Na imię ma Huey. I potrafi być wrednym sukinkotem. Choć tak naprawdę wcale nie istnieje. Imię Huey australijscy żeglarze nadali żartobliwie swojemu bogowi pogody. Jak Eol w starożytnej Grecji, tak Huey na antypodach odpowiada za wiatr, mgłę i gradobicie. Również za to, co w tej chwili dopadło uczestników regat Sydney-Hobart.

Nie minęła nawet doba od startu, kiedy na potężnym jachcie ?Sayonara? jego właściciel, amerykański milioner Larry Ellison, schodzi pod pokład. Morze uspokoiło się właśnie nieco i Ellison chce się upewnić, że sztorm mają za sobą. Siada przy nawigatorze Marku Rudigerze, który na ekranie komputera pokładowego przygląda się dziwnym wzorkom zdjęć satelitarnych. Wygląda na to, że spokojne morze wokół jachtu to tylko niewielki obszar w sercu spirali chmur obejmującej ogromny kawał morza na południe od Australii. - Widziałeś kiedyś coś takiego? - pyta nawigatora Ellison. - Tak, na kanale Weather TV, kiedy pokazywali huragan Helen - odpowiada ogłupiały Rudiger. - Jesteśmy pośrodku pieprzonego huraganu!

W czasie kiedy żeglarze ?Sayonary? mają odrobinę spokoju, na ?AFR Midnight Rambler? trwa walka z Hueyem. Uczestnicy regat Sydney-Hobart przyzwyczajeni są do trudnych warunków. Porywisty wiatr i potężne fale to stały element wyścigu, zwłaszcza w Cieśninie Bassa, oddzielającej Australię od Tasmanii. Żeglarze nazywają ją pralką, bo woda wiruje tam we wszystkich kierunkach i nie sposób przewidzieć prądów. W dodatku cieśnina jest bardzo płytka, więc potężne oceaniczne fale wzbierają w niej i robią się strome jak w surferskim spocie. To dlatego Sydney-Hobart nazywa się żeglarskim Mount Everestem. Normalka.

Nie tym razem. Ed Psaltis, skipper ?Ramblera?, zna ten akwen jak własną kieszeń, ale czegoś takiego jeszcze nie widział. Wiatr wieje ze średnią prędkością 60 węzłów, w porywach sięga nawet do 75! To prawie 140 km/h, skala Beauforta nie przewiduje takiego pandemonium. 
Fale wzbierają do 25 metrów wysokości, całe morze pokryte jest białą pianą, a w powietrzu unosi się nieprzenikniona mgiełka rozbryzgów. Prawdziwe białe piekło na wodzie.

?Rambler? jest łupinką dwukrotnie mniejszą od ?Sayonary?, a na pokładzie nie ma najlepszych i najdroższych żeglarzy świata, na których stać Ellisona. Ale Psaltis płynie z przyjaciółmi, którym ufa jak samemu sobie. Prawie wszyscy pochowali się pod pokładem, gdzie czują się ?jak w środku kotła na koncercie symfonicznym?. Lecz jeden z nich stoi teraz przed Edem i chroni go przed siekącym jak lodowe szpikulce deszczem. Służy też jako obserwator. Usiłuje przebić wzrokiem mgłę i kiedy dostrzeże wodę unoszącą się szczególnie wysoko, ryczy do sternika: - Zła fala!

Wtedy Psaltis wychyla się zza pleców partnera i próbuje ustawić jacht pod odpowiednim kątem do fali, dokładnie 60 stopni. Tylko ten sposób gwarantuje zachowanie kontroli nad łodzią. I choć ?Midnight Rambler? miota się na wodzie, wspina na szczyty fal i spada z nich dwadzieścia metrów, generalnie trzyma pion i powoli - acz nieubłaganie - płynie w stronę Hobart.

Na ?Sword of Orion? sytuacja wygląda zgoła inaczej. Załoga nie jest tak zgrana. To zawodowi najemnicy, podobnie jak na ?Sayonarze?. W dodatku właściciel i skipper Rob Kothe nie ma odpowiedniego doświadczenia. Kiedy warunki robią się ekstremalne, załoga popada w konflikt. Główny sternik Steve Kulmar chce szukać schronienia, Kothe nalega, by płynąć ku mecie. Przy sterze staje Brytyjczyk Glyn Charles. Zmienia kurs, płynie na północ, w kierunku brzegów Australii i miejscowości - nomen omen - Eden. I to jego wielki błąd. ?Sword of Orion? ustawia się w ten sposób tyłem do fal i jest całkowicie zdany na ich łaskę. Pozostali członkowie załogi chcą odsunąć Charlesa od steru, ale on wykończony  chorobą morską zachowuje się, jakby był w transie.

Nagle z prędkością 35 węzłów (szybciej niż pływa się na nartach wodnych) nadciąga ściana wody. Chwyta jacht za rufę i wściekle rzuca nim w dół. Łódź spada na bok, uderzając masztem o powierzchnię. Po chwili kolejna fala obraca ?Sword of Orion? o 360 stopni. Dags Senogles, który był z Charlesem na pokładzie, ląduje w wodzie, na szczęście połączony uprzężą z jachtem. Udaje mu się z powrotem wdrapać na pokład i z przerażeniem przekonuje się, że jest na wraku. Maszt złamany, bom wyrwany, kokpit wciśnięty w kadłub, koło sterowe strzaskane.

Najgorsze jest jednak to, że uprząż Charlesa pływa swobodnie za burtą. Senogles rozgląda się i dostrzega sternika około 30 m za rufą. - Płyń, Charles, płyń do mnie - wrzeszczy, usiłując przekrzyczeć świst wiatru. Anglik próbuje płynąć, ale jest chyba kontuzjowany i ledwo unosi ręce nad wodę. Jacht oddala się coraz szybciej. Dags szuka jakiejś liny, chce się przywiązać do łodzi i wypłynąć Charlesowi naprzeciw. Kiedy w końcu znajduje ją, następna fala uderza w ?Sword of Orion?, oddalając jacht o kolejnych 100 m od człowieka za burtą. Anglik idzie pod wodę, by po chwili się wynurzyć. I jeszcze raz. Kiedy za trzecim razem zniknie pod powierzchnią, już więcej nie wypłynie.

Za dwa dni ?Sayonara? jako pierwszy jacht przekroczy metę w Hobart. Puchar Tattersalls, dla najlepszej załogi po uwzględnieniu handicapów (wynikających z różnych rozmiarów łodzi) powędruje do Psaltisa i jego kolegów z ?AFR Midnight Rambler?. Na 115 jachtów, które wystartowały z Sydney, Huey zaledwie jednej trzeciej pozwoli dopłynąć na Tasmanię. Ciało Glyna Charlesa nigdy nie zostanie odnalezione. Śmierć jego i pięciu innych żeglarzy sprawi, że 54. regaty Sydney-Hobart zapiszą się jako najbardziej tragiczne w całej historii wyścigu. 

Larry Żeglarz

Właściciel ?Sayonary? Larry Ellison stał się bogaczem, kiedy w 1986 r. na giełdę trafiła jego firma produkująca software - Oracle. Początkowo chciał kupić baseballistów New York Yankees. Zrezygnował, bo nie mógłby grać w zespole. Z żeglarstwem było inaczej - kupował jacht, mianował się skipperem i dobierał sobie załogę wedle uznania.