Maciej Kabsch: Za chwilę wyruszasz do Iranu. Chcesz przejść pieszo góry Zagros - od stóp Kaukazu, aż do brzegów Zatoki Perskiej. Plan dość nietypowy... Nie starczają ci, tak jak "zwykłym" turystom, dwa tygodnie w roku łażenia po Tatrach?

Łukasz Supergan: Ja ogólnie dużo chodzę. Pierwsze wędrówki odbywałem już, kiedy miałem kilka lat. Podejrzewam, że dziś moja rodzina trochę przeklina fakt, że mnie wtedy tą pasją zaraziła. Powiedzmy, że obecnie interesuje mnie jej wersja trochę bardziej...

...ekstremalną? Skąd ci się to wzięło?

- Moją pierwszą poważniejszą wyprawą było przejście Łuku Karpat, od południowej Rumunii do zachodniej Słowacji. Było to dla mnie wtedy coś rzeczywiście ekstremalnego: 2 tys. km, ciężki bagaż. Obsługi kompasu nauczyłem się dopiero po kilkukrotnym zgubieniu się w tych górach. I udało się.

Napisałeś nawet o tej wyprawie książkę. Ale powiedz, co ciebie tak cieszy w samotnym maszerowaniu po górach przez kilka miesięcy? Możliwość poznania tubylców, rozmyślania o życiu...?

- To wszystko prawda, ale dla mnie na początku to miał być przede wszystkim wyczyn. Chęć sprawdzenia się. Wcześniej nawet nie jeździłem na Wschód, poza małym wypadem na Ukrainę. I pewnego razu przeglądając atlas popatrzyłem na Łuk Karpat i stwierdziłem: przejdę go. Do czego mi to było potrzebne? Nie wiem.

Po powrocie byłem tak wymęczony, że obiecałem dziewczynie i bliskim, że nigdy więcej czegoś podobnego nie zrobię - od tej pory będę grzecznym turystą latającym czarterem do Egiptu.

Widzę, że długo trwałeś w postanowieniu. Gdzie zaczynasz ekspedycję w góry Zagros?

- Wybrałem na start miasto Tabriz. To dość spore miasto na północnym zachodzie Iranu, w pobliżu Armenii. Główny łańcuch gór Zagros prowadzi stąd na południowy wschód, aż do cieśniny Ormuz, która oddziela Zatokę Perską od Oceanu Indyjskiego. Na punkt końcowy marszu wybrałem sobie leżące nad cieśniną miasto Bandar Abbas, które bardzo mi się spodobało, gdy ostatnim razem odwiedzałem Iran. 

Podejrzewam, że najbardziej skomplikowana będzie logistyka wędrówki, ponieważ większość trasy wiedzie przez tereny pustynne. Jest mało ludzkich osad i bardzo ostry klimat.

Zapowiada się nieco ostrzejsza wyprawa niż przejście Łuku Karpat.

- Cóż, w tej chwili, na parę tygodni przed podróżą, moją głowę zaprzątają głównie takie kwestie, jak ile nieść bagażu i jaką jego część powinny stanowić bukłaki wody. Wezmę chyba 6 kg rzeczy plus 15 litrów wody w bukłakach, co pozwoli mi wędrować do najbliższej studni przez 4 dni.

Przechodziłeś już duże dystanse na pustyni?

- W Libanie chodziłem po górach o takiej samej nazwie, jak ten kraj. W porze suchej, więc były suche jak pieprz. Jednak tamte wędrówki były znacznie krótsze niż przejście Iranu.

Aha...

- W wyższych partiach gór Zagros może uda mi się znaleźć trochę zeszłorocznego śniegu - ze względu na ogólny deficyt wody, na pewno mnie to ucieszy. Będę musiał się za to zaaklimatyzować, bo mówimy o szlakach biegnących czasem na 4 tys. metrów - trochę wyżej niż te w górach Liban i w Karpatach.

Bierzesz raki, sprzęt wspinaczkowy?

- Nie, nie planuję zdobywać trudnych szczytów i przełęczy, choć chciałbym wejść na Zard-Kuch, najwyższy wierzchołek Zagrosu, na ponad 4500 metrów. Cel wyprawy to cieśnina Ormuz i chciałbym tam iść możliwie na lekko.

