Z Mateuszem Borkiