Pod koniec lat 60. ubiegłego wieku były tylko cztery miejsca na świecie, gdzie można było pograć na komputerze: uniwersytet w Utah, Uniwersytet Stanforda w Kalifornii, Massachusetts Institute of Technology i jeszcze jedna uczelnia w Minnesocie. Nolan Bushnell w dzień studiował elektronikę w Utah, a całymi nocami grał w "Spacewars". To była jedna z pierwszych w historii gier komputerowych, zaprojektowana dla dwóch graczy, w której było trzeba zestrzelić pilotowany przez przeciwnika statek kosmiczny. Bardzo proste i bardzo prymitywne, ale "Spacewars" wkręciły Bushnella bez reszty.

Piwo? Nie, Pong!

Po uzyskaniu tytułu inżyniera zatrudnił się w firmie, gdzie mógł rozwijać pomysł stworzenia konsoli do gier. Chodziło o to, żeby walczyć statkami kosmicznymi na sprzęcie, który - w odróżnieniu od uniwersyteckiego komputera za 120 tysięcy dolarów - byłby powszechnie dostępny, stawiany w knajpach obok popularnych wówczas fliperów. Wrzuć do komputera ćwierćdolarówkę i zostań bohaterem gwiezdnych wojen! Firma wyprodukowała 1500 maszyn.

Prototypy zainstalowano w kampusie uniwersytetu Stanforda. Konsole Computer Space, mimo futurystycznego wyglądu, nie wzbudziły powszechnego zainteresowania. - Jasne, ja to kochałem, moi przyjaciele też kochali w to grać, ale my wszyscy byliśmy inżynierami. Gra okazała się zbyt skomplikowana dla gości pijących piwo w barze - tłumaczył po latach swoje pierwsze zawodowe niepowodzenie. Zanim rozpoczęło się grę, trzeba bowiem było przeczytać kilkustronnicową instrukcję wyjaśniającą, jak pilotować statek, jak działa grawitacja i jak skacze się w hiperprzestrzeń.

Po porażce z Computer Space Bushnell traci pracę i postanawia wraz z kolegą zainwestować po 250 dolarów we własną firmę. Nazwali ją Atari (słowo, oznaczające ?osiągnąć cel?, zaczerpnęli z japońskiej gry strategicznej).Pierwszą zatrudnioną osobą była sekretarka, której zadaniem było odbieranie telefonów i długie ich przekierowywanie. Chodziło o wzbudzenie w kontrahentach fałszywego przekonania, że Atari nie jest małą firmą garażową z udziałowcami jako jedynymi pracownikami. Potem doszedł jeszcze inżynier, któremu w ramach sprawdzenia kompetencji powierzono napisanie gry z udziałem dwóch pałeczek i jednej piłeczki. Tak zrodził się "Pong", komputerowy tenis stołowy.

logo z klasąfot. Roger Ressmeyer

To nie była pierwsza gra tego typu, ale pod okiem Bushnella wprowadzono nowatorskie rozwiązania, które czyniły grę trudniejszą. Piłka odbijała się pod różnym kątem, dodatkowo z każdym odbiciem jej prędkość wzrastała. Można było grać nie tylko w dwie osoby, ale też przeciw komputerowi. Pierwszą konsolę z "Pongiem" zainstalowano w pobliskim barze. Maszyna stanęła między fliperem a szafą grającą. Następnego ranka pod knajpą ustawiła się kolejka czekająca na otwarcie lokalu.

- Gdy otworzyłem, wszyscy pobiegli grać w "Ponga", nikt nic nie zamawiał. Pierwszy raz spotkałem się z czymś takim - opowiadał o przełomowym momencie w dziejach rozrywki barman z kalifornijskiego Sunnyvale. Wkrótce zainstalowana w Andy Capp's Tavern konsola przestała działać z powodu... nadmiaru wrzuconych ćwierćdolarówek.

Korposkręt

Do końca 1973 r. zamówiono w Atari 2500 konsoli Pong, w kolejnym roku już 8 tys. Wkrótce pierwszy automat do gier będzie dostępny niemal w każdym amerykańskim pubie. Jedna maszyna z "Pongiem" generowała dzienny przychód w wysokości 40-50 dolarów, spłacała się po 6 tygodniach. By podołać realizacji zamówień Bushnell musiał błyskawicznie zatrudnić nowych pracowników. Ściągnął ich z pobliskiego pośredniaka.

- Byli to głównie członkowie gangów motocyklowych i handlarze narkotyków - wspominał początki działalności. Bushnell zatrudniał niemal każdego, kto się pojawił w jego drzwiach. Na taśmie produkcyjnej pracowało się po 16 godzin. Poza wysoką dniówką robotnicy mogli za darmo pograć w "Ponga", a w piątki organizowano dla wszystkich całonocne popijawy. Atmosfera była gęsta od dymu palonej wszędzie marihuany. Przez to wszystko wydajność w fabryce spadła, a niezawodność maszyn zaczęła pozostawiać wiele do życzenia.

Panowała też plaga kradzieży. W końcu właściciele zwolnili większość osób, zatrudnili nowe, bardziej zwracając uwagę na życiorysy. Nie wprowadzono jednak zakazu używania narkotyków ani nie zrezygnowano z całonocnych balang. Gandzia i impreza stały się elementem korporacyjnej kultury Atari.Pracownicy fizyczni nie mogli narzekać na warunki pracy, ale to inżynierowie byli traktowani przez Bushnella jak bogowie. Każdy miał swój prywatny gabinet, co nie było standardem w innych firmach. Zatrudniono im najseksowniejsze sekretarki. Do dyspozycji pracowników umysłowych była sauna.

- Wszyscy mieliśmy około trzydziestki. Czy paliliśmy jointy podczas roboczych spotkań? Oczywiście. Czy robiliśmy niezapomniane, najlepsze imprezy? Raczej tak. Czy byliśmy najciężej pracującym przedsiębiorstwem na świecie? Prawdopodobnie to również jest prawdą - powiedział w jednym z wywiadów założyciel Atari, pytany o specyfikę pracy w jego firmie.

Ale Bushnell miał też wysokie wymagania. Wkrótce po sukcesie "Ponga" okazało się, że 2/3 konsol zostało wprowadzonych na rynek przez konkurencję. Właściciele Atari nie zaprzątali sobie głowy kwestią praw autorskich i zabezpieczeniem produktu patentami. Bushnell uważał, że w wyścigu z konkurencją wygra kreatywnością i innowacyjnością. Powtarzał przy każdej okazji: pracuj mądrze, nie dużo.

Każdego miesiąca inżynierowie z Sunnyvale wypuszczali na rynek nową grę. Jeden z nich wspominał: - Pierwszego dnia w pracy usłyszałem od szefa: "Jesteś projektantem gier, zaprojektuj jakąś". To były wszystkie jego wskazówki.

Tato, kup mi fabrykę gier

Nic dziwnego, że ambitny i niepokorny młody Steve Jobs jako pierwsze miejsce pracy wybrał sobie właśnie Atari. Niektórzy narzekali, że Jobs się nie myje i śmierdzi, inni po prostu brali go za idiotę i nie ukrywali tego. Młodemu talentowi powierzono do opracowania "Breakout" - kolejny wielki hit: rozwalanie cegiełek za pomocą piłeczki odbijanej paletką. Jobs wraz z swoim przyjacielem Steve'em Wozniakiem (z którym później założy Apple) zredukował liczbę układów scalonych w automacie do gry, dzięki czemu Atari zaoszczędziło setki tysięcy dolarów.

Inny inżynier zaprezentował układ, który umożliwiał podpięcie konsoli do telewizora. Ten wielki krok w ewolucji gier komputerowych wykonała jako pierwsza firma Magnavox, sprzedając kilka miesięcy wcześniej 85 tys. konsol Odyssey. Tym razem Bushnell nie był pionierem, ale ponownie chciał zaskoczyć rynek. Podczas gdy wszyscy wystawcy biorący udział w nowojorskich targach zabawek prezentowali swoje prototypy za zamkniętymi drzwiami, zapraszając na pokazy wybranych kontrahentów, Atari wystawiło Home Pong na środku stoiska.

Niczego przed nikim nie ukrywali. W ciągu pierwszego roku sprzedał 150 tysięcy domowych konsol.Ten sukces zainspirował innych. Po roku na rynku pojawiło się już 76 firm. Przychód z automatów do gier mocno spadł, ludzie kupowali konsole do domów, a te szybko się nudziły, bo większość z nich oferowała możliwość grania tylko na jednej grze. Bushnell znów chciał wyprzedzić konkurencję, wprowadzając do sprzedaży połączenie konsoli i komputera osobistego (VCS - Video Computer System, prototyp popularnego Atari 2600). Potrzebne były duże pieniądze.

W tym samym czasie koncern medialny Warner szukał możliwości zainwestowania w szybko rozwijający się nowy rynek gier komputerowych. Atari miało największy potencjał, poza tym syn prezesa koncernu był fanem Indy 800, symulatora stworzonego przez inżynierów z Sunnyvale.  Warner zapłacił za firmę 28 milionów dolarów (po kilku latach zaczęła generować przychód rzędu 2 miliardów dolarów rocznie. Do czasów Facebooka było to najszybciej zyskujące na wartości przedsiębiorstwo w historii).

Pokój, bracie

Mimo zainwestowanych 100 milionów dolarów, VCS nie sprzedawało się najlepiej. Między nowymi właścicielami a założycielem dochodziło do spięć. Nikt nie chciał zaakceptować faktu, że rynek konsol po prostu się nasycił. - Warner popełnił całą serię błędów - wspomina po latach Bushnell. - Chcieliśmy na przykład umożliwić wspólne granie za pomocą telefonu, ale Warner nie umiał sobie wyobrazić ludzi, którzy grają ze sobą, nie widząc siebie. To śmieszne, mogłem mieć cały internet w swoim ręku.

logo z klasąfot. Roger Ressmeyer

Ostatecznie Bushnell pożegnał się z Atari. Stworzył sieć restauracji Pizza Time Theater, których głównym atutem było nie jedzenie, ale automaty do gier. W kilka lat powstało ponad 200 lokali. Inwestował w mniej lub bardziej dochodowe pomysły (m.in. pierwszy na świecie system nawigacji samochodowej). W tym samym czasie Atari wypuściło domowy hit wszech czasów "Pac-Mana" i rozwijało sprzedaż komputerów osobistych, by w końcu lat 80. nie podołać konkurencji ze strony komputerów PC.

Dzisiaj Bushnell, mimo skończonych 70 lat, nadal jest maniakiem gier komputerowych. Kilka lat temu powrócił do pomysłu knajp, w których główną atrakcją byłaby możliwość wspólnego grania na maszynach, gdyż głęboko wierzy, że gry są czynnikiem budującym więzi społeczne. - Znam setki par, które poznały się dzięki wspólnemu graniu w "Ponga" - głosił. Mimo szczerych chęci pomysł nie wypalił.

Patrząc na to, co stało się ze stworzonym przez siebie biznesem, nie potrafi zaakceptować jednej rzeczy. Ostro krytykuje brutalne gry. Nie podoba mu się przemoc, która wkroczyła do wirtualnego świata. - W Atari pozwalaliśmy sobie na strzelanie do czołgu, ale nigdy do człowieka - tłumaczy. Głęboko wierzy, że świat gier może zmieniać człowieka na lepsze. Teraz rozwija przedsiębiorstwo, którego ambitnym celem jest zrewolucjonizowanie nauki: wierząc, że wiedza jest łatwiej przyswajalna w czasie zabawy, chce zastąpić szkolne podręczniki interaktywnymi grami.