Władisław Trietjak nonszalancko odbija krążek przed siebie. Jego koledzy z obrony nawet nie obracają się w stronę czarnego walca. Na lodowisku jest tylko jeden zainteresowany nim facet. Mark Johnson dopada do krążka, mija radzieckiego bramkarza i trafia do pustej bramki na sekundę przed syreną. 2:2!

Tak słaba postawa Trietjaka zaskakuje. To jeden z najlepszych bramkarzy w historii. Gwiazda drużyny, która od lat dominuje w amatorskim hokeju. Złoty medal olimpijski zdobywają Sowieci nieprzerwanie od 16 lat, na kolejnych igrzyskach w Innsbrucku, Grenoble, Sapporo i - znów - w Innsbrucku. W tym czasie przegrali tylko jeden mecz, z Czechosłowacją.

Ostatnią wpadkę medalową zaliczyli na amerykańskiej ziemi, w 1960 r. w Squaw Valley. Teraz znów grają w USA, w Lake Placid, ale porażki nikt się nie spodziewa. Zespół w czerwonych strojach to tytani. Trietjak, Michajłow, Charłamow, Fietisow i inni pod wodzą Wiktora Tichonowa zdobyli przed rokiem mistrzostwo świata i Europy. Naprzeciw nich w niebiesko-biało-czerwonych kompletach grają dzieciaki z amerykańskich uniwersytetów, zawodnicy średnio o 5 lat młodsi.

Profesjonalistom z NHL nie wolno wszak występować na olimpiadzie. A nawet gdyby mogli, niekoniecznie daliby radę. Przede wszystkim w lidze zawodowej największe gwiazdy to Kanadyjczycy i Szwedzi. Po drugie, Sowieci rozjechali ich rok temu 6:0. Podobną demolkę zrobili dwa tygodnie przed igrzyskami amatorom z reprezentacji olimpijskiej. W pokazowym meczu w Nowym Jorku ZSRR wygrał z USA 10:3. Dlatego nikt w hali w Lake Placid nie robi sobie specjalnych nadziei, choć Amerykanom w poprzedniej fazie rozgrywek szło nieźle i wyszli z grupy na drugim miejscu, gubiąc punkty tylko w remisie ze Szwecją.
Sowieci w grupie wygrali wszystkie swoje mecze i każdy inny wynik niż zwycięstwo będzie dla nich tragedią.

Cud na lodzie 22.02.1988 (Stopklatka)fot. AP

Wściekły na swego bramkarza Tichonow zdejmuje Trietjaka i wpuszcza na lodowisko Władimira Myszkina. Wszyscy są przekonani, że Myszkin ma tylko dograć brakującą sekundę pierwszej tercji, ale po przerwie na lód znów wyjeżdża on, ulubieniec kagiebistów z Dynama, zamiast Trietjaka, pupila wojskowych z CSKA Moskwa.

Koledzy ze Sbornej nie rozumieją decyzji trenera. Zwłaszcza że Trietjak - o czym wszyscy wiedzą - po wpuszczonych z własnej winy golach zawsze spręża się i gra jeszcze lepiej. Tichonow spanikował, myślą. W radzieckie szeregi wkrada się nerwowość.
Druga tercja to dobry moment, żeby tej niepewności się pozbyć. Sowieci całkowicie dominują na lodowisku. Oddają aż 12 strzałów, ale bramkarz Jim Craig broni jak natchniony, wpuszczając tylko jednego gola. Jego koledzy zaledwie dwa razy zagrażają bramce Myszkina. Bez powodzenia.

Za to w trzeciej tercji zaczyna się robić ciekawie. Na ławce kar za grę wysoko uniesionym kijem siada Władimir Krutow. Grając dwie minuty w przewadze, Amerykanie oblegają radziecką bramkę, ale rywale bronią się zaciekle. Osiem sekund przed końcem kary dla Krutowa Dave Silk podaje do Johnsona i ten zdobywa swojego drugiego gola. Wściekły Siergiej Starikow wali kijem w lód. Remis. 3:3!

Spokojna do tej pory hala eksploduje radością. Amerykanie łakną sukcesu jak kania dżdżu. Ekonomia leci na łeb na szyję, ceny benzyny - wręcz przeciwnie. Irańscy rewolucjoniści od miesięcy przetrzymują zakładników w amerykańskiej ambasadzie w Teheranie. Sowieci panoszą się w Afganistanie i nic sobie nie robią z ultimatum prezydenta Cartera, który miesiąc temu ogłosił, że jeśli nie wycofają wojsk, USA zbojkotuje letnią olimpiadę w Moskwie (zacznie się za cztery miesiące).

Niesieni ogłuszającym dopingiem amatorzy z teamu USA, grają jak natchnieni. Półtorej minuty później Dave Christian podaje do Buzza Schneidera. Ten strzela, broni Myszkin. Krążek przejmuje Tatar Zinetuła Bilialetdinow, ale przy bandzie atakuje go bodiczkiem John Harrington. Krążek trafia do Marka Pavelicha, a ten wywracając się, podaje jeszcze do Mike'a Eruzione. Kapitan amerykańskiej drużyny trafia do bramki obok prawego parkanu Myszkina. W hali ekstaza. 4:3. Tylko trener Herb Brooks, elegant w musztardowej marynarce i kraciastych spodniach, choć z uśmiechem na twarzy, zerka nerwowo na zegar nad lodowiskiem. Do końca zostało równo 10 minut.

Zaczyna się radzieckie oblężenie. Malcew dwa razy trafia w słupek. Craig broni strzał Golikowa. Morrow rzuca się na lód, podbrzuszem blokując strzał Fietisowa. Amerykanie ledwo są w stanie wyjść z własnej tercji, ale nie tracą gola.

- Grajcie swoje, play your game - uspokaja Brooks.

Kiedy na zegarze pozostaje niecała minuta, publiczność szaleje. Napór Sowietów nie słabnie, jednak Amerykanie zaczynają wierzyć w triumf. Dla telewizji ABC całość komentuje Al Michaels, ale nikt go jeszcze nie słyszy, bo wydarzenie zostanie pokazane z odtworzenia. Na żywo mecz mogą oglądać tylko mieszkańcy terenów przy granicy, którzy odbierają telewizję kanadyjską.
Michaels nie kryje ekscytacji: - Jedenaście sekund... Dziesięć sekund. Zaczęło się odliczanie. Morrow, do Silka. Zostało pięć sekund. Czy wierzycie w cuda? TAAAK!

Cud na lodzie 22.02.1988 (Stopklatka)fot. AP

Dwie sekundy przed końcem meczu na lodowisko wjeżdża cała drużyna USA. Bramkarz Craig, bohater zespołu, znika pod obściskującymi go kolegami. Rosjanie stoją jak kołki, nie wierząc w to, co właśnie się stało.

A stał się cud, prawdziwy cud na lodzie. Dawid pokonał Goliata. Niedoceniani Amerykanie za dwa dni pokonają jeszcze Finów i po 20 latach odbiorą Związkowi Radzieckiemu najwyższy stopień na podium olimpijskim.