A jaki jest bardziej ogólny cel wyprawy?

- Cele są dwa. Pierwszy jest wyczynowy, czy jakby powiedzieli himalaiści - sportowy, ale dla mnie to będzie osobisty wyczyn. Taki osobisty test. 

Ale jest także drugi cel: chcę w czasie tej wyprawy zrobić dobrą dokumentację na temat zamieszkujących góry Zagros narodowości i ich kultur. Warto to zrobić, bo nawet ciężko jest o nich znaleźć dokładniejsze informacje w internecie, zwłaszcza w języku polskim. 

Na pierwszych odcinkach trasy będę za pewne spotykał irańskich Azerów i Kurdów, na południu społeczności, w których w bardzo ciekawy sposób mieszają się wpływy arabskie i indyjskie, a cały środek łańcucha Zagros zamieszkuje istna mozaika narodowości. Są to bardzo często pasterze, którzy prowadzą koczowniczy tryb życia. Mam nadzieję, że uda mi się z zebranych materiałów zrobić przynajmniej jakąś fajną wystawę fotograficzną w warszawskim Muzeum Azji i Pacyfiku, które objęło patronat nad moją wyprawą.

Jak się dogadasz z miejscowymi góralami?

- To może być mały problem. Perski jest dla Europejczyka dość trudny, znam tylko kilka zwrotów. Ostatnim razem w Iranie, w miastach, zaskakująco często udawało mi się dogadać po angielsku, ale pasterze z gór to najczęściej koczownicze społeczności, należące do mniejszości etnicznych. Podejrzewam, że najczęściej będzie można się z nimi porozumiewać tylko w oficjalnym języku Iranu, a więc muszę się go jeszcze poduczyć...

Pomimo antypatii do amerykańskiego Wielkiego Szatana angielski jest w Iranie popularny?

- Wiesz, jak to często bywa w autorytarnych państwach: władza swoje, ludzie swoje. Będąc ostatni razem w Iranie odniosłem wrażenie, że prawie każdy ma tam piracką antenę satelitarną, aby zrównoważyć to, co nadaje państwowa propaganda wiadomościami z BBC i CNN. Trochę tak, jak się w PRL słuchało się radia Wolna Europa. Z polskimi latami 80-tymi widziałem tam też taką analogię, że większość ludzi, z którymi rozmawiałem dobrze wiedziała, że ich system polityczny trzeba zmienić, bardzo nie lubili władzy, ale na obecnym etapie nie mają jeszcze takiej możliwości.

Mimo wszystko oficjalny Iran demokratycznym ani szczególnie przyjaznym Zachodowi państwem nie jest. Nie boisz się, że pewnego razu dotrzesz do miejsca, w którym np. Europejczyków nie lubią?

- Niee, takich miejsc na Bliskim Wschodzie - poza regionami kontrolowanymi przez jakichś bandytów - tak naprawdę nie ma. Wielu Europejczyków boi się tam jechać, bo wciąż słyszy o terrorystach i dyktaturach. Ale paradoksalnie, gdy dany kraj jest dyktaturą, ludzie okazują się często zaskakująco gościnni. Wiele razy tego doświadczyłem. Na Bliskim Wschodzie leżą państwa z długą tradycją wielokulturowości, gdzie przez wieki spokojnie żyli również Żydzi i chrześcijanie. Pamiętaj, że czymś zupełnie innym jest zachowanie obywateli danego kraju, a czym innym jego władza.

Poza tym, może zabrzmi to brutalnie, ale władza w tego typu krajach najczęściej jest inaczej nastawiona do swoich, a inaczej do cudzoziemców. Sam Iran nie jest państwem totalitarnym czy dyktaturą, ale fasadową demokracją, jak np. Rosja. Ale gdy tam jesteś, to czujesz, że tam jest zamordyzm. Tylko że on nie jest wymierzony w ciebie, jako zachodniego turystę, o ile przestrzegasz minimum zasad. W Iranie czasem policja popatrzy na ciebie podejrzliwie, ale z zasady to nie ty jesteś w tym kraju represjonowany.

