Zaraz, zaraz, a gdzie mistrzostwa świata?

To niezwykłe, ale tak popularna dyscyplina, jaką jest lekkoatletyka, rekordowo długo obywała się bez czempionatu globu! Cóż, światowa federacja lekkoatletyczna IAAF przez wiele lat uznawała, że nie jest to potrzebne. Wystarczały igrzyska. To na nich staczały wielkie, często podszyte polityką, boje potęgi

lekkoatletyczne - obóz USA z jednej i obóz socjalistyczny z ZSRR, NRD czy Polską z drugiej strony. Dopiero w latach 70. zapadła decyzja, by w 1983 r. zorganizować w Helsinkach pierwsze mistrzostwa świata. I tylko zwiększyło to liczbę dramatów i przekrętów, jakie mają miejsce na każdych zawodach lekkoatletycznych. Pierwszy wydarzył się już na mistrzostwach w Helsinkach w 1983 r., a jego bohaterem był... Polak!

 

 

Bułgarski ślad

 

Chodzi o Zdzisława Kwaśnego, poznańskiego młociarza uczestniczącego w tamtych mistrzostwach w Finlandii. Nie był faworytem, a jednak nawiązał walkę z dwoma znakomitymi zawodnikami radzieckimi - Jurijem Sedychem i Siergiejem Litwinowem, typowanymi do złota i srebra. Polak długo był trzeci. Rosjanie rzucili ponad 80 m. Przyszła ostatnia kolejka...

Kwaśny rzucił 81,54 m, co dawało mu drugi wynik w konkursie. Nieoczekiwanie Polak rozdzielił tym samym obydwu Rosjan. Czyli co, srebro dla Polski? Nic podobnego!

Już po zakończeniu rywalizacji do organizatorów wpłynął protest w sprawie rzutu Polaka. Zarzut: nasz młociarz miał go spalić. - Bzdury! - kręcił głową polski zawodnik. Protest jednak uwzględniono i po kuriozalnej, rzadko spotykanej decyzji jego rzut unieważniono już po konkursie.

Najbardziej niezwykłe w tym przekręcie było jednak to, że protest w sprawie rzutu Polaka złożyli... Bułgarzy! Wprawdzie jeden Bułgar startował w finale, ale zajął w nim ostatnie miejsce. Co ich obchodził rzut walczącego o medal Polaka? Cóż, uzasadnili swój protest troską o sportowy duch rywalizacji. Ta sama zapewne troska nie pozwoliła polskiej delegaci złożyć odwołania. Skulono uszy i zgodzono się na brąz i triumf "bratnich" zawodników radzieckich. A Zdzisław Kwaśny po latach tylko śmiał się gorzko: - A czy to pierwszy raz Rosjanie posłużyli się Bułgarami przeciwko Polakowi?! Nawiązywał w ten sposób do słynnego "bułgarskiego śladu", czyli kontaktów bułgarskich służb specjalnych (ponoć na zlecenie KGB) z wykonawcą zamachu na Jana Pawła II - Alim Agcą.

 
Robert Korzeniowski latami czekał na to, aż jurorzy pozwolą mu skończyć jakiś ważny bieg i zdobyć medal. Kiedy wreszcie pozwolili, dali mu złoto.

 

 

Ups, kolizja!

 

Na tych samych mistrzostwach w Helsinkach gwiazdą była Amerykanka Mary Decker, mistrzyni na 1500 i 3000 m. Decker nie miała jednak na koncie olimpijskiego złota. W 1980 r. nie mogła o nie walczyć, bo USA zbojkotowały igrzyska w Moskwie. Za to podczas następnych, w 1984 r. w Los Angeles, sprawa wydawała się prosta - tym razem miało zabraknąć państw bloku wschodniego. Któż miałby więc odebrać złoto faworytce gospodarzy?

 

Mary Decker miała być najlepsza na olimpiadzie w Los Angeles. Przegrała z łokciami Zoli Budd, która na olimpiadę dostała się kuchennymi drzwiami.

 

 

Złoto, sława i pieniądze: wszystko to szlag trafił w jednej chwili, gdy podczas biegu Mary Decker zwolniła nieco swe mocne tempo i dała się wyprzedzić Zoli Budd. Reprezentowała ona Wielką Brytanię, ale pochodziła z RPA - tyle że Południowa Afryka była wtedy bojkotowana z powodu apartheidu. Amerykanka skontrowała, ale Budd zastawiła jej drogę. Decker zaatakowała raz jeszcze i wtedy zderzyła się z rywalką. Upadła, a jej dramat pokazały telewizje całego świata. Amerykanka została sprowadzona z bieżni w stanie kompletnej histerii. Nigdy już nie zdobyła medalu olimpijskiego. Budd ukończyła bieg przy burzy gwizdów, ale IAAF nie nałożyło na nią sankcji.

