Z czego wynika masowa erupcja? Z rosnącej w postępie kwadratowym liczby artystów. Jeszcze jakieś 100 lat temu było ich o wiele mniej, bo żeby zasłużyć na miano artysty, trzeba było najpierw opanować tzw. rzemiosło. Malarz musiał nauczyć się odwzorować rzeczywistość na płótnie, muzyk musiał latami ćwiczyć grę na instrumencie i czytanie nut, pisarz najpierw kształcił się w erudycji, a później często praktykował w prasie, żeby nauczyć się ciekawie opowiadać historie.

Dziś artyści mają lepiej, za to ich klienci trochę gorzej. Rzemiosło twórcy nie jest specjalnie potrzebne. Wystarczy mieć: brodę, komputer z jabłkiem, ekscentryczne ubranie, kolczyk, syfa, brak kompleksów i przeświadczenie o własnej wyjątkowości.

Działalność twórcza stała się tak dostępna i łatwa, że artystą jest już każdy. Byle komputer czy smartfon staje się profesjonalnym studiem nagraniowym, artystycznym narzędziem do grafiki i filmu, a dzięki mediom społecznościowym także wielkim dystrybutorem wszelkich dzieł.

Jak sobie poradzić w tym gąszczu? Wolnych chwil, żeby się rozerwać, mamy coraz mniej, a rozrywek istne tsunami. Przy takiej podaży łatwo o wtopę,

czyli o fatalnie zainwestowane czas i pieniądze. A mnie z tego wszystkiego chyba najbardziej szkoda czasu. Dlatego wasz czas również postaram się oszczędzić.

W połowie września ukazała się w Polsce i w Niemczech trzecia płyta duetu Paula & Karol. Krążek brzmi super, słychać w nim fajne odbicia tego, co dzieje się we współczesnej muzyce niezależnej jak Arcade Fire czy MGMT. Wychowana w Kanadzie Paula i Karol, który spędził w Stanach sporo czasu, mają szansę na światową karierę. W dodatku ich pomysł na sfinansowanie wydawnictwa przez tzw. "crowdfunding", czyli zbiórkę kasy od fanów, okazał się strzałem w dziesiątkę.

Duet zebrał 38 tys. zł na wydanie płyty. Dzięki temu mogli nawiązać współpracę z amerykańskim producentem Rayanem Hadlockiem i dogadać się z niemieckim wydawcą Delikatess Tonträger. Płyta "Heartwash", podobnie zresztą jak poprzednia "Whole Again", to zbiór sympatycznych, melodyjnych piosenek. A Paula i Karol mają tyle wdzięku, że kiedy słucham ich w samochodzie, morda sama się uśmiecha.

Pozostajemy w kręgach muzycznych i w obszarze partyzanckich produkcji. Ale rzecz dotyczy filmu. Niedawno na Festiwalu Filmowym w Gdyni w ramach przeglądu "Inne spojrzenie" pokazano mityczne już dzieło Tymona Tymańskiego i Grzegorza Jankowskiego pt. "Polskie gówno". Jego produkcja trwała siedem upiornych lat, film w znacznej mierze sfinansował Tymon z własnej kieszeni. Do tego napisał scenariusz, muzykę, kapitalne piosenki i zagrał główną rolę. Naprawdę warto było czekać, bo film może się okazać kultowy.

"Polskie gówno" to musical na temat naszej pszenno-buraczanej branży rozrywkowej, losu artysty nieudacznika i granicy obciachu, o którą w sposób nieunikniony musi otrzeć się każdy zespół marzący o karierze.

Film Tymona to absolutna szydera, w której z łatwością rozpoznacie licznych luminarzy i mistrzów świata polskiego szołbiznesu. Dlatego raczej nie zobaczymy go w TVP. Ale jest to jednak szydera pełna serdeczności i autoironii. Żarty z "polskiego gówna" - jak sugeruje tytuł - bywają grube. Ale to jednak nasze, polskie "gówno". Niech więc nikt nie mówi, że nie potrafimy się z siebie śmiać.

A, byłbym zapomniał... Moje wychwalanie "Polskiego gówna" to oczywista kryptoreklama, ponieważ w nim zagrałem. Mówiąc już tak zupełnie obiektywnie i bezstronnie - zagrałem brawurowo! Kompromitacja w tym filmie może pozbawić mnie szansy na seks przez najbliższe lata.

Przejdźmy do książek, bo właśnie w tej dziedzinie mamy do czynienia z największą przewagą podaży nad popytem. Innymi słowy - my Polacy znacznie więcej piszemy, niż czytamy. Chyba właśnie dlatego zauważyłem wśród wielu znajomych czytelnicze specjalizacje gatunkowe, wobec niemożności ogarnięcia nadmiaru pojawiających się książek. Na Katarzynę Bondę zwrócili mi uwagę specjaliści od kryminałów, którzy raczej skłaniają się w stronę autorów ze Skandynawii.

Powieść "Pochłaniacz", choć polska i toczy się w polskich realiach, swym nastrojem jakoś nawiązuje do mistrzów gatunku zza Morza Bałtyckiego. W kryminałach ważne i fajne są szczegóły i szczególiki, takie jak miejsca wydarzeń, wygląd i sposób zachowania bohaterów, ich język charakterystyczny dla ich kondycji społecznej i wykonywanej profesji. U Bondy wszystko się zgadza. Intryga kryminalna jest ciekawa, a postacie oddane wiernie i prawdziwie. "Pochłaniacz" tak mnie wciągnął, że zarwałem noc i następnego dnia w pracy byłem nieprzytomny. Dlatego w sumie nie polecam.

Ponieważ w sprawie wolnego czasu jestem dość chytry, ostatnio cholernie boję się seriali. Skłonność do oglądania hurtem całych sezonów takich hitów jak "House of Cards" czy "Breaking Bad" powoduje później katastrofalne niedobory snu. Dlatego kupiłem ostatnio wszystkie sezony "Małej Brytanii" - jednego z najśmieszniejszych seriali świata. Ten na szczęście nie ma żadnej linii fabularnej, która mogłaby wciągnąć, więc nie ogląda się go aż tak kompulsywnie. Mało tego - konstrukcja skeczy w "Little Britain" jest z góry wiadoma, a mimo to dostaję przy nich histerii ze śmiechu.

To oczywiście śmiech z Brytyjczyków, czyli znacznie łatwiejszy, zdrowszy i bardziej patriotyczny niż ten z "Polskiego gówna". Swoją drogą bardzo jestem ciekaw, czy polscy twórcy odważą się kiedykolwiek tak pojechać po narodowych stereotypach, jak robią to na Wyspach Matt Lucas i David Walliams. Jakoś tego nie widzę. Anglicy ćwiczą autoironię o kilka wieków dłużej niż my. Dlatego na razie to tylko pomysł na skecz: Tymon Tymański robi film "Polskie gówno", a potem (na wzór BBC) pokazuje go Telewizja Polska. Niedorzeczne, prawda?