Nie wiem zresztą, bo jej nie poznałem. Ale w tej piosence Staszewski opisał kilku naszych wspólnych znajomych. "Najpierw popatrz proszę, tu jest Nassau Avenue/ niedaleko stąd w dwupiętrowym domu/ mieszka Łukasz Bułka z "Nowego Dziennika"/ tu jest jak w domu, chociaż to Ameryka". Łukasz wrócił do kraju i teraz ja, a nie Natalia, jestem jego sąsiadem w Wilanowie. Natalia ponoć była w związku. Chłopak "nazywa się Raul i zajmuje się handlem/ drobnym, co sprzedaje to ona nie wie/ albo wiedzieć nie chce wcale a wcale/ Natalia w Brooklynie nigdy nie zginie/ Szczęść Boże całej naszej rodzinie". Otóż ja dobrze wiem, co sprzedaje Raul, bo nie raz robiłem u niego zakupy. To miły chłopak z Puerto Rico. W moich czasach mieszkał w artystycznej East Village na Manhattanie i wmawiał sąsiadom, że jest malarzem, co strasznie śmieszyło i jego, i mnie. Musiał jakoś maskować swój prawdziwy, intratny biznes. Natalia pewnie już nie mieszka na Greenpoincie, czyli w dawnym centrum polskiego dziadowa. Za drogo. Teraz to szpanerska, hipstersko-japiszońska dzielnica. Dziś mieszka tam Raul i jego klienci. Nowy Jork - gigantyczne lustro, w którym przegląda się świat, jest już zupełnie inny. Ale jedno jest w nim stałe i niezmienne: to miasto bez obcych. No bo jeśli wszyscy są obcy... Nie znaczy to oczywiście, że NY jest pozbawiony ludzi wyobcowanych.

Amy, Monica, Charli i Krisztof - bohaterowie sztuki Iwana Wyrypajewa "Nieznośnie długie objęcia", granej na deskach warszawskiego Teatru Powszechnego, to przedstawiciele współczesnego świata bez granic, których od Natalii w Brooklynie dzieli epoka. Polka, Serbka, Czech i Amerykanin to generacja, dla której Nowy Jork czy Berlin są niczym przystanki metra. Dzięki skurczeniu się świata i kulturze masowej są do siebie łudząco podobni - prowadzą życie tymczasowe, bez przywiązania do miejsc i adresów. Ich losy splatają się w realnej i nadrealnej rzeczywistości. Bo poza pokazaniem ironicznego portretu współczesnego, międzynarodowego rowerzysty wegetarianina z iPhone'em, Wyrypajew zmusza swych bohaterów do refleksji nad sprawami kardynalnymi: czym jest szczęście i czy we wszechświecie jest jakiś sens. To pomieszanie współczesnych seriali, psychoanalizy i metafizyki. Może brzmi to pretensjonalnie... Miałem wrażenie, że widzowie wychodzą z tej sztuki i zagłębiają się w swych smartfonach zupełnie bezradnie. Mistrzostwo "Objęć" polega na ascetycznej realizacji spektaklu i rewelacyjnych aktorach, którzy tak naprawdę niczego nie grają. Relacjonują, jakby "na żywo", w czasie teraźniejszym poczynania swych bohaterów.

Wróćmy jeszcze do Nowego Jorku. Ostatni raz byłem tam w 2009 r., w trakcie wielkiego giełdowego krachu i światowego kryzysu zapoczątkowanego na amerykańskim rynku nieruchomości. Liczne rozrywki, łącznie z zakupami u Raula, zapewniali mi koledzy robiący oszałamiającą karierę w amerykańskim sektorze bankowym. Humory były szampańskie, choć chwilę wcześniej upadł Lehman Brothers, jeden z największych banków inwestycyjnych. Za naszą zabawę płaciły banki ratowane przez federalne rezerwy. Who gives a fuck?! Ten upojny czas przypomniał mi film "The Big Short" Adama McKaya, w gwiazdorskiej obsadzie: Brad Pitt, Ryan Gosling, Christian Bale. Opowiada o sprawach, które w kinie cholernie trudno pokazać i wytłumaczyć. Już sam tytuł jest karkołomny. Po polsku ten finansowy instrument nazywa się "krótka sprzedaż". Najprościej rzecz ujmując, jest to odwrotność bankowego kredytu na zakup papierów wartościowych. Jeśli głęboko wierzymy, że akcje jakiejś spółki spadną na pysk i chcemy na tym zarobić, to zamiast pieniędzy pożyczamy od banku te właśnie akcje, by je sprzedać i odkupić później po znacznie niższej cenie. Tak właśnie robią bohaterowie "The Big Short", którzy odkrywają zbliżającą się katastrofę kredytów hipotecznych w Stanach. Stają się dzięki temu milionerami, ale to pyrrusowe zwycięstwo. Film McKaya jest w istocie opowieścią katastroficzną, dotyczącą glinianych nóg współczesnego kapitalizmu, Ameryki oraz świata.

Stany, choć odległe, niemal zmyślone, dla nas, Europejczyków, są rodzajem szklanej kuli, z której możemy się czegoś dowiedzieć o sobie. Myślę o tym z goryczą, czytając znakomitą książkę Katarzyny Surmiak-Domańskiej "Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość" . Składa się na nią krwista, reporterska podróż do Harrison w Arkansas, zwanego Klan Town, przeplatana esejem na temat historii i różnych kontekstów, w których działa ta upiorna organizacja. Z całości wyłania się obraz tzw. Pasa Biblijnego, czyli południowych stanów USA. Z perspektywy Nowego Jorku czy Bostonu - KKK, a raczej całe wieśniackie Południe - jawi się groteskowo i niepoważnie. Tymczasem kompleksy, religijny fanatyzm, teorie spiskowe, sprytnie podsycany strach i ksenofobia, opakowane w nowoczesny PR, są groźne jak dynamit. Wystarczy spojrzeć na poparcie Donalda Trumpa. Coś wam to przypomina? Boję się dalszych analogii.