"Tak się nie buduje związków na całe życie!" - krzyczał, próbując uspokoić tik powieki. "Przecież ja jej w ogóle nie znam i nie kocham!". "Brutalne, ale uczciwe" - wybąkałem, ulegając intuicji, że okrągłe odpowiedzi będą najwłaściwsze. "Czyli popierasz zabieg?" - rozbiegany wzrok Miedzianego zastygł nagle na wysokości moich warg. "Hola, stary!" - zaprotestowałem. "W kiblu u Bidona nie byłem ci potrzebny, więc i teraz nie żądaj rad!". "Nie takiej odpowiedzi oczekiwałem od przyjaciela!" - wykrzywił usta, odwrócił się i trzasnął drzwiami. W jakiś czas potem dowiedziałem się, że się ożenił. I że - jak opowiadała potem jego żona naszym wspólnym znajomym - zerwał ze mną kontakty, bo namawiałem go na aborcję.

Spotkałem go po siedmiu latach w hipermarkecie. Wpadłem po whisky na imprezę, a on stał przed półką z pampersami. Nieruchomo jak katatonik. Kiedy chciałem go ominąć, poczułem przeraźliwy ból w kostce. Obejrzałem się. Rudy gówniarz miażdżył mi stopę, pchając wózek ze swoim rozwrzeszczanym klonem, o połowę mniejszym. "Przestań tak ganiać, Franuś!" - ożywił się Miedziany i dostrzegł mnie. "Nic się nie zmieniłeś!". "Ty też" - skłamałem, bo dźwigał dwadzieścia kilo więcej. "Co u ciebie?". Wyciągnął z wózka malca, któremu wisiał u nosa potężny gil. "W nocy Helenka miała 40 stopni gorączki, świeciła jak Krzyż Południa, bredząc posępnie niczym połączenie Koheleta i Kłapouchego. Okładaliśmy ją mokrymi szmatami, stoczyliśmy walkę o czopek, były łzy, wściekłość i upokorzenie, ale temperatura spadła. Rano była lekarka, mówi, że to jakiś wirus pieprzony. Widzę, że wirus, ale pytam jaki, a ona, że nie wie, suka jedna! I co byś zrobił na moim miejscu?".

O, nie! Nie wciągniesz mnie drugi raz w te gierki! - pomyślałem i przeszedłem do kontrataku. "40 stopni gorączki i ciągasz dziecko po hipermarketach?!" "Przecież to Jasiek, nie Helenka" - zdziwił się Miedziany. "On ma tylko katar, wirus go zetnie za jakieś trzy dni. Zaczęło się od Franusia, który to gówno przywlókł z zerówki, a propos, gdzie on się podział?" - zaczął się rozglądać. "Pognał w stronę wędlin" - poinformowałem, patrząc w osłupieniu, jak klon Franusia wciera Miedzianemu gile w kołnierz. "Strasznie żywotny nygus, powiem ci" - Miedziany uśmiechnął się z dumą. "Kaszle jeszcze tak, że się żelbet w bloku osypuje, ale nie sposób go utrzymać w miejscu. Nawet jak miał 40 stopni, to mimo ropy w oczach oglądał filmy. Bo on kocha filmy, może kiedyś u ciebie zagra, hę?" - łypnął.

Chyba po moim trupie - pomyślałem, bo ciągle napierdalała mnie kostka, ale się uśmiechnąłem, że nic nie jest wykluczone. "Franuś najbardziej lubi ten film o reniferze Rudolfie, znasz może?". Pokręciłem głową, że nie znam, ale go to nie zraziło. "I całe szczęście, że ma szmergla na punkcie kina, bo się rano trochę krucho czułem, nieprzespana noc, a poza tym ciągle mnie jeszcze telepie, wiesz, przez trzy dni też miałem blisko 40 stopni gorączki i czuję się jak pisanka po Wielkanocy, krucho, zbędnie i bez żółtka" - zachichotał i ciągnął dalej. "Niestety, ledwie usnąłem, Helence zelżała gorączka do 38 stopni, więc zerwała się i zrobiła z mieszkania sajgon. Nie reagowaliśmy z Anetką wcale, niech się dziecko bawi, poza tym Anetka jest znowu brzemienna i musi leżeć. Nagle jednak widzę, jak moja córeczka słodka biegnie do kuchni i rzuca pawia na posadzkę. Doczłapuję się do niej, próbuję reanimować, podsuwam miskę, zachęcam, że może lepiej do miski niż na podłogę. A Helenka łypie na mnie krytycznie i mówi: ale ja nie mam czasu, tato, ja się muszę bawić! - roześmiał się. "Dzieci są cudowne! Ty nie masz dzieci, prawda? Żałuj!".

Na szczęście przybiegł Franuś i szybko się pożegnaliśmy. Przy kasie poczułem, że do whisky muszę dokupić dużą paczkę prezerwatyw. Przed imprezą wróciłem po drugą. Tak na wszelki wypadek.