Analogia sportowa nasuwa się sama - choć polska reprezentacja na światowych arenach od jakichś trzydziestu lat daje wyłącznie dupy, piłka nożna jest nadal naszym sportem narodowym.

W polskiej popkulturze działa jakiś bardzo podobny mechanizm, który chciałbym wraz z tobą prześledzić i zrozumieć. Nie będę czarował, niestety, nie kieruje mną ambicja. Chodzi mi o pieniądze. No bo gdzie ich szukać, jeśli nie w mainstreamie?

Zacznijmy od muzyki. Naprawdę trudno o większą biedę niż polski pop. Jego czołowi bohaterowie i bohaterki - nadobecni w plotkarskich portalach, na ściankach i kolorowych pismach, w których bredzą o swych związkach, rozstaniach i depresjach - w muzyce do powiedzenia nie mają nic! Nawet przecież z niej tak naprawę nie żyją. Brutalna prawda wygląda tak, że Doda, Edyta Górniak czy Feel nie są w stanie sprzedać biletowanego koncertu. Za ich występy słono płacą firmy na zamkniętych imprezach albo samorządowe władze miast i wsi w ramach festynów, dożynek i jarmarków. Dodajmy, że te ostatnie z naszych podatków. Ale główne dochody to kontrakty reklamowe lub pajacowanie w telewizyjnych programach typu karaoke. Wartościowi artyści, jak Nosowska i Hey, Maria Peszek, Lech Janerka, Kult czy Grabaż, choć sprzedają bilety w największych klubach i robią znakomite płyty, w powszechnej świadomości funkcjonują jako nisza. Niestety, w Polsce pop - wbrew nazwie - nie jest popularny. Dlatego znalezienie mainstreamowej rozrywki wymaga wysiłku.

* W tym roku konkursową część jarocińskiego festiwalu wygrał młody zespół Be.My. Pod względem brzmienia, aranży, energii i pomysłu na popowe piosenki jest fenomenem. Bo tak gra się w tej chwili w Europie. Gdybym usłyszał ich "Let the Sun" albo "Islands" gdzieś w Skandynawii, Holandii czy Francji, do głowy by mi nie przyszło, że ma to cokolwiek wspólnego z naszym rodzimym przemysłem rozrywkowo-muzycznym. Ta zmyłka nie jest zresztą bez przyczyny - kolesie z Be.My wychowali się w Tuluzie w rodzinach polskich emigrantów. Band zagrał sporo koncertów w wakacje i próbuje wejść w tryby polskiego showbizesu, pod okiem "protektorów" i "specjalistów". Czy im się uda?

*Bardzo podobnie sprawy mają się w branży zawodowego rozśmieszania i opowiadania dowcipów. Kabarety masowo pokazywane w telewizji wprowadzają mnie raczej w melancholię. W każdym występuje kobieta w pikowanej podomce i wałkach na głowie, debil w berecie i okularach o bardzo grubych szkłach oraz człowiek o imieniu Marian, co już zdaniem autorów powinno wywołać salwy śmiechu. Ale telewizja ich kocha. Kochają ich także producenci garnków i galerie handlowe, w których prowadzą eventy. Cezary Pazura, Jan Pietrzak, czy Janusz Rewiński są naprawdę śmieszni tylko w sytuacjach, gdy próbują powiedzieć coś poważnie. Dlatego w tej ponurej sytuacji pragnę zwrócić twoją uwagę na "Pożar w burdelu". To warszawski serial kabaretowy pisany na bieżąco, niczym gazeta, przez Michała Walczaka i Maksa Łubieńskiego i grany przez kapitalny zespół aktorski. W "Artystycznym burdelu" (tak twórcy nazywają swój przybytek) przeglądają się jak w lustrze mieszkańcy stolicy, jej włodarze, artyści, biznesmeni i hipsterzy. "Burdel", choć warszawski, coraz częściej jest "na kółkach" i podróżuje po kraju. A w nim, przy winku lub cydrze, można odnaleźć prawdziwą rozrywkę dla dorosłych z domieszką tradycji polskiego kabaretu literackiego. Z pewnością nikt nie będzie tam próbował sprzedać ci garnków.

W Warszawie niemal każdy jest przyjezdny. Nawet Pałac Kultury, który w "Burdelu" zaśpiewał kiedyś:

"Mój ojciec przybył ze wschodu,
Lecz wzrosłem na polskiej ziemi.
Nie mówcie, że jestem tu obcy,
Chcę łączyć, a nie dzielić.
Jestem Polakiem, Warszawiakiem.
( ) Otoczyliście mnie wieżowcami,
Ale one są dla mnie wciąż kurduplami.
I tak jestem wyższy i tak dominuję.
Jestem z kamienia, wy szklane chuje".

*A teraz film, czyli jak mówił bohater "Misia", najważniejsza ze sztuk. Tu w mainstreamie jest stosunkowo najlepiej. W drugiej połowie września wejdzie do kin największa produkcja polska ostatnich lat "Miasto 44" Jana Komasy. Widziałem dzieło w wersji nieostatecznej podczas słynnego megapokazu na Stadionie Narodowym. Nie dołączę do grona oburzonych ani malkontentów. Film mi się podobał i myślę, że nie powstydziliby się go w Hollywoodzie. A u nas już jest awantura, że bohaterowie się bzykają, że za mało patriotycznie, że efekciarsko, że postacie za mało wyraziste, a warstwa fabularna płaska i komiksowa. No cóż Przecież i ja, i ty doskonale wiemy, że choć od tamtych wydarzeń minęło 70 lat, wciąż nie jesteśmy w stanie o powstaniu racjonalnie rozmawiać. W dodatku porównania z "Kanałem" Wajdy czy "Eroicą" Munka same się narzucają. Obejrzałem "Miasto 44" jak współczesny film wojenny i żaden z podnoszonych przez krytykę mankamentów mi nie przeszkadzał. Filmy o wojnie dzielę prywatnie na dwie epoki: sprzed "Szeregowca Ryana" Spielberga i na te późniejsze. To był dla mnie przełom w historii kina wojennego na miarę pojawienia się dźwięku. Film Komasy nie jest rewolucyjny, ale autor z pewnością oglądał "Szeregowca". Idę też o zakład, że udało mu się zrobić film masowy. O to w końcu chodzi w mainstreamie.