Gwizdy i brak kary dla winnego towarzyszyły też finałowi biegu na 10 km mężczyzn podczas igrzysk w Barcelonie w 1992 r. Tu jednak sytuacja była ciut inna. O złoto walczyli Khalid Skah z Richardem Chelimo. Pierwszy był Marokańczykiem, drugi Kenijczykiem, co jest istotne. Na ostatnim okrążeniu bowiem obaj dublowali jednego z zawodników, też Marokańczyka. Zwyczajowo taki biegacz ustępuje drogi, ten maruder nie dawał się jednak łatwo wyprzedzić. Przyspieszył i biegł razem z prowadzącą dwójką. Przeszkadzał przy tym, ile się dało, Kenijczykowi. To przyczyniło się do zwycięstwa Skaha.

 

 

Kenijczyk Richard Chelimo w 1992 r. w Barcelonie nie miał szans w starciu z duetem Marokańczyków. Tym bardziej że tych ostatnich wspierali jeszcze sędziowie.

 

 

Po biegu triumfator z Maroka został zdyskwalifikowany za skorzystanie z niedozwolonej pomocy dublowanego rodaka. Marokańczycy jednak się odwołali i dyskwalifikację cofnięto. Gdy na podium Skah odbierał złoty medal, towarzyszyła mu burza gwizdów. Za to Chelimo ze swoim srebrnym medalem dostał owacje na stojąco.

 

 

Przedwczesna ekstaza

 

Trudno chyba znaleźć w dziejach lekkoatletyki zawodnika, który byłby tak często dyskwalifikowany przez sędziów jak polski chodziarz Robert Korzeniowski - nasz największy multimedalista. Zanim jednak te wszystkie medale zdobył, sporo musiał... przejść.

Największym przejściem był chód podczas igrzysk w Barcelonie w 1992 r. Polak szedł wtedy po pewny medal, a zdyskwalifikowano go już w bramie stadionu. Zarzucono mu nieprawidłowy krok. Jakby tego było mało, rok później podczas mistrzostw świata w 1993 r. w Stuttgarcie znów został zdyskwalifikowany. Korzeniowski wspominał potem, że podczas następnej imprezy, mistrzostw Europy w 1994 r. w Helsinkach, podsłuchał rozmowę dziennikarzy w biurze prasowym, którzy się zakładali, na którym kilometrze sędziowie zdyskwalifikują go tym razem.

Aż trudno uwierzyć, że Korzeniowskiemu udało się zostać czterokrotnym mistrzem olimpijskim. I trudno uwierzyć, że dyskwalifikacja z Barcelony, w bramie stadionu, okazała się... mało dramatyczna w porównaniu z jego triumfem podczas igrzysk w Sydney w 2000 r. Korzeniowski przyszedł wtedy na metę drugi, za Meksykaninem Bernandem Segurą. Gdy właśnie komentował swój srebrny medal w rozmowie na żywo z Telewizją Polską, gruchnęła wiadomość. Korzeniowski przerwał wywiad i powiedział do kamery: - Zdyskwalifikowali Segurę. Mam złoto! Naprawdę! Po czym schował twarz w dłoniach.

Podobnie jak Segura także amerykański sprinter Wallace Spearmon świętował już swój medal w biegu na 200 m igrzysk w Pekinie w 2008 r., gdy dowiedział się o swojej dyskwalifikacji. Amerykanin miał nastąpić na linię swego toru. Owinięty flagą świętował złoto, gdy się o tym dowiedział. Był w szoku. Delegacja amerykańska jeszcze na stadionie złożyła odwołanie. Jego efekt był zadziwiający - utrzymano dyskwalifikację Spearmona, ale dołożono do niej jeszcze karę dla Churandry'ego Martiny. Jak wykazała powtórka, biegacz z Antyli Holenderskich też nastąpił na linię. On też wysłuchał tej informacji owinięty flagą po wykonaniu triumfalnej rundki radości z medalu, którego nigdy nie dostał.

 

Wallace Spearmon już cieszył się z olimpijskiego złota, już robił rundę owinięty flagą amerykańską, kiedy oświadczono mu, że jest zdyskwalifikowany.

 

 

Jedna z najdziwniejszych pomyłek sędziowskich zdarzyła się podczas biegu na 3 km z przeszkodami podczas igrzysk olimpijskich w Los Angeles w 1932 r. Na ostatnim okrążeniu wyścig prowadził świetny Fin Volmari IsoHollo. Za nim podążał Amerykanin Joe McCluskey, a na trzecim miejscu biegł Brytyjczyk Tom Evenson. McCluskey mógł być pewny srebra. Ale sędziowie się zagapili i nie uruchomili dzwonka, który ogłasza ostatnie kółko. Źle porachowali okrążenia i kazali zawodnikom biec o jedno więcej. A to było zbyt wiele dla Amerykanina, który nie wytrzymał dodatkowego dystansu, dał się wyprzedzić Evensonowi i stracił srebrny medal. Pewnie nigdy nie przygotowywał się do biegu na 3400 m.

 

 

Nie wstanę, tak będę leżał!

 

Wszyscy okradzeni z medali sportowcy przeżywali swoje dramaty. Ale żaden nie przeżywał ich tak wyraźnie, wręcz rozdzierająco, jak amerykański sprinter Jon Drummond podczas mistrzostw świata w 2003 r. w Paryżu. Uważano go za faworyta do złota. Nigdy go nie zdobył, a po zawodach w Paryżu miał kończyć karierę.

Drummond padł ofiarą... nudy. Nudy widzów, którzy oglądając biegi sprinterskie, irytowali się nadmierną liczbą falstartów. Przepis mówił, że każdy zawodnik ma prawo do jednego przedwczesnego startu. Dopiero druga pomyłka oznaczała dyskwalifikację. Odkąd jednak warunki zaczęła dyktować telewizja, nadmiar falstartów stał się problemem. Rozwiązaniem miał być nowy przepis, który mówił, że w biegu może mieć miejsce tylko jeden falstart. W wykonaniu któregokolwiek z zawodników. Każdy kolejny oznacza natychmiastową dyskwalifikację biegacza.

Jamajczyk Dwight Thomas popełnił falstart jako pierwszy. Jemu się upiekło. Kiedy zawodnicy ruszyli ponownie, rozległ się drugi strzał startera. Znów falstart - tym razem sprawca będzie zdyskwalifikowany. Ale kto?

Kiedy sędziowie wskazali na Drummonda, ten od razu do nich podbiegł. Kamery i mikrofony puściły w świat dramatyczny przekaz: - I did not move! (nie ruszyłem się) - krzyczał do sędziów. A gdy wskazali na komputerowy odczyt czujników w blokach startowych, wrzasnął ponownie: - I DID NOT MOVE!

Powtórki zdawały się potwierdzać słowa Amerykanina. Rzeczywiście, nie było widać najmniejszego ruchu nóg. Czyżby komputer mógł się pomylić? Widownia była właśnie takiego zdania i trzymała stronę protestującego Drummonda.

 

Protestującego to delikatnie powiedziane. Drummond wpadł w czarną rozpacz. Biegał tam i z powrotem, krzycząc to swoje: "I did not move!". Zebrał nawet resztę sprinterów i coś im tłumaczył, jakby namawiał do bojkotu biegu. W końcu ze łzami w oczach położył się na tartanie. Sędziowie kazali mu zejść. On nic. Prosili go. On nic. Błagali, by nie robił scen. Drummond nic.

 

Jona Drummonda skrzywdziła elektronika i wierzący jej bezgranicznie sędziowie.

 

 

Teatr trwał trzy kwadranse. Drummond zszedł z bieżni w odruchu rozsądku, ale za chwilę znów do głosu doszło serce. Wrócił więc, znów blokował tartan. W końcu dał się sprowadzić na stadion rozgrzewkowy i tam załamał się kompletnie. Płakał, krzyczał, w pewnym momencie w tej rozpaczy miał kłopoty z oddychaniem. To naprawdę było rozdzierające serce przedstawienie.

Tymczasem dokończenie biegu nie było wcale proste. Gdy sprinterzy (bez Drummonda) stawali na starcie, paryska widownia gwizdała i wyła tak bardzo, że zawodnicy nie mogli się skoncentrować. Co chwilę któryś z nich unosił dłoń, na znak, że nie ma warunków do rozpoczęcia biegu.

 

 

 

Tekst: Radosław Nawrot

Zdjęcia: Kuba Atys, Bartosz Bobkowski, Corbis, FPM/Getty Images, EAST NEWS/IMAGO, Jan Rozmarynowski/FORUM, Shutterstock, materiały promocyjne (montaż)

 

 

Zobacz też na Logo24: 

 

 

Sparing z mistrzem 

Myślałem głównie o tym, żeby chronić nos. W drugiej rundzie, kiedy zaczęły się pierwsze przerwy w świadomości, Tomek Adamek krzyknął: - Trzeba kończyć! Redaktor sinieje!

  Baluty Boy

Syn boksera i siatkarki z sukcesami pchał kulą, skakał wzwyż i bronił piłkarskiej bramki.

Marcin Gortat został jednak koszykarzem i pierwszym Polakiem, który wystąpił w finale NBA

  Pełne zanurzenie

Zejdź pod wodę.

Pod powierzchnią nawet polski Bałtyk przestaje być najnudniejszym morzem świata.

  Być jak Marc Girardelli
- Gdzie są moje nogi!? - ta myśl pomieszana z odrobiną strachu kołatała mi się w głowie gdzieś
koło 75. tyczki. A miałem do przejechania jeszcze 13 bramek najdłuższego slalomu giganta w Europie. Przejechałem jeszcze parę metrów siłą rozpędu. Wyrżnąłem o stok i wpadłem w pomarańczową siatkę zabezpieczającą trasę. A meta wciąż była przede mną.