To prawda, pod wieloma względami jego transporter nas kasował. Nie bylibyśmy w stanie swoim autem na przykład przewieźć fortepianu. Ale powiedzieć, że Rolls-Royce Phantom Drophead Coupé to szajs? Chyba lekka przesada

Mołotow i ogórki

Wiesz, że to będzie dobry dzień, kiedy na lotnisku czeka na ciebie człowiek z tabliczką "Rolls-Royce". Wiesz, że dzień będzie niesamowity, kiedy podjeżdżasz pod hotel, a tam stoi TO. Nawet na zacisznym hotelowym podwórku między fontanną a kawiarnią przyciąga jak magnes. Masywny, srebrny, imponujący, elegancki. Wśród przymiotników, które można mu przypisać, nie ma może słowa "ładny", ale zdecydowanie nie o ulotną urodę chodziło projektantom. - My nie gonimy za modą, nie chcemy budować "ładnych" aut - tłumaczył potem przy ginie z tonikiem Frank Tiemann. Spokojny, cichy, dystyngowany jak dżentelmen z innej epoki, jest szefem PR-u Rolls-Royce'a na Europę. - Nasz klient nie kupuje samochodu, on kupuje Rolls-Royce'a - wyjaśnia.

Nie minęło pięć minut rozmowy, a pierwsza grupa turystów - z Polski - zaczęła robić sobie zdjęcia przed maszyną. Takie sesje powtarzały się potem z komiczną regularnością.

To, że spotkaliśmy się właśnie w Rydze, nie jest przypadkowe. W tutejszym muzeum stoi jedyny na świecie rozbity rolls-royce. Czarny Silver Shadow, z wgniecioną maską i rozbitymi szybami, doznał zaszczytu bycia zniszczonym przez Leonida Breżniewa. Ale historia radzieckich aut spod znaku RR w ogóle jest długa i dziwna. - Przed wojną ZSRR był objęty embargiem na dostawy wielu przedmiotów, w tym luksusowych aut - opowiada Frank, który jest zafascynowany historiami pojedyńczych Rolls-Royce'ów. - Moskwa powołała do życia specjalną firmę, której jedynym zadaniem było sprowadzanie limuzyn dla wierchuszki partii komunistycznej - mówi.

Około 20 trafiło w ten sposób do ZSRR. Wśród nich był absolutny rarytas: jeden z zaledwie dwóch Wraithów rocznik 1938, zaprojektowanych przez słynnych berlińskich projektantów Erdmanna i Rossiego. Jeździł nim minister spraw zagranicznych ZSRR Wiaczesław Mołotow. Aż do chwili gdy w ramach przetasowań po śmierci Stalina złożono mu niezwykle atrakcyjną ofertę objęcia placówki dyplomatycznej w Ułan Bator. Porzucone przez właściciela auto było sprzedawane z rąk do rąk. Wiele lat później właściciel ryskiego muzeum odnalazł je w kołchozie pod Leningradem. Woziło ogórki. Właściciel zgodził się je zamienić na ziła.

Duch mojej ekstazy

Może nie udźwignął ciężaru odpowiedzialności. Bo to było chyba pierwsze, o czym pomyślałem następnego dnia, siadając za kierownicą przypominającą koło sterowe luksusowego jachtu. Miałem spędzić następne 24 godziny w pojeździe cenniejszym niż wynosi łączna wartość wszystkich nieruchomości należących do mojej bliższej i dalszej rodziny. Duża sprawa.

Wyłożone tekowym drewnem i najlepszą skórą wnętrze jest, przy całej swojej elegancji, zadziwiająco stonowane. Od małego zegarka w centralnej konsoli, który dopiero po wciśnięciu guzika obraca się, odkrywając wielki ekran centralnego komputera. Po system otwierania dachu, który pracuje jak mechaniczny balet.

W końcu, z sercem na ramieniu, odpaliłem silnik. Musiałem się upewnić, że działa. Siedmiolitrowy potwór pracuje tak cicho, że można go pomylić z silnikiem elektrycznym. Do prędkości mniej więcej 140 kilometrów na godzinę najgłośniejszym dźwiękiem, jaki dochodzi do twoich uszu, jest cichy szum klimatyzacji. Ruszyliśmy, nie czekając, aż kolejni turyści zaczną robić sobie zdjęcia.

Pierwsze pół godziny było... czystą grozą. Samochód jechał idealnie. Był cichy, zwinny jak smart i zrywny jak ferrari. Ale przedzieranie się przez ryskie skrzyżowania, lawirowanie między autobusami w aucie tak pięknym, tak statecznym, tak, nie owijając w bawełnę, drogim, było jednym z najbardziej stresujących zadań, jakie na mnie spadły. Co, jeśli ten fiat nie zahamuje na czas? Jeśli kamyk podrapie cudowny lakier? Ale wystarczyło wyjechać na szosę i obawy wyparowały. Została czysta, dziecięca radość. Frajda z prowadzenia samochodu, który jest po prostu doskonały. Nic dziwnego, że figurka zdobiąca maskę każdego Rolls-Royce'a nosi nazwę Ducha Ekstazy.

