To nie jest mój najlepszy dzień w roku. Za oknem pogoda, że lepiej nie wychodzić z wyra. I chyba spóźnię się do pracy. Wychodzę z domu na głodniaka. Strzelę kawkę na stacji, bo i tak muszę zatankować. W radiu słyszę reklamę: "nawet łagodne mydło może wywoływać podrażnienia okolic intymnych". I od razu czuję to podrażnienie. Na stacji oczywiście kolejka. Koleś z plakietką z napisem "uczeń" pyta z głupkowatym uśmiechem:

- Faktura czy rachunek?
- Rachunek.
- Płatność gotówką czy kartą?
- Kartą.
- Czy zbiera pan punkty?
- Nie.
- Czy chciałby pan przystąpić do naszego programu lojalnościowego. Wiele atrakcyjnych nagród
- Nie.
- Czy może się pan skusi na napój energetyczny? Sto dodatkowych punktów.
- Nie. Nie zbieram punktów.
- Może chce pan zacząć?
- Nie!
- Proszę wprowadzić PIN. A może płyn do spryskiwaczy?
- Panie! Deszcz leje, nie widzi pan? Na cholerę mi płyn do spryskiwaczy?
- Odmowa. Ma pan inną kartę?
- Dobra, zapłacę gotówką.
- Pani kierowniczko, jak cofnąć transakcję kartą? Bo klient jednak chce gotówką.

Zapomniałem o kawie. Może wrócić? Nie, drugi raz już tego nie zniosę.
W aucie dzwonię do banku, żeby sprawdzić, co z tą kartą. "Dzień dobry!" - słyszę. "Dodzwoniłeś się do automatycznego systemu obsługi klientów. Obecnie wszystkie linie są zajęte. W trosce o najwyższy poziom usług..."
Na ulicy korek. A przede mną zgasła "nauka jazdy". Nie trąbię, bo nie jestem chamem. Próbuję ją wyminąć. Nikt przed siebie nie wpuści! Co za dzicz!

Z pracy już dzwonią. A mnie trzęsie ze złości. Na skrzyżowaniu zepsute światła i już żaden baran nie wie, co zrobić.

- No jedź, gospodarzu, jak pragnę zdrowia! - krzyczę. - Albo się prześpij, bo ewidentnie czas cię nie goni.

Nie wytrzymuję i trąbię.

- Ryj cię swędzi? - pyta dryblas o twarzy Mussoliniego z samochodu przede mną. Po czym wymyśla mi od żeńskich okolic intymnych. A ja, niemal jak w tej radiowej reklamie, czuję się już podrażniony do czerwoności. Wykonuję wulgarny gest, na wszelki wypadek zamykam drzwi auta i próbuję cerować poszarpaną dumę kolejnym telefonem do banku. Automatyczna konsultantka życzy mi miłego dnia. Jest tak miły, że zaraz coś rozpierdolę z radości!

Znacie to? Są nas miliony. Pamiętacie Michaela Douglasa z filmu "Upadek"? Zwykły księgowy w korku potrafi stać się psychopatą. A Czaban, król Youtube'a, który dzwonił do Lebiedzia z TP SA, by wyłączyć numer? A Adaś Miauczyński z "Dnia świra", którego świat przytłacza, wykańcza i upokarza? Czy powinniśmy się leczyć?

*O nas właśnie - o tych księgowych, Czabanach, Miałczyńskich - opowiadają "Dzikie historie", czyli zbiór argentyńskich nowelek filmowych w reżyserii Damiana Szafrona, które wyprodukował sam Pedro Almodóvar. To zabawne, jak niepozorni ludzie i błahe incydenty prowadzą do totalnych katastrof. Czasem pokazany przez szybę samochodu środkowy palec, upokarzająca bezduszność straży miejskiej, małżeńska zazdrość czy zadawniona krzywda przypomniana po latach, niczym klocek domina mogą doprowadzić zwykłych ludzi do kondycji masowych morderców. Pod względem czających się w głębi nas skłonności do psychopatii Argentyna jest łudząco podobna do Polski. Bezsprzeczną gorycz przesłania "Dzikich historii" łagodzi absurdalne poczucie humoru. To jeden z fajniejszych filmów, jakie widziałem ostatnio.

*Niestety zaliczyłem też totalną kinową skuchę, czyli ostatnią część "Hobbita" Petera Jacksona. Nie bardzo wiem, na co liczyłem. Obie trylogie na podstawie Tolkiena to oczywiście wielkobudżetowe giganty współczesnej kultury masowej. Już w trakcie powstawania były kanonem. A ja mam w tej materii gust podobny do Kevina Smitha, jednego z najzdolniejszych przedstawicieli mojej głupawej generacji, która wychowała się na MTV, komiksach i kulturze masowej. Ja i moi koledzy - tak jak bohaterowie filmów Smitha - prowadziliśmy zażarte debaty na szkolnych przerwach o tym, czy sperma Supermana jest toksyczna dla człowieka; czy to prawda, że Bruce Lee zginął od ciosu wirującej pięści za zdradzenie Zachodowi tajemnic kung-fu; dlaczego kosmici badają porwanych przez siebie ludzi przez odbyt. Dlatego też dla nas, urodzonych na początku lat 70., trylogia jest tylko jedna. To nie żadne pierścienie i hobbity, a już tym bardziej jakiś Sienkiewicz. Prawdziwa trylogia to "Gwiezdne wojny".

Choć film "Hobbit. Bitwa pięciu armii" to padaka totalna, odcinanie kuponów i skok na kasę, to jakoś nie dotknęło mnie to osobiście. Po prostu nie moja bajka, hobbity mnie nie kręcą. Ale na tegoroczną premierę "Star Wars VII", produkowaną przez Disneya, czekam w strachu. Bo już nowożytne części I, II, III sagi mocno nadszarpnęły legendę postaciami typu Jar Jar Binks. Boję się, co zrobią z tym kolesie od Kaczora Donalda. Premiera w grudniu tego roku.

*Sequele generalnie są podejrzane pod względem artystycznym, bo główna przyczyna ich powstawania jest biznesowa. Mimo to czeka się na nie z utęsknieniem, bo człowiek łatwo się przywiązuje do bohaterów. Tak po dilersku uzależnił mnie Tomek Sekielski od swoich książek. Znany dziennikarz telewizyjny okazał się megatalentem w pisaniu powieści kryminalno-szpiegowskich. Trylogię: "Sejf", "Obraz kontrolny" i "Gniazdo kruka" łyka się błyskawicznie. W dodatku branża medialna, obserwatorzy rynku, a także miłośnicy powieści z kluczem mają od Sekielskiego dodatkowy bonus.

Można sobie porozszyfrowywać pierwowzory postaci. Podejrzewam też, że niektórzy nasi wspólni znajomi odnaleźli w powieściach Tomka siebie, i nie byli tym zachwyceni. Świat z książek Sekielskiego jest soczyście krwisty. Język i kulturę osobistą dziennikarzy, policjantów, polityków, szpiegów i żołnierzy autor uchwycił z dużą zręcznością. Jacy są? Tak jak my, w zasadzie mili. Tylko czasem drobne rzeczy doprowadzają ich do furii. A wtedy bywa groźnie...