Media dają z siebie wszystko. Próbują uczyć, jak się ubierać, jak jeść, co jeść, jak chodzić i na co wydawać pieniądze. Mamy polskiego Jay'a Leno i Davida Lettermana w jednym, czyli Kubę Wojewódzkiego, który nie tylko nas uczy, z czego się śmiać, ale również pokazuje, że polski talk show może się bronić humorem prowadzącego i nie trzeba wcale pokazywać cycków, żeby było zabawnie. Dalej jest Nergal, który przestał w końcu rwać katechizmy i odprawiać na koncertach czarne msze dla studentów pierwszego roku polonistyki, a zabrał się za poważną rozrywkę w programie, który jest do tego stopnia zajebisty, że nawet tytuł ma po angielsku. Andrzej Piaseczny i Perfect od lat walczą o polskich rolników, występując na takich imprezach jak Festiwal Grzyba w Borzęcinie czy Wojewódzkie Święto Truskawki w Buczku (powiat łaski). I to - jak pokazują statystyki - ze świetnym rezultatem, bo już prawie 65% mieszkańców wsi ubiera się w Zarze. Mamy Dodę, czyli taką polską Samanthę Fox. Od czasu, gdy Michałowi Wiśniewskiemu skończyły się pomysły na nowe kolory włosów i już nie wie jak szokować - Doda robi co może, żeby skutecznie wypełnić tę lukę. Jest zresztą najbardziej amerykańskim elementem polskiego szołbiznesu, nie tylko przez to, że tak słabo mówi w języku polskim, ale także dlatego, że teksty swoich piosenek pisze w google translate, czym niejako wytyczyła nowe ścieżki rozwoju branży muzycznej w tym kraju. Jeśli idzie o polskie kabarety, to już nawet nowojorski stand-up zaczyna się inspirować i w Carnegie Hall co tydzień odbywa się wieczór z polskim kabaretem, gdzie Jerry Seinfeld robi materiał Marcina Dańca. Podobno przychodzą tłumy. Jest wreszcie Krzysiu Ibisz (bo już nie Krzysztof), który uczy nas jak osiągnąć efekt Benjamina Buttona, i jest Tomasz Jacyków, który próbuje ubierać 38 milionów Polaków, ale w związku z tym, że każdy Polak musi posiadać przynajmniej 25 zegarków, co łącznie dałoby nam prawie milliard w skali kraju, to fabryki nie wyrabiają z produkcją, wobec czego w dalszym ciągu bliżej nam do przeciętnego mieszkańca Monako niż Nowego Jorku.

Słowem - to nie może się nie udać, a jednak wystarczy chwila nieuwagi i już siedzisz skacowany w niedzielę nad rosołem u mamy, oglądasz familiadę i czujesz, że ktoś tu ewidentnie kłamie i że wcale nie czujesz się jak w lofcie na West Side, tylko bardziej jak w swoim bloku w Kielcach. Złośliwi powiedzą, że przyczyna takiego stanu rzeczy tkwi w tym, że jesteś Polakiem i siedzisz w swoim bloku w Kielcach, ale naszym zdaniem to nie to. Nie chcemy szukać winnych, ale wina leży oczywiście po stronie polskich celebrytów, którzy tak długo robili zakupy na Piątej Alei w Warszawie, że wszystko im się pojebało i stracili łączność ze światem. Ale my wciąż wierzymy, że jednak można stworzyć Nowy Jork we wszystkich polskich miastach powyżej 50 tysięcy mieszkańców. Tylko musicie robić to, co wam każemy i nie zadawać głupich pytań. Bo umówmy się: kto, jeśli nie my? I gdzie, jeśli nie w gazecie, która jest jedną wielką reklamą produktów, których nie potrzebujesz?

Tym samym witamy wszystkich czytelników Logo. Proszę się nie bać, będziemy używać prostych słów, żeby nikt nie czuł się wykluczony. Tak więc stay tuned, brb.