Wchodzimy w nadprzestrzeń
Nie tylko przechodnie zamierają na widok bezszelestnie sunącego phantoma. Każdy mijany czy mijający nas kierowca wpatrywał się w srebrną machinę. Reguła była prosta: im droższe auto, tym więcej zawiści w spojrzeniu. Kierowcy starych opli patrzyli, uśmiechali się i odjeżdżali. Właściciele infiniti, lexusów czy, nie daj Boże, porsche rzucali krzywe spojrzenia i, bardzo często, próbowali się ścigać. Zwykle odpuszczaliśmy ścigantom. My nie mieliśmy nic do udowodnienia.
Choć moc skryta pod srebrną maską po prostu wgniata w fotel. Całkiem dosłownie. Solidne wciśnięcie gazu przypominało wejście Sokoła Milenium w nadprzestrzeń: droga przed nami nagle skracała się, wzrok skupiał się tylko na horyzoncie. Samochód w ułamku sekundy z kabrioletu idealnego na piknik w Saint Tropez zmieniał się w demona. - Dopóki Unia Europejska nie "poprosiła nas" o podzielenie się informacją o parametrach naszych maszyn, klient, który pytał nas o moc, dostawał odpowiedź: "wystarczająca" - opowiadał dzień wcześniej Frank.
Demon musiał od czasu do czasu uzbroić się w cierpliwość, zwłaszcza na Łotwie, gdzie nawet ważne szosy przypominają gminne dróżki. Ale i w korkach można było odnaleźć odrobinę radości. Robotnicy drogowi, których powolutku mijaliśmy z opuszczonym dachem i dziewiątą symfonią Beethovena grającą ze wszystkich głośników, wyglądali jak ludzie, przed którymi właśnie wylądowało UFO. Nawet krowy na poboczach przestawały przeżuwać, gdy pod ich nosami przejeżdżało to zjawisko.
A zjawisko skierowało się w stronę Mazur. Bo jak szpanować, to na całego.

Wchodzimy w nadprzestrzeń

Nie tylko przechodnie zamierają na widok bezszelestnie sunącego Phantoma. Każdy mijany czy mijający nas kierowca wpatrywał się w srebrną machinę. Reguła była prosta: im droższe auto, tym więcej zawiści w spojrzeniu. Kierowcy starych opli patrzyli, uśmiechali się i odjeżdżali. Właściciele infiniti, lexusów czy, nie daj Boże, porsche rzucali krzywe spojrzenia i, bardzo często, próbowali się ścigać. Zwykle odpuszczaliśmy ścigantom. My nie mieliśmy nic do udowodnienia.

Choć moc skryta pod srebrną maską po prostu wgniata w fotel. Całkiem dosłownie. Solidne wciśnięcie gazu przypominało wejście Sokoła Milenium w nadprzestrzeń: droga przed nami nagle skracała się, wzrok skupiał się tylko na horyzoncie. Samochód w ułamku sekundy z kabrioletu idealnego na piknik w Saint Tropez zmieniał się w demona. - Dopóki Unia Europejska nie "poprosiła nas" o podzielenie się informacją o parametrach naszych maszyn, klient, który pytał nas o moc, dostawał odpowiedź: "wystarczająca" - opowiadał dzień wcześniej Frank.

Demon musiał od czasu do czasu uzbroić się w cierpliwość, zwłaszcza na Łotwie, gdzie nawet ważne szosy przypominają gminne dróżki. Ale i w korkach można było odnaleźć odrobinę radości. Robotnicy drogowi, których powolutku mijaliśmy z opuszczonym dachem i dziewiątą symfonią Beethovena grającą ze wszystkich głośników, wyglądali jak ludzie, przed którymi właśnie wylądowało UFO. Nawet krowy na poboczach przestawały przeżuwać, gdy pod ich nosami przejeżdżało to zjawisko.A zjawisko skierowało się w stronę Mazur. Bo jak szpanować, to na całego.

Kuszetka za półtora miliona

RR to coś więcej niż auto. To też godziny darmowej rozrywki. Wystarczy go zaparkować, usiąść w kawiarnianym ogródku i patrzeć. Bo nawet ktoś, komu znudziły się mercedesy, porsche i ferrari, i tak obejrzy się za Phantomem. Czerwony opel z czterema ziomalami w środku mijał nas przynajmniej 20 razy. Policyjny patrol krążył wokół giżyckiego parkingu w odstępach mniej więcej trzyminutowych. To był najlepiej pilnowany samochód w Polsce.

Mazury to idealne miejsce na RR, bo akurat wariant cabrio jest wprost stworzony do pikników. Nawet maty na podłodze zrobione są ze specjalnej plecionki, z której łatwo wytrzepać piasek. Klapa bagażnika utrzymuje 150 kilogramów, więc z łatwością może robić za ławeczkę. Ale RR to także szansa na robienie dobrych uczynków. Na stacji benzynowej pod Giżyckiem spotkaliśmy chłopaków z miejscowego klubu miłośników motoryzacji. Aż tak bardzo nam się nie spieszyło, więc zabraliśmy ich na małe demo. Wychodzili z auta na lekko trzęsących się nogach. Moc 470-konnego silnika robi swoje. W drodze znaleźliśmy jeszcze jedno zastosowanie Phantoma. Gdzieś pod Płońskiem dopadła nas potworna ulewa. Odpuściliśmy. Zaparkowaliśmy i poszliśmy spać. RR jest zadziwiająco wygodną kuszetką. Tylko ciężko się zasypia, gdy wszyscy się patrzą...

I tu wracamy do brzuchacza z białym transporterem. Miał pod jednym względem trochę racji: - Mój znajomy miał takiego - postanowił rozwinąć watek. - Sprzedał. Nie znosił tego, że wszyscy się na niego gapią.

To akurat prawda. Ale kiedy oddawałem kluczyk, spytałem, czy przypadkiem nie mogę go zatrzymać. W końcu do zawiści można się przyzwyczaić. A kiedy spojrzenia zaczynają drażnić, wystarczy odrobinę mocniej docisnąć gaz.