Pieprzony hipochondryk! Niech ci się nie wydaje, że mnie nabierzesz! - kołysała się nad łóżkiem, a jej wzrok był suchy niczym trzask z bicza.

Obserwował ją z góry. Z tego rogu pokoju, gdzie wisiało ślubne. Migotała niewyraźnie. Chwilę zajęło, by skonstatował, że to przez pajęczynę. Zamiast się drzeć, mogłabyś uważniej ścierać kurze, pomyślał.

Skrzywiła się jak po gzie. - Nie jestem twoją służącą! - syknęła. - Cały dzień zasuwam, a ty leżysz jak ten u Brzechwy! Rusz tyłek i wyjdź z psem, bo się zeszcza!

Już się zeszczał, pomyślał, przelatując w drugim pokoju nad yorkiem, który wpadł w dygot z przerażenia i spacer był ostatnią rzeczą, jakiej pragnął.

Odsunęła się o pół kroku. Ta jego pieprzona ostentacja zawsze doprowadza mnie do szału, pomyślała. Jak zwykle ja coś mówię, a on leży i ma mnie gdzieś!

Ładna twarz, pomyślał, zawisając ponownie nad łóżkiem. Szlachetna i spokojna. Kilka dni wcześniej natknął się w internecie na dagerotyp: martwy Adam Mickiewicz na wyrku w Konstantynopolu. Nie wyglądało to zbyt dobrze. Pomyślał wręcz, że to zdjęcie z jakiejś chałupinki na Ukrainie z czasów Wielkiego Głodu.

Uświadomił sobie, że jeśli chce nadfrunąć nad własne ciało bliżej, musi przeniknąć przez nią. Zakłuło ją. Jęknęła i zgięła się odruchowo. Wkurzyło ją, że w ogóle na to nie zareagował, tylko ciągle bezmyślnie gapił się sufit. Zapragnęła mu wszystko wygarnąć. I niechybnie by to zrobiła, gdyby nie ten cholerny ból. Taki sam jak trzy lata temu, kiedy odwiedził ją we śnie rak i rozrywał jej wnętrze wielkimi szczypcami, pogwizdując kolędy. Przysięgła wtedy skończyć z paleniem i prawie się udało, bo palić cienkie, to jakby nie palić wcale. Teraz jednak ponownie poczuła w trzewiach szczypce, a z nimi bojaźń i drżenie. On tymczasem wychynął pod jej przyciężkimi piersiami i zawisł tuż nad własną twarzą. Żadnych wątpliwości, pomyślał, byłem znacznie przystojniejszy niż Mickiewicz, szkoda, że nigdy nie umiała tego docenić.

Poczuł ulgę, kiedy wyszła do kuchni. Nie chodziło jednak o nią. Po prostu po raz pierwszy był martwy i musiał zebrać myśli.

Szatynka z ostatniego piętra była jedną z pierwszych myśli, jakie zebrać się udało. Często jeździli razem windą. Ona patrzyła w ścianę i pachniała czymś słodkogrzesznym, a on wyobrażał ją sobie nago. Teraz dotarło do niego, że jako ciało astralne nie musi zdawać się na wyobraźnię. Przemknął na ostatnie, ale szatynki nie było. Rozczarowany przesmyknął przez szufladę z biustonoszami, jednak frajda była mniejsza, niż zakładał. W łazience powirował wokół flakonika perfum. Znów nadaremno. Ni słodyczy, ni grzeszności. Za to dostrzegł, że sedes jest niedoczyszczony, co sprawiło mu przykrość w każdym kątku bezwymiaru. Żeby dojść do siebie, przesiedział na parapecie dwanaście tysięcy cykli, obserwując ptaki niebieskie i serafiny.

- Wstawaj już wreszcie, kawa jest! - krzyknęła w stronę sypialni i sięgnęła po leżące na skraju kuchennego stołu cienkie. - A do kawy kokosanki - dodała znacznie łagodniej.

Jej cichy głos dopadł go w siódmym niebie, które - wbrew szumnej nazwie - okazało się rozczarowujące. Nigdy, co prawda, nie oczekiwał szczególnych atrakcji po Królestwie Bożym, ale miał przynajmniej nadzieję, że od czasu do czasu utnie tam sobie twórczą pogawędkę z jakimś zasłużonym świętym, przenikliwym filozofem czy nadobną dziewicą. Albo choć pośpiewa Bachowskie msze i kantaty w chórze o wszechkosmicznym poziomie. Tymczasem Bóg nie podzielał żadnej z pasji czujących białek, które przed wiekami stworzył, oczekując od nich jedynie pulsującej barwami adoracji. Z tego powodu wieczność - wbrew głośnym zapowiedziom - przypominała wielowymiarową fabrykę świetlówek.

Zgasiła cienkiego w popielniczce, którą przywieźli z Barcelony zaraz po studiach. Dwie równoległe i równoważne myśli ("trzeba umyć kubek" i "już dawno powinnam się była rozwieść") podniosły ją z krzesła. Szurając do zlewu, przypomniała sobie szpakowatego przystojniaka, który piętnaście lat temu zjawił się w ich biurze na kontrolę i który przez długie tygodnie ją namawiał, by go odwiedziła. Odmówiła, ale kilka razy pomyślała, co by mogło być, gdyby jej mąż umarł na zawał albo zginął w wypadku. Czuła przy tym wstyd i podniecenie.

Usłyszała chrząknięcie i odwróciła się z lękiem. Stał w drzwiach i patrzył na nią przenikliwie. Zaczerwieniła się. Zauważyła przy tym, że i jemu wróciły silne kolory. - Widzę, Tadeusz, że ci już lepiej - uśmiechnęła się, chcąc pokryć zmieszanie.

Przytaknął, bo przecież nie mógł powiedzieć, że powtórne wciśnięcie ciała astralnego w zwłoki wymaga sporej energii, której efektem ubocznym jest ciepło. Więc powiedział tylko: - Pozwól, kochanie, że ja pozmywam, a ty sobie klapnij.

Przeczytaj też: "Chłopcy" pierwsza powieść Andrzeja Saramonowicza >>