Jeździłem już zimą terenówkami z napędem 4x4, to i teraz dam sobie radę. Kaszka z mlekiem.

Tak sobie myślałem, jadąc do Konstancina-Jeziorny, gdzie spółka Mistrzowie Imprez organizuje m.in. przejażdżki monster truckami.

Mina mi jednak zrzedła, gdy w szczerym polu zobaczyłem potwora, z którym miałem zmierzyć się tym razem. Biały, z ogromnymi czarnymi kołami (z racji koloru i gabarytów natychmiast ochrzciłem go Moby Dick), rósł mi w oczach z każdym przybliżającym mnie do niego krokiem.

Gdy stanąłem obok, okazało się, że koła (160 cm) były tylko nieco niższe niż ja. Czepiając się kurczowo drzwi, wdrapuję się najpierw na koło, a potem wciągam się do środka. Wnętrze kabiny obiecuje, że będzie hardcorowo.

Wielka fajera kierownicy, kanapa, dźwignia zmiany biegów. I to wszystko. Dla miłośników luksusu zostały elektryczne szyby i radio. Nie będę go słuchał, bo po włączeniu silnika i tak niewiele słychać. Nie żałuję, bo Krzysztof, mój instruktor, mówi mi właśnie, co powinienem robić, a czego pod żadnym pozorem nie.

Zaczynamy od nauki wrzucania biegów. Wielka stalowa wajcha, wystająca z podłogi, i skrzynia biegów, w której wbija się biegi jak w dobrych, starych ciężarówkach, przypominają mi, że mam do czynienia ze szczególnym pojazdem.

Następny do raju

Ostrożnie ruszam po zaśnieżonym polu w stronę toru przeszkód. ?Moby? bez trudu radzi sobie z zamarzniętymi bruzdami. Siedzę tak wysoko, że na boki widzę wszystko w promieniu dobrych kilkuset metrów.

Tak jakbym płynął statkiem, a nie jechał samochodem. Nie widzę za to nic przed sobą. Krzysiek radzi mi, bym nauczył się wyglądać przez okno (przydadzą się elektryczne szyby), by zobaczyć, w co lub na co wjeżdżam. Tor wygląda jak pole bitwy po ciężkim ostrzale artyleryjskim.

Zaczynamy od pierwszej przeszkody. Mam przejechać bokiem po wielkim ziemnym nasypie. Wygląda na dość stromy. Krzysztof potakuje: taki jest w rzeczywistości, więc jadę, a właściwie pełznę.

Czuję, że samochód zaczyna się przechylać na lewy bok, ale brnę dalej. Krzysiek krzyczy: ?Patrz na koło, bo się przewrócimy?. Nie trzeba mi dwa razy powtarzać. Wychylam się przez okno i widzę, że nie jadę już w koleinie, a ziemia coraz bardziej zbliża się do moich drzwi. Kręcę z całej siły kierownicą w prawo, koło wraca do koleiny.

Uff, udało się, przejeżdżamy. Teraz doceniam to, że skok zawieszenia, czyli maksymalna różnica poziomów, jaka może dzielić skrajne koła, wynosi aż 120 cm. Czuję, że się spociłem ze strachu, więc kolejnej przeszkodzie przyglądam się z respektem. To?dwa strome pagórki przedzielone małym, skutym lodem jeziorkiem.

Pytam Krzyśka, czy będzie głęboko. Podpowiada mi, jak mam jechać. Ustawiam się pod kątem prostym do podjazdu. Włączam wszystkie możliwe blokady kół (?Moby Dick? ma oddzielne pneumatyczne blokady obu osi), ?zapinam? pierwszy bieg, puszczam sprzęgło, i gaz do dechy.

Pełzniemy w górę, silnik wyje, przed oczami stają bohaterowie powieści Marka Hłaski ?Następny do raju?, którzy ginęli, jeden po drugim, wożąc ciężarówkami drewno w Bieszczadach. Chwila rozkojarzenia mści się natychmiast. Samochód zsuwa się do tyłu, a ja nic nie mogę zrobić. I tak kilka razy z rzędu.

Kiedy już mi się wydaje, że udało się osiągnąć szczyt, okazuje się, że wcale tak nie jest, i jadę w dół. Wreszcie coś łapię, bo za czwartym razem docieram do krawędzi wzniesienia i zjeżdżam. Krzysztof krzyczy, żebym nie hamował gwałtownie, bo zsuniemy się bokiem. Robię, co mi każe, bo nie palę się do kąpieli w lodowatej wodzie.

Nawet cieszy, że nie widzę, a tylko czuję, że wjeżdżamy w wodę. Potem jeszcze powtórka, czyli podjazd z kałuży na szczyt i jestem w domu. Teraz już ufam wielorybowi.

Teraz naprawdę się boję

Jeździmy jeszcze kilkanaście minut po całym torze, a potem kierujemy się w stronę pobliskiej Wisły. Jedziemy normalną, asfaltową drogą. Pojazd zajmuje prawie całą szerokość jezdni, więc uprzejmie zjeżdżam na pobocze, by?przepuścić nadjeżdżające samochody.

Widzę, że ich pasażerowie gapią się na nas z zaskoczeniem. Z niedowierzaniem słucham opowieści Krzyśka, że jechał tym potworem 90 km/h, bo mnie prędkość 20 km/h, z którą się poruszamy, i tak wydaje się za duża. Do dłuższych wycieczek zniechęca też zużycie paliwa. Lekko licząc, jakieś 30 l na każde 100 km.

Pytam Krzyśka o historię samochodu. Razem z szefem firmy Marcinem sprowadzili z Florydy pikapa Forda F150. To jeden z modeli najchętniej przerabianych na monster trucki. Zamontowali do niego (a?może odwrotnie) silnik i zawieszenie z produkowanej w dawnej NRD wojskowej ciężarówki IFA, która słynie z wyjątkowej trwałości.

Felgi przyjechały z Czech, a opony z Ukrainy. Takie małe samochodowe RWPG z amerykańskim wkładem. Tyrali sami przy tym pojeździe po 12 godzin na dobę przez pół roku. Całość spisuje się tak dobrze, że mimo rozlicznych przygód i katowania przez takich jak ja mało doświadczonych kierowców samochód nie zawodzi.

Raz nawet wpadł do Wisły, tak że woda była ponad maską, i wyjechał o własnych siłach. Opowieści o technicznej sprawności ?Moby'ego? podnoszą mnie na duchu, ale kiedy docieramy do wału przeciwpowodziowego, pewność siebie mija.

To na nim Albert, nasz fotograf, wymarzył sobie zrobienie tego jedynego, najlepszego zdjęcia. Tyle że na tę niemal pionową ścianę mam wjechać ja. Zbieram do kupy wszystkie świeżo nabyte umiejętności. Tym razem naprawdę się boję. Nie wiem, co jest po drugiej stronie, poza tym, że czai się tam fotograf i mogę mu zrobić krzywdę.

Żegnam się dyskretnie, rozpędzam wieloryba i wpadam na ściankę. Z całego przejazdu najlepiej zapamiętałem widok wycelowanej w niebo długiej białej maski na szczycie i ulgę, którą poczułem po zjeździe. Nie zabiłem. Ani Alberta, ani siebie. Przejechałem za pierwszym razem...

 

Siedzę tak wysoko, że na boki widzę wszystko w promieniu dobrych kilkuset metrów.fot. Albert Zawada (montaż)

 

Ideał na Polskie drogi

Jak idzie biznes? Marcin i Krzysiek nie narzekają. Monster trucki są u nas ciągle wielką atrakcją. W sezonie jeżdżą po kraju i wszędzie pojawienie się ich potwora budzi sensację. Często biorą udział w pokazach niszczenia samochodów.

To jedna z najbardziej popularnych konkurencji. Auto po prostu jedzie po zaparkowanych samochodach. ?Mój? monster rozjechał kiedyś aż 16. Najgorzej szło z polonezami. Za to trabanty można zbierać łopatą.

Żegnam się z gospodarzami i ?Moby Dickiem?. Dziwnie się czuję, wsiadając do normalnego auta. Czy aby się nie skurczyło? Jak się głębiej zastanowić, monster truck może być idealny na nasze drogi. Wjedzie wszędzie, a nawet najbardziej szalony przedstawiciel handlowy nie będzie próbował na nim wymusić pierwszeństwa.

No i pomyślcie, co może zrobić właściciel potwora, którego ktoś nieroztropnie zastawił na parkingu?

Potwór Mistrzów Imprez:

Nadwozie:  Ford F150

Rocznik 1993

Wysokość: 3,5 m

Długość: 6 m

Szerokość: 2,8 m

Ciężar: 5000 kg

Napęd: 4x4

Blokady: mostów i skrzyni

Wspomaganie: hydrauliczne z siłownikiem

Dopuszczalna liczba pasażerów: 12 osób

V-max.: 100 km/h