Gdy w 1938 r. planowano trzecie z kolei mistrzostwa świata (miały się odbyć w 1942 r.), FIFA rozpatrywała dwie kandydatury. O przywilej zaciekle walczyli Niemcy z Brazylijczykami. Rok później Julies Rimet, prezydent FIFA, pojechał do Rio de Janeiro, żeby przyjrzeć się możliwościom Brazylii. Przechadzał się właśnie po Avenida Rio Branco, kiedy dotarła do niego tragiczna informacja - wybuchła druga wojna światowa. Mundial trzeba było odłożyć aż na 11 lat.

Po wojnie kandydatura Niemiec z oczywistych względów stała się nieaktualna, natomiast Brazylia wciąż miała ochotę na organizację mistrzostw. FIFA wahała się, bo wolała kogoś z Europy. Kontynent był jednak zrujnowany wojną, nikomu nie było w głowie przygotowywanie piłkarskiego święta. - And the World Cup goes to... Brasil! - ogłosili więc działacze.

W butach nie gramy

Pojawił się za to inny problem - kto w ogóle przyjedzie? Argentyna od razu zrezygnowała z udziału, podobnie kilkanaście innych drużyn. Dwa lata przed imprezą zgłosiły się wprawdzie 32 zespoły, ale większość z nich nie rozegrała nawet jednego meczu. Nawet samo zakwalifikowanie się niekoniecznie oznaczało przyjazd do Brazylii.

Na Wyspach Brytyjskich cztery narody rozegrały swoją rundę kwalifikacyjną. Wygrali Anglicy, ale Szkoci, którzy zajęli drugie miejsce, też mogli wziąć udział w mistrzostwach. Odmówili, bo nie pozwalał im na to "honor pokonanych". Turcja awansowała tylko dzięki wycofaniu się Austrii, po czym sama zrezygnowała. Francuzi dla odmiany stwierdzili, że koszty, że długa podróż, że im się nie chce i że w ogóle po co?

Najbardziej popisali się przedstawiciele piłkarskiej federacji Indii. Jeszcze kilka tygodni przed turniejem potwierdzali, że przyjadą. Po czym nagle zorientowali się, że FIFA dopiero co zabroniła piłkarzom gry na bosaka. - W butach to my nie gramy - oświadczyli naburmuszeni Hindusi i zostali w kraju.

Katastrofa niszczy mistrzów

Dwie drużyny były zwolnione z eliminacji - gospodarze oraz aktualni mistrzowie, Włosi. Chociaż ich kraj również ucierpiał wskutek wojny, a w 1948 r. na emeryturę przeszedł legendarny trener Vittorio Pozzo, ambicje były spore. Zwłaszcza że w Turynie właśnie szalał wspaniały zespół z Valentinem Mazzolą na czele, który wygrywał ligę pięć razy z rzędu. "Il Grande Torino" nie miało sobie równych nie tylko we Włoszech, ale i na świecie - podczas tournée w Brazylii seryjnie spuszczali łomot miejscowym potentatom.
Jednak rok przed mundialem doszło do wielkiej tragedii. Drużyna Torino wracała z samolotem do domu z towarzyskiego meczu w Lizbonie. Gęsta mgła nad miastem utrudniała nawigację. O godzinie 17:04 trzysilnikowy samolot Fiat G212CP rozbił się o mury bazyliki stojącej na wzgórzu Superga na przedmieściach Turynu. Zginęła prawie cała drużyna (zostało z niej jedynie trzech zawodników, którzy w ogóle nie polecieli do Lizbony).

Kręgosłup faworyzowanej reprezentacji przestał istnieć. Skleconą naprędce drużynę rozbijały różne konflikty. Sytuacji nie poprawiło oddanie kadry pod opiekę "trenerskiemu kolektywowi". Panowie nie byli w stanie się dogadać nawet co do samej podróży do Brazylii. Grupa z trenerem Ferruccioem Novą poleciała więc samolotem, a druga - pod kierownictwem Bardellego - wybrała drogę morską.

ANGIELSCY PIŁKARZE BYLI W BRAZYLII TAK ZRELAKSOWANI, ŻE DALI SIĘ NAWET POKONAĆ AMATOROM Z USA. Fot. Popperfoto/Getty ImagesANGIELSCY PIŁKARZE BYLI W BRAZYLII TAK ZRELAKSOWANI, ŻE DALI SIĘ NAWET POKONAĆ AMATOROM Z USA. Fot. Popperfoto/Getty Images

Ze zmywaka na Mundial

Niespodzianek nie zabrakło też na samych mistrzostwach. Bodaj najsłynniejszą jest do dziś klęska faworyzowanej Anglii w starciu z teamem... USA. Anglicy po raz pierwszy w ogóle zgodzili się wziąć udział w mundialu. Wcześniej ignorowali imprezy międzynarodowe, bo uważali się za ojców (i bogów) futbolu, rywalizacja ze zwykłymi śmiertelnikami była poniżej ich godności. Teraz zaszczycili swą obecnością mundial, ale napakowany zawodowymi gwiazdami zespół z wyższością patrzył na Jankesów, z którymi przyszło im grać w drugim meczu fazy grupowej. Szanse Amerykanów brazylijskie gazety oceniały na 500 do 1. Amatorska, naprędce zebrana kadra Williama Jeffreya składała się z dziesięciu debiutantów.

Był wśród nich Polak, Adam Wolanin, napastnik przedwojennej Pogoni Lwów, który w 1939 r. wyemigrował do Stanów. Pod gwiaździstym sztandarem grał też Joe Gaetjens, który nawet nie był wtedy obywatelem USA. Do Nowego Jorku trafił w 1947 r. jako student z Haiti, a zachwycał, strzelając bramki dla klubu Brookhattan. Późno dostał powołanie, więc tylko złożył wniosek o obywatelstwo w urzędzie. To wystarczyło, żeby zagrać na mundialu. Ostatecznie nigdy obywatelstwa mu nie przyznano. Po mistrzostwach grywał także dla drużyn we Francji i reprezentował Haiti. W 1950 r. to właśnie Gaetjens strzelił jedynego gola w meczu po dośrodkowaniu kapitana Waltera Bahra.

I choć Anglicy zdominowali spotkanie (w ciągu pierwszych 12 minut oddali aż sześć celnych strzałów), to grający w bramce USA Frank Borghi dokonywał cudów. Spotkanie zakończyło się wynikiem 0:1. Sensacyjny rezultat poszedł w świat i niewielu w niego uwierzyło. Czytelnicy angielskich gazet skarżyli się na błąd w druku. Byli przekonani, że skończyło się 10:1 dla Anglii. Amerykanie też późno dowiedzieli się o triumfie. "New York Times" zlekceważył depeszę z wynikiem. W ogóle na turnieju był tylko jeden dziennikarz z USA, który zresztą sam opłacił swój wyjazd.

Potem Anglicy przegrali jeszcze z Hiszpanią, odpadli z turnieju i wrócili do domu w niesławie. "Daily Herald" obwieścił na pierwszej stronie śmierć angielskiego futbolu, za występ na mundialu oberwał m.in. wielki Alf Ramsey, który 16 lat później - już jako trener - poprowadził angielską reprezentację do jedynego w historii mistrzostwa świata. W Ameryce przez wiele lat mało kto doceniał wysiłek amatorów. - Prawdopodobnie jestem teraz popularniejszy niż wtedy - mówił niedawno 87-letni Bahr. Gdy wrócił z Brazylii, na lotnisku witała go tylko żona.

KAPITAN DRUŻYNY URUGWAJU VARELA ODBIERA PUCHAR OD JULES?A RIMETA. TO ON PRZED MECZEM KAZAŁ KOLEGOM SIKAĆ NA BRAZYLIJSKIE GAZETY. Fot. Bob Thomas/Popperfoto/Getty Images KAPITAN DRUŻYNY URUGWAJU VARELA ODBIERA PUCHAR OD JULES?A RIMETA. TO ON PRZED MECZEM KAZAŁ KOLEGOM SIKAĆ NA BRAZYLIJSKIE GAZETY. Fot. Bob Thomas/Popperfoto/Getty Images

Tragedia na końcu

Jednak Brazyliczykom tamten mundial kojarzy się przede wszystkim z tragedią na Maracanie. Nie było wtedy klasycznego finału, o medalach decydowała runda finałowa, w której grali ze sobą zwycięzcy czterech grup - Brazylia, Urugwaj, Szwecja i Hiszpania. Gospodarze roznieśli w pył Europejczyków 7:1 i 6:1, Urugwajczycy z kolei wymęczyli zwycięstwo ze Szwedami i tylko zremisowali z Hiszpanią. Ostatnie spotkanie, między dwiema amerykańskimi drużynami, było więc de facto finałem. Brazylii do złotego medalu wystarczał remis. Urugwaj musiał wygrać. Tylko że wydawało się to niemożliwe.

Fakt, goście mieli mniej spotkań w nogach. W fazie grupowej musieli zmierzyć się tylko z Boliwią, bo Francja - jak już wiemy - na mundial nie przyjechała. Brazylia miała do rozegrania więcej meczów, ale też przemknęła przez nie jak pociąg ekspresowy strzelając w sumie 21 goli. Tylko murująca bramkę Szwajcaria zdołała na początku imprezy ugrać z Canarinhos remis.

Zresztą dwa miesiące przed mistrzostwami Urugwaj i Brazylia rozegrały dwa spotkania towarzyskie. Kanarkowi wygrali oba. Kibice i dziennikarze byli więc pewni swego. Gubernator stanu Rio de Janeiro jeszcze przed meczem ogłosił zwycięstwo reprezentacji w turnieju. - To są mistrzowie świata! - zapowiedział dziennik "O Mundo" w dniu finału, publikując zdjęcie Ademira, Zizinha, Chico, Jaira i kolegów. Ponoć to wtedy pomocnik Urugwaju Obdulio Varela wykupił wszystkie egzemplarze z najbliższego kiosku, rozłożył gazety w toalecie i kazał kolegom na nie sikać.

Atmosfera na Maracanie musiała być gorąca. Urugwajski prawy łącznik Julio Pérez najwyraźniej nie przykładał się za bardzo do przedmeczowego sikania na gazety - za to teraz, podczas grania hymnów, rzekomo nie wytrzymał presji i się zmoczył. Jednak po kilku pierwszych atakach Brazylii rywale opanowali nerwy. Ich defensywa dobrze działała, nawet jeśli Roque Maspoli musiał kilka razy pomagać kolegom swoimi interwencjami. Nie przestraszył ich nawet szybko stracony gol w drugiej połowie - gospodarze poczuli się zbyt pewnie, zaczęli się popisywać i zostawiać Urugwajczykom miejsce na skrzydłach. Alcide Ghiggia, prawoskrzydłowy w drużynie Lopeza, coraz śmielej sobie radził w pojedynkach z Bigode'em. Gdy w 66. minucie asystował przy wyrównującej bramce Juana Alberta Schiaffina, dwieście tysięcy kibiców zamilkło. - Cisza Maracany nas sparaliżowała - powiedział później selekcjoner Brazylijczyków Flavio Costa.

W 79. minucie meczu Ghiggia sam wyprowadził Urugwaj na prowadzenie. Milczenie Maracany przerodziło się w skowyt bólu i płaczu, a za winnego uznano właśnie Bigode'a, któremu na całe życie przypięto łatkę tchórza, bo ponoć przestraszył się rywali po jakimś uderzeniu w pierwszej połowie. Z kolei Moacira Barbosę przeklinano za łatwo wpuszczonego drugiego gola. Kiedy po latach sprezentowano mu stare bramki z Maracany, spalił je w ogródku. Jako starszego pana nie wpuszczono go nawet na trening reprezentacji, bo obawiano się, że przyniesie drużynie pecha. - Maksymalna kara w Brazylii to 30 lat więzienia, ale ja płaciłem za coś, czego nie zrobiłem, przez ponad 50 lat - powiedział były bramkarz tuż przed śmiercią.

W powszechnej świadomości zakochanych w futbolu Brazylijczyków ta porażka była "ich Hiroszimą". - Ze wszystkich naszych kryzysów narodowych mistrzostwa świata w 1950 r. są klęską najpiękniejszą i najbardziej celebrowaną - pisał w "Anatomii porażki" Paulo Pedrigao. Dzisiejsi piłkarze Luiza Felipe Scolariego nie pamiętają tragicznej ciszy Maracany. Ale z pewnością zostali wychowani tak, by w lipcu do powtórki z 1950 r. nie dopuścić.