W nocy obudził mnie jednak dziwny chrobot. Z pozoru mysi, ale w drugim wrażeniu nieprzyjemnie metaliczny. Dobywał się spod zwalistej szafy i nie dawał się zlekceważyć. Po kwadransie wstałem z butem w ręku, wówczas ucichł. Ale wzmógł się, gdy znowu się położyłem. Powtórzyło się to kilka razy, nareszcie, potężnie już zirytowany, zajrzałem do zwalistej szafy w nadziei, że tam może się chowają natarczywe gryzonie. Ale nie, szafa była pusta. W duchu zganiłem się za naiwność i kiedy chciałem już zamknąć drzwi, moją uwagę przykuł pewien szczegół: tył szafy - obity cienką metalową blachą, zapewne dla wzmocnienia - odstawał w jednym z rogów. Stało się jasne, skąd to wrażenie metaliczności - bez wątpienia przypodłogowe przeciągi powodują uderzanie blachy o drewniany rant. Chcąc dospać noc w spokoju, postanowiłem blachę odgiąć, by już nie falowała. I gdy się z nią szarpałem, niespodziewanie wypadła zza niej złożona wpół pożółkła kartka. Był to list, napisany po włosku ładnym charakterem pisma; takim, jakiego w dobie komputerów już się nie spotyka. Zacząłem czytać:

"Szanowna Pani Mileno!

wiem - jest Pani zaskoczona, że piszę do Pani. "Ależ młody człowieku - myśli Pani teraz - co też Panu strzeliło do głowy, przecież ja nie żyję od 39 lat!". Zgoda, śmierć jest pewną przeszkodą w korespondencji, ale - z pewnością przyzna mi Pani rację - nie powinniśmy jej pozwalać na zbyt wiele. Poza tym ani ja nie jestem znowu taki młody, ani Pani taka martwa. Znam dziesiątki kobiet, które są znacznie bardziej martwe od Pani, choć nie przyjmują tego do wiadomości. Pani zaś, droga moja, nie żyje zaledwie w jednym jedynym aspekcie istnienia - fizycznym. W każdym innym Pani istnienie, droga Mileno, jest niepodważalne, a nieśmiertelność gwarantowana dopóki ktokolwiek na tym świecie wie, kim jest Franz Kafka.

Ów człowiek, któremu w intuicjach i przeczuciach nikt w XX wieku nie był w stanie dorównać, oraz pisarz, który nigdy mnie nie oszukał - napisał o Pani tak: "Zawsze M. - jako zasada, światło w ciemności". Oto dlaczego do Pani piszę: jeszcze nigdy ciemność wokół mnie nie była tak wielka. Chcę, by Pani stała się też i moim światłem.

Czy mówi coś Pani nazwa Pangea? Pierwotny superkontynent, uformowany pod koniec prekambru ze wszystkich znanych obecnie kontynentów, który rozpadł się w kambrze na kilka bloków kontynentalnych? Otóż moje obecne życie jest właśnie takim kambrem. Pierwotny superkontynent, w którym z miejsca na miejsce można było się dostać suchą nogą, rozpadł się, sam nie wiem kiedy, na oddzielne kwartały rzeczywistości. W każdym żyje część mnie, więc żeby się nie rozpaść, nie poddać przedwczesnej entropii, nie skarleć, skaczę bez wytchnienia z kontynentu na kontynent, gdzie żyją plemiona prowadzące ze sobą nieustającą wojnę. I kleję, co wyszczerbione, wiążę, co luzem żyje, dźwigam, co plackiem leży.

Jestem niegojącą się raną, pani Mileno. Wiem, to wyświechtany zwrot, ale nie umiem pisać jak Franz i nie mam takich ambicji. Powiem tylko, że życie jednako boli tych, co potrafią z opisania owego bólu uczynić arcydzieło, i zwykłych przeżuwaczy codzienności, jak ja. Proszę mnie dobrze zrozumieć, nie skarżę się. Na każdą z tych ran ciężko zapracowałem, bo znacznie częściej ktoś przeze mnie płakał. Chcę powiedzieć Pani co innego: dziś, kiedy widzę moje życie rozdarte między nieprzystające do siebie kontynenty; kiedy myślę o żonie, która mnie zostawiła, a zwłaszcza o mojej małej córeczce, która umarła z mojego powodu, dałbym się poranić jeszcze tysiąc razy, byleby tylko moja popękana Pangea znowu się zrosła. Żeby znowu był jeden ląd. Żeby znowu był jeden ład.

Proszę mi pozwolić pisać do siebie regularnie. Obiecuję nie zamęczać nadmiernie swoimi problemami. W miarę możności postaram się pisać lekko i żartobliwie, choć zdaję sobie sprawę, jak trudno jest rozbawić kogoś, kto został zamordowany w Ravensbrück.

Łączę wyrazy szacunku

Silvio"

Tej nocy już nie zmrużyłem oka. Znając datę śmierci Mileny Jesenskiej zorientowałem się, że list został napisany w 1973 r. Ale kim był Silvio, co stracił córkę z własnej winy? Niestety, w recepcji wyjaśniono mi, że ksiąg meldunkowych z tamtych czasów już dawno nie ma. Schowałem więc list do kieszeni i wyszedłem przed hotel, na trójkątny plac ze studnią. W ciepłym październikowym słońcu uwodzicielskie wieżyce San Gimignano pochylały się nade mną, zapraszając do tajemnicy. Ale ja już nie miałem ochoty na zwiedzanie. Wsiadłem w samochód i wyjechałem.

San Gimignano, Włochy. Fot. Luca Aless / Wikimedia CommonsSan Gimignano, Włochy. Fot. Luca Aless / Wikimedia Commons