Należę do generacji, która spędziła dzieciństwo w czołgu. Na wszystkich placach zabaw i boiskach słychać było: "Do wozu! Odłamkowym ładuj! Szarik, bierz go! Hurrrrrra!!!!!".

Najfajniej było być Jankiem Kosem. Tego zaszczytu mogli dostąpić jedynie przywódcy podwórkowych band. Największym lamusom przypadała rola Czereśniaka. To postać na wskroś żałosna i wyśmiewana. To po prostu wieśniak. Lepiej już było zostać szkopem, choć wtedy zawsze na końcu się przegrywało. Wiem, że były takie podwórka, gdzie miejscową ofiarę losu obsadzało się w roli Szarika. Na szczęście w naszym czołgu zawsze był jakiś prawdziwy pies.

Dziewczęta zaciekle rywalizowały o rolę Marusi. Wiadomo - najpiękniejsza, a w dodatku w parze z dowódcą. Te mniej atrakcyjne albo bez podwórkowej charyzmy zostawały Lidkami. Niedojdy z sąsiedztwa musiały odgrywać pannę Honoratę, laskę Gustlika.

Choć współczesne dzieci nie marzą już o radzieckim czołgu na własność, to "Czterej pancerni" władają masową wyobraźnią do dzisiaj. Zdarza się, że ten sam odcinek leci na trzech kanałach telewizyjnych jednocześnie. I stacjom nadal się to opłaca! Mimo że opowieść jest już 50-letnia, mocno zramolała, czarno-biała i nosi znamiona propagandowej agitki, to serial jest znakomity. Wojna z faszystowskim najeźdźcą była tam kapitalną przygodą, zabawą w dwa ognie, cudowną wakacyjną wyprawą fajnych chłopaków i mądrego psa, którzy zamiast kamperem podróżują sobie po świecie czołgiem.

*Podczas gdy "Rudy" wciąż w telewizji zdobywał Berlin od wschodu, obejrzałem na DVD "Furię" Davida Ayera, jeden z najlepszych filmów wojennych ostatnich lat. To tacy "Czterej pancerni" a rebours: załoga czołgu to Amerykanie walczący z Niemcami na froncie zachodnim. Tak jak u nas czołgiem dowodzi bohaterski, złotowłosy przystojniak grany przez Brada Pitta. Są też ciekawi i zróżnicowani członkowie załogi: Latynos - odpowiednik naszego Gruzina, Bible - znający Biblię na pamięć, prawdziwy amerykański "jeleń", no i Czereśniak, który dołącza do załogi. W amerykańskiej wersji nie jest wieśniakiem, lecz wrażliwym inteligentem (z takich w USA śmieją się najbardziej). Załoga "Furii", tak jak załoga "Rudego", to ludzie brawurowo odważni. Różnica jest drobna. Przemoc i okrucieństwo są w filmie Ayera tak dosadne, dosłowne i realistyczne, że młodzi widzowie przestają marzyć o karierze czołgisty. Pancerni z "Furii" nie mizdrzą się do sanitariuszek i telegrafistek. Młode Niemki biorą siłą albo za czekoladowy batonik. Zastanawiają się nawet, czy w tej cenie dałoby się bzyknąć samego Hitlera. "Furia" to pozycja obowiązkowa dla dorosłych. Odziera z resztek dziecięcych złudzeń.

*Z kolei czytając najnowszą mroczną powieść Jakuba Żulczyka "Ślepnąc od świateł" uporczywie nasuwały mi się analogie z klasyczną lekturą mojej młodości - ze "Złym" Leopolda Tyrmanda. Wiem, że dla wielu tego typu komparatystyka jest zabawą kretyńską. Kiedyś Janusz Głowacki, by rozśmieszyć czytelników, porównywał w swych felietonach Jamesa Joyce'a do Jana Dobraczyńskiego, więc właściwie czemu nie?

"Zły" jest powieścią kultową, choć nieco wyblakłą, nachalnie dydaktyczną. Gangsterzy Tyrmanda w dzisiejszych czasach budzą raczej politowanie, a bohaterowie pozytywni walczący z chuligaństwem po stronie Złego przyprawiają o mdłości. Niemniej w nastroju, języku, socjologicznych spostrzeżeniach, w opisach Warszawy lat 50. Tyrmand jest genialny. Żulczyk w swojej książce znakomicie uchwycił szemrany klimat stolicy równo po 60 latach. To dla miasta odległość kilku epok. Nie ma już koników, bikiniarzy, Kameralnej i "Ciuchów". Są wypasione kluby, hipsterzy, celebryci, dealerzy i kokaina. Najmocniejszą stroną powieści "Ślepnąc od świateł" jest realizm, warstwa dokumentująca, słuch do języka. To także najcenniejszy osad, który ocalał w "Złym". Niestety. Tyrmand chciał być nie tylko pisarzem, ale i wychowawcą młodzieży. A pasja pedagogiczna bywa irytująca. Z kolei Żulczyk bardzo chce być artystą. Dlatego w sprawną, łobuzerską, zabawną narrację wplata co jakiś czas dęte, artystowskie farmazony, jakieś pseudosurrealistyczne sny, niby-filozoficzne barachło, dzięki czemu osiąga głębię i robi sztukę, w swoim mniemaniu. Dobry redaktor ciachnąłby te brednie z ogromnym zyskiem dla powieści. No, ale go zabrakło.

I jeszcze jedno. W książce Żulczyka występuje gościnnie Kuba Wojewódzki, choć nazywa się inaczej. Ten zabieg literacki wygląda mi na osobistą dintojrę autora. Kuba artysta czuje do Kuby celebryty jakiś szczególny rodzaj zawiści, skoro w powieści każe mu wciągać tony koksu, pić whisky szklankami i po tym wszystkim zabić na pasach matkę z dzieckiem.

Książka "Ślepnąć od świateł" w ebooku jest dostępna na Publio.pl >>


*Skoro jesteśmy już przy porównaniach... Ostatnio nie jestem w stanie wyłączyć debiutanckiej, długo oczekiwanej płyty Mary Komasy. Płyta nie ma tytułu, ale skojarzenia z "Born to Die" Lany Del Rey nasuwają się same. Z tym, że album Polki jest dużo lepszy! Jeszcze do niedawna modelka mieszkająca w Berlinie, młodsza siostra Jana Komasy, tego od "Miasta 44", stanie się być może naszym najważniejszym muzycznym towarem eksportowym. Podobnie jak u Amerykanki piosenki Komasy to wytrawny koktajl nastrojowości, nostalgii i tajemnicy. Z tym, że Mary jest dla mnie bardziej oryginalna.

Ja wiem, że sztuka budowania analogii może prowadzić na manowce. Szczególnie dotyczy to naszego kraju. Wychodzą z tego "polskie Angeliny Jolie". Jak to mówił Ryszard Ochódzki, nie należy mieszać dwóch różnych systemów walutowych. Nie bądźmy peweksami.