Kilka dni temu mój znajomy Z. - o którym myślę ciepło, choć jego związki z kobietami zbytnio przypominają relacje Hioba z Bogiem - wpadł do mnie z winem. Zanim zdążyłem pokroić pecorino, wypił je sam, po czym jęknął: "cztery lata życia mi zmarnowała, stary, nie chcę jej więcej widzieć!" - i popadł w odrętwienie, które niechybnie sugerowało, że powinienem zająć stanowisko. Nie miałem na to zupełnie ochoty. Dama, której Z. poświęcił wspomniane cztery lata życia (poświęcając je równocześnie żonie, z którą - że się tak wyrażę - procedował symultanicznie), była, owszem, niewiarygodnie piękna, ale nawet ta ponadnormatywna uroda nie mogła przykryć braków w uzębieniu jej inteligencji; ten zaś rodzaj szczerbatości powoduje u mnie dystans szczególny. Wszelako - jak już wspomniałem - ciepło myślę o Z., więc przez te wszystkie lata w kwestii jego sercowo-podbrzusznego wyboru konsekwentnie milczałem. Tym razem jednak - błagalny wzrok Z. uświadomił mi to aż nadto - dłużej już nie mogłem. "Zdradziła cię, tak?" - otworzyłem kolejną butelkę w geście męskiej solidarności. "A gdzie! - żachnął się. - Jest wierna jak rzeka u Żeromskiego!". "Buchnęła ci kasę?" - drążyłem. "Widzisz te buty? - targnął nogę na wysokość stołu. - Obrzuca mnie prezentami niczym Wokulski Łęcką!". "Sypnęła o was twojej żonie?" "No co ty, lojalnością przebija samego Michaela Corleone!" Poczułem się na tyle bezradny, by tekstem "więc o co ci, k ., chodzi?" wejść na najwyższy diapazon niezrozumienia. Popatrzył na mnie smutno. "Stary, ona czyta wyłącznie opakowania po kremach!" "I to ci przeszkadza?" - roześmiałem się. "A tobie by nie przeszkadzało?" - zapytał ze szczerością dziecka, a potem tylko pił, a kiedy nie było już nic do wypicia, zamówił taksówkę i wyszedł.

Długo nie mogłem potem zasnąć. Przed oczami zjawiła mi się A., którą Bóg w swej szczodrobliwości obdarzył pełnią kształtów i zmysłowością upadłego anioła. Budziła we mnie dzikie żądze, które domagały się natychmiastowego rozbrojenia w edenie jej doskonałej cielesności. Niestety, w wykwintnym apartamencie, do którego mnie zaprosiła, droga do sypialni prowadziła przez salon. Było w nim wszystko, co wzięty dizajner może zaproponować ludzkości: gięte meble z kosztownego kompletu, których głównym zadaniem jest udawać, że kompletem nie są; ściany w odcieniu "wszystkie betony świata"; lampy stanowiące najwyższe osiągnięcie geometrii hiperbolicznej; a przede wszystkim świece: świece w lichtarzach, świece w kielichach, świece w akwariach, świece wiszące i świece puszczone luzem. Nie było jednak - do dziś na wspomnienie tego faktu targa mną dreszcz - książek. No dobra, kłamię. Była jedna. Rozłożony niedbale na podłodze - nieopodal białej, skórzanej sofy - album z fotografiami Helmuta Newtona. Biblia wszystkich niepiśmiennych. Świeca mojego podniecenia zgasła w jednej chwili.

Kobiety, które nie czytają, są dla mnie jak te, które się nie myją - funkcjonują poza skalą erotyki. Można z nimi pleplać, nie sposób z nimi rozmawiać. Różnica między rozmową a pleplaniem jest równie potężna, co opozycja między życiem a jego brakiem. Pleplanie jest pieczęcią śmierci, tym boleśniejszej, że stemplowanej każdym otwarciem ust, które nie mają nic mądrego do powiedzenia. Seks z kimś, kto wyłącznie plepla, przypomina nekrofilię przy włączonym telewizorze. Być może ktoś to lubi, ja jednak - odkąd pozbyłem się pryszczy nastoletniości - mówię takim sytuacjom: adieu. Bo seks - choćby nie wiem jak gimnastyczne formy miał przybierać - jest dla mnie zawsze dodatkiem do rozmowy. A rozmowa - choćby nie wiem jak akrobatyczne figury miała wykonywać - zawsze powraca do raju słów sprzed momentu ich wygnania: do literatury. W niej kryje się życie realne, które my - mniej lub bardziej udolnie - usiłujemy odtwarzać w matriksie naszej fizycznej egzystencji. W niej jest prawdziwa miłość, prawdziwa rozpacz, prawdziwe szaleństwo, prawdziwa namiętność i prawdziwa pasja. Kobieta, która tego nie rozumie i która powtarza: "przecież to tylko książki, zbiór kurzu i roztoczy", tak naprawdę nie istnieje. Jest narysowana i to w dodatku płasko, w 2D. A trójwymiar jej bioder, piersi i ust to tylko iluzja, wynikająca z ułomności męskiego wzroku.