Stukanie do drzwi. Otwieram oczy. Śpi tuż przy mnie. Jest piękna. Być może najpiękniejsza z wszystkich, jakie kiedykolwiek przy mnie spały. Patrzę z zachwytem. Wilgotne prześcieradło przywiera do jej ciała, podkreślając bajeczne krągłości, którym pulsujące hołdy (obraz owych uniesień staje mi ponownie przed oczami!) składałem przez całą noc, a nawet o świtaniu.

Wiem, że ją kocham, choć nie wiem, kim jest.

Zamykam oczy. Strzępy wspomnień. Niczym rozrzucone na podłodze fotografie. Dźwigam pamięć, by je pozbierać. Wymykają się. Blakną. Odwracam głowę do okna.

Nadmorskie kurorty, jak ja ich nienawidzę. Krzykliwe, szpetne, zawsze spocone, przebiegłe jak portowa dziwka, której się wydaje, że wystarczy obfitość chamskich perfum, by zgubić odór dorsza, co trze się w głębokim tłuszczu. I te ich rozbuchane ambicje. Każda dziura chce mieć festiwal filmowy, którego rzecz jasna nie umie zrobić. Zawsze jest tak samo: nierozgarnięta publiczność, kiepskie nagrody, a na uroczystej gali żałosne dowcipy i - obowiązkowo! - kobiece manekiny w długich sukniach. Że niby jak w krakowskim teatrze, który na prowincji ciągle uchodzi za szczyt dobrego smaku.

Miasto, w którym się właśnie obudziłem, ma cechy garbatego gnoma, co niezasłużenie odziedziczył potężny spadek. Jest nim morze. Zimne i płytkie, a mimo to jakże pożądane przez spoconych Polan z płaskiego interioru. Szmaragdowy Bałtyk - jedyne morze, nad które przyjeżdża się nie dla wody, ale dla piasku. Polanie żywią do niego stosunek religijny: codziennie, od samego świtu, zdobią plażę różnobarwnymi parawanami, a potem - by się za bardzo nie nagrzała - chronią ją własnymi ciałami. Wszędzie widzi się niezwykle silne związki między człowiekiem a piachem. Samice Polan uwielbiają zanurzać w nim haluksy, a samce kiepować pety. Według ich wierzeń, jeśli uczciwie wkręcasz w plażę niedopałek, następnego dnia wyrasta w tym miejscu paczka fajek, za którą już nie płacisz. Krzykliwe larwy Polan również wykazują bogobojny stosunek do bałtyckiego piasku, i to od wczesnego pampersa. Sadzą w nim baby i kupy, za nic na świecie nie wezmą też do ust zapiekanki, dopóki nie oblepi jej gruba piaszczysta paniera.

Spoglądam ponownie na nią. Ciągle śpi nieruchomo. Kiedy się tylko obudzi, wykrzyczę, że ją kocham. I że już zawsze będziemy razem. Tylko ona i ja.

Nurtuje mnie jedynie, gdzie ją poznałem. Na plaży raczej nie. Plażę pamiętam najlepiej: piwo razy dwa, whisky, trzy tabletki i barman facet. Może restauracja hotelowa? Kelnerka, dwie kelnerki, trzy kelnerki, a ruda najładniejsza. Krysia? Albo Kasia. Białe wino z lodem. Kieliszek? Cała butelka, Kasiukrysiu, po co się rozdrabniać w upale. Biorę flaszkę do sauny. Popijam piguły. Dużo myślę o zdrowiu. Bieganie, siłka, aeroby, triathlon w przyszłym roku, jak czas pozwoli. I dość już tej ciągłej harówy. Nie będę dłużej pisał tych gównianych seriali. Czas pożyć, wyjść z kieratu. Wysyłam esemesa: zrywam kontrakt, spierdalać, wy oprawcy! Łykam prochy dla uspokojenia. Działają błyskawicznie, więc na trójnogą Niemkę, która tańczy w rogu sauny, zupełnie nie zwracam uwagi.

Zakładam garniak, wciągam kreskę, limo wiezie mnie na galę. Na scenie - cały drżę z podniecenia! - stoją manekiny, a my ciągle czekamy na zapleczu na entrée. Uwielbiam pańskie filmy, mówi aktorka, której za chwilę wręczę nagrodę. Ma chitynowy pancerz na ciele i wiarę, że zawojuje świat. Łuski chrzęszczą, więc proponuję jej bucha dla rozluźnienia. Pan się denerwuje? Macha ogonem, jakby ze mną flirtowała. Nie, dziecko, ani trochę, wręczałem w życiu więcej nagród niż ty masz lat. Zirytowała mnie. Obiecuję sobie nie być już nigdy jurorem na zapyziałym festiwaliku. Wychodzę zaczerpnąć indyjskiego powietrza. Kiedy wypuszczam je z płuc, jestem w klubie nocnym. Niskie dźwięki pełzają mi po wątrobie jak węże. Wokół inferno. Usta. Piersi. Biodra. Rogi. Nity. Akwalungi i tatuaże. Mogę z panem fotkę? A ja? A ja? Jaki pan ma peryskop? Chce pan dotknąć mojej waginy? Kocham pana filmy, a najbardziej "Drogówkę"!

Pragnę teleportacji. Przeciskam się przez roztańczony sylikon. I wtedy dostrzegam ją. Stoi bez ruchu. Patrzy. Rozpycham gryzonie, precz, bez słowa biorę ją na ręce, fruniemy nad miastem, w hotelu zachłannie ściąga ze mnie skórę, nurzamy się w rozkoszy.

Stuk-stuk. Chrob-chrob. Puku-puku.

Nie otwieram oczu, bo mam otwarte. Nie otwieram też drzwi, bo mają własny klucz. Wchodzą. Szef ochrony hotelu zapewnia, że nie chce skandalu. Zrobimy wszystko, by paparazzi się nie dowiedzieli, wtóruje mu dyrektor festiwalu.

Odwracam się, kiedy ją wynoszą.

Spoglądam przez okno. Owszem, nienawidzę nadmorskich kurortów, ale muszę być cichy i pokornego serca. Już tylko tu zdarzają się naprawdę czułe manekiny.

19017988