjemna odmiana po dość agresywnym Wietnamie. Lenistwo się udziela, wdycha się je wraz z powietrzem i ciężko mu się oprzeć. W Luang Prabang nie wiadomo, kiedy i na czym przeszedł cały tydzień. Miasteczko jest śliczne, położone na cyplu otoczonym z dwóch stron rzekami, na okolicznych wzgórzach świątynie. Między nimi urocze hoteliki, kawiarenki, galerie.

Nicnierobienie polegało głównie na okupowaniu Utopii (to knajpka z ogrodem, gdzie leży się na poduszkach na drewnianym podeście i przygląda leniwie płynącej wśród zielonych wzgórz rzece). W środku dnia było tak gorąco i wilgotno, że opuszczenie legowiska, zimnego piwa i wiatraka wydawało się próbą samobójczą.

Przez sześć dni usiłowałam wstać o 5:00, żeby zobaczyć ofiarowywanie mnichom jedzenia, ale leń zwyciężał. Udało się dopiero dnia siódmego. Warto było, chłopcy w różnym wieku, ubrani w pomarańczowe szaty, z ogolonymi głowami, tworzyli długi szereg, zbierając dary jedzenia do swoich mis.

Na północy, w Maung Sing, przy granicy z Chinami, wiele mniejszości narodowych na stosunkowo małym terenie, w miasteczku tylko kilka przyjezdnych osób. Chodziliśmy po okolicznych restauracjach, prosząc o przygotowanie posiłku. Prawie wszędzie odmawiano, bo nie chciało im się nic robić.

Pierwszy raz w Azji usłyszałam, że nie ma ryżu!

W północnym Laosie istnieją wioski, których mieszkańcy wciąż dziwią się na widok turystów. W północnym Laosie istnieją wioski, których mieszkańcy wciąż dziwią się na widok turystów. fot. Olga Yarovenko / shutterstock.com

Ibuprom mieszany z opium wcale nie zabójczy...

Góry w północnym Laosie poprzecinane są ogromnymi rzekami, wapienne skały urozmaicają krajobraz. Wreszcie jest dziko, dżunglę, której poszukiwałam w Wietnamie, odnalazłam tutaj. Skały kryją wiele jaskiń, niektóre z nich są świątyniami Buddy. Do?plemienia Yao pojechałam na rowerze. Widać, że miejscowi są przyzwyczajeni do turystów, szybko nas otoczyli, znosząc rękodzieła i namawiając do zakupu.

Na trekkingu miałam zupełnie inne doświadczenie. Pierwszej nocy w dżungli zdecydowaliśmy się spać pod skałą, która tworzyła naturalny dach. Legowisko stanowiły liście bananowca. Nasz przewodnik pociął bambus i zrobił naczynie do gotowania wody i kubeczki do picia. Spaliśmy przy ogniu, chroniąc się w dymie przed komarami. Ptaki, cykady, gekony i szum rzeki kołysały nas do snu. O wrażenia wzrokowe zadbały świetliki.

Następna noc w wiosce. W tej z kolei rzadko widzą obcych. Dzieci płakały i uciekały, nie odpowiadały uśmiechem na uśmiech. Dorośli ignorowali. Jedna noc nie wystarczyła, żeby przekonać ich do siebie. Była w nich jednak ciekawość, wieczorem przyszli do domu, w którym spaliśmy. Zadałam kilka pytań przy pomocy naszego przewodnika i powiedziałam, że jeśli by chcieli dowiedzieć się czegoś o nas, to my chętnie im opowiemy. Stwierdzili, że wolą na nas tylko popatrzeć.

Siedzieliśmy więc tak wpatrzeni w siebie przez dobre pół godziny. Kobiety piły bardzo mocną whisky miejscowej produkcji, a mężczyźni palili opium. Nasz gospodarz miał gorączkę i poprosił mnie o lekarstwo. Dałam mu ibuprom, a potem się bałam, że lekarstwo może wejść w jakąś reakcję z opium i będę go miała na sumieniu.

Efekt był zaskakująco dobry, rano po ibupromie i opium gospodarz był jak nowo narodzony. Z ciekawostek: miejscowi wierzą, że połączenie soku cytrynowego z opium może być zabójcze. Nie będę sprawdzała.