Dużo podróżowałeś po Azji. Nie spotkały cię nigdy żadne przykre sytuacje?

- Chyba tylko raz nie było mi do śmiechu w Pakistanie, gdy przejeżdżaliśmy z moją dziewczyną przez ten kraj wiosną 2011 r., chcąc przedostać się z Iranu do Indii. To stosunkowo krótka trasa, ale czuliśmy się bardzo niepewnie. Musieliśmy jechać blisko granic Afganistanu, w dodatku przez południowe prowincje Pakistanu, w których zdarzało się wcześniej, że porywano obcokrajowców dla okupu. 

Po przekroczeniu irańsko-pakistańskiej granicy znaleźliśmy się w jakimś zapuszczonym miasteczku na środku pustyni. W momencie, gdy zauważono, że jesteśmy zachodnimi turystami, od razu ciężarówka z żołnierzami podwiozła nas na najbliższą stację autobusową. Gdy kupiliśmy bilety, przydzielono nam też żołnierza z kałachem, który jechał razem z nami autobusem 500 km, aż do najbliższego miasta (do Indii mieliśmy jeszcze 2,5 doby). Czuliśmy się mimo to niepewnie, bo przecież jeden gość z jednym magazynkiem przeciw uzbrojonej bandzie niewiele mógłby zrobić. Był tam tylko na postrach.

Spotykaliście w podobnie niebezpiecznych zakamarkach Azji wielu Europejczyków, którzy odbywali swoją "podróż życia"?

- Oczywiście! Takich spotkań było wiele. Gdy wjechaliśmy drugi raz do Pakistanu, aby przedostać się z Indii do Chin, sytuacja z wizami była jeszcze bardziej skomplikowana niż poprzednim razem, bo akurat 2 miesiące wcześniej zabili Bin Ladena. Tym razem podróżowaliśmy przez górzyste, północne regiony kraju. W telewizyjnych wiadomościach Pakistan jawił się wtedy jako najniebezpieczniejsze miejsce na świecie. Ale mieszkańcy byli dla nas bardzo serdeczni, a na jego górskich szlakach często spotykaliśmy Amerykanów czy Europejczyków.

Zauważyłem, że popularne stały się podróże po dawnym jedwabnym szlaku, czyli drogą lądową z Europy do Chin, przez Azję Środkową, którą również bardzo lubię. Spotykałem tam ludzi, którzy np. postanawiali sobie wsiąść na rower w Turcji i zejść z niego dopiero w Pekinie.

Długo tułałeś się po tej Azji?

- Razem z dziewczyną półtora roku, cały czas drogą lądową, przez Bałkany i Turcję do Iranu. Potem Iran, Pakistan, Indie, Chiny... Kolejne pół roku wędrowałem sam przez Azję Środkową.

To chyba masz jakąś fajną pracę, co?

- Najnormalniejszą w świecie! Pracowałem na etacie, w fundacji. Prowadziłem też kiedyś własną firmę. Ale przed każdą podróżą postanawiam, że zostawiam wszystko, zamykam sprawy i wyjeżdżam. W końcu jak chcesz coś zrobić, to szukasz sposobu, a jak nie chcesz, to szukasz powodu.

Takim nie jest często brak kasy?

- Wcale nie! Pamiętaj, że 10 dolarów w Polsce i 10 dolarów np. w Indiach to zupełnie inna kwota. Po doliczeniu mieszkania i opłat okazuje się, że w Polsce trudno jest za nią przeżyć jeden dzień. A w Indiach za 10 dolarów masz nocleg, fajne jedzenie i jeszcze pociąg do następnego miasta. Przez Bałkany i Turcję da się przejechać autostopem, a potem w większości krajów transport jest tak śmiesznie tani, że żal z niego nie korzystać.

Oczywiście przed każdą podróżą do Azji oszczędzam długo, a później wybieram tylko najtańsze opcje. Ale uwierz mi: da się.

O wyprawach do miejsc odradzanych przez biura podróży przeczytaj w książce "Witamy w piekle" >>