Krzysztof Maurer z pewnością jest znany wielu czytelnikom jako producent doskonałych ekologicznych soków owocowych. Od 1996 r. ma sad we wsi Zarzecze koło Łącka, soki tłoczy od 2002 r. W 2012 r. postanowił, że będzie też robił i sprzedawał destylaty owocowe - w tym słynną śliwowicę. Efektem jest kilkanaście trunków - dokładna lista na Manufakturamaurera.pl.

A co z tą nazwą? Od 11 stycznia ubiegłego roku znak "łącka śliwowica" jest chroniony przez urząd patentowy. Nikt bez zgody kapituły - składającej się z czterech przedstawicieli Stowarzyszenia Łącka Droga Owocowa, czterech reprezentantów Rady Gminy Łącko i trzech ekspertów wybieranych wspólnie przez zarząd stowarzysze- nia i wójta gminy - nie ma prawa posługiwać się tym znakiem. Maurer: - Kapituła nie działa, bo nie została powołana. Ma regulamin funkcjonowania i przyznawania znaku, określone są zasady i receptury powstawania trunku, jakość owoców, terytorium wykonania, metoda. Jeśli kapituła powstanie, to wystąpię o przyznanie znaku. Czyli: śliwowica łącka Maurera nie nazywa się "śliwowica łącka", tylko "śliwowica - okowita z łąckich śliwek", gdyż nie ma na to zgody kapituły; kapituła nie może zaś jej wydać, gdyż nie istnieje. Proste. Przynajmniej dla tych, którzy czytali "Paragraf 22".

Ale żarty i złośliwości na bok, zajmijmy się clou. Skąd śliwowica w Łącku i w ogóle dlaczego łąckie śliwki są takie wybitne? Niewielka (6 x 1,5 km) Kotlina Łącka to miejsce idealne, spełniony sen sadownika. - Panuje tu bardzo korzystny mikroklimat - tłumaczy Maurer. - Z trzech stron jesteśmy otuleni górami: na południu są Pieniny, na wschodzie Beskid Sądecki, na zachodzie Gorce. Jest więc zacisznie i ciepło. Poza tym mamy dobrze nasłonecznione stoki i gliniaste gleby, które zatrzymują wilgoć - drzewa są świetnie odżywione i mogą rodzić dorodne owoce.

Śliwowica pojawiła się w Łącku na przełomie XIX i XX w. za sprawą żydowskiej rodziny Grossbardów. Żydzi wydzierżawili folwark od miejscowej parafii i urządzili tam gorzelnię, w której pędzili tradycyjną śliwowicę pas-chalną. Taki stan rzeczy utrzymywał się do II wojny światowej, przy czym oprócz nurtu "oficjalnego" istniało gorzelnicze podziemie, które przejęło żydowską technologię. Po wojnie zostało tylko podziemie - zaspokajało i zaspokaja potrzeby nie tylko lokalnego rynku. A że nikt go nie kontroluje, to jako "oryginalną łącką śliwowicę" (20 zł flaszka) można często kupić zwykły zbożowy spirytus rozcieńczony i zaprawiony śliwkowym aromatem. - Jeżeli wszyscy sprzedający chcieliby zachować oryginalną recepturę, to gmina Łącko musiałaby być obsadzona w całości śliwami, drzewo przy drzewie, a i tego byłoby za mało - komentuje Maurer.

Konspiracyjny charakter łąckiej sprawił, że miała ona jedną firmową cechę, a mianowicie moc 70 proc. Wzięła się ona stąd, że głównym sprzętem bimbrowników był parnik do ziemniaków i taki właśnie "woltaż" uzyskiwano w nim po dwukrotnej destylacji; a że trunek był dobry, nikt nie rozcieńczał. O łąckiej krążyły też rozmaite legendy. Na przykład, że górale zakopywali ją w beczkach pod ziemią na wiele lat, aby uzyskać wyjątkowy smak i aromat. - To raczej mit - mówi Maurer. - Wódkę zakopywało się na czarną godzinę albo żeby ją ukryć przed MO. I nie w beczkach, tylko w butelkach lub w szklanych gąsiorkach. A "wiekowe" trunki zdarzały się, jak właściciel zapomniał, gdzie zakopał gąsiorek, a potem go odkrył. Żeby zakopywali w beczkach, to nie słyszałem. Beczki, owszem, były kiedyś wykorzystywane przy produkcji śliwowicy, ale tylko do fermentacji zacieru. Sam Maurer i fermentację, i doj- rzewanie prowadzi w zbiornikach ze stali szlachetnej. Destylaty, które można obecnie kupić, mają około sześ-ciu miesięcy; następne roczniki producent zamierza leżakować co najmniej rok, a specjalne edycje jeszcze dłużej. Nie chce jednak używać dębowych beczek - uważa, że drewno zabija owoc.

Co dalej z łącką? Ilu wytwórców pójdzie za przykładem Maurera? Licho wie. Jest pomysł, żeby rolnicy - legalizując się - płacili tylko 50 proc. akcyzy, co z pewnością zachęciłoby wiele osób do porzucenia konspiracji. Jednak, po pierwsze, pomysł jak to zwykle u nas utknął w trybach biurokratycznej machiny. A po drugie - nie oszukujmy się - czy komuś naprawdę na tej całej legalizacji zależy?

NA GÓRNYM ZDJĘCIU WIDOCZNE OD LEWEJ:

ŚLIWOWICA

Lekki aromat świeżych owoców jest szybko wypierany przez cięższy, tłusty, "przydymiony" - jakby wędzonych śliwek; pojawiają się również pestki. Usta są powtórzeniem nosa. Dobra równowaga, przyjemny, lekko kwaskowaty i kwiatowy, rozgrzewający finisz. Wolałbym więcej złożoności i finezji, ale i tak jest to bardzo dobra śliwowica.

Cena: 70 zł

GRUSZKOWICA ŁĄCKA

Delikatne nuty gruszkowe, usta maślane, łagodne, lecz z punktowymi akcentami pikantności. Dobra równowaga. Dość długi, lekko perfumowany finisz z posmakiem gruszkowych ziarnek i - odrobinę drażniącego - cukru pudru. Spokojny, świetnie zrobiony destylat do leniwego sączenia po dobrym, obfitym obiedzie.

Cena: 70 zł

WILLIAMS

Klasyczny owoc destylacyjny i typowe dla niego, nader intensywne aromaty gruszkowe - bardziej perfumowane, kwiatowe i drzewne niż w innych odmianach. Usta są powtórzeniem nosa, z tym że tu poziom kwiatowości zakrawa już na przesadę; sporo słodyczy. Bardzo porządnie zrobiony, wręcz kanoniczny Williams - amatorzy tej gruszki będą zachwyceni.

Cena: 30 zł

WIŚNIOWICA ŁĄCKA

Wiśniowe drewno i kwiaty topoli; trochę owocu i pestek. W ustach wiśniowy budyń z przedszkola, guma balonowa i pestki. Ciekawe połączenie dziecięcej zabawy i infantylnego wygłupu (budyń, guma) z "dorosłą" elegancją (drewno, pestki). Pikantny finisz. Dodatkowe punkty za emocje.

Cena: 30 zł

MALINOWICA ŁĄCKA

Z tych owoców trudno zrobić dobry alkohol. Aromat mocny, lecz - jak w więk-szości malinowych trunków - przybrudzony i idący w stronę maliny przetworzonej (sok, kompot, fermentujące wino); zbyt kwaśny. Czysty owoc pojawia się - na chwilę - w ustach. Destylat robi wrażenie chaotycznego, ale o dużym potencjale.

Cena: 30 zł

 

*ŁUKASZ KLESYK - DZIENNIKARZ KULINARNY I ALKOHOLOWY. WSPÓŁPRACUJE Z *ŁUKASZ KLESYK - DZIENNIKARZ KULINARNY I ALKOHOLOWY. WSPÓŁPRACUJE Z "KUCHNIĄ", "MAGAZYNEM WINO", "HARVARD BUSINESS REVIEW" ORAZ PORTALEM 6 WIN.PL. PROWADZI KOMENTOWANE DEGUSTACJE ALKOHOLI. FOT. MARIUSZ KAPCZYŃSKI (VINISTREFA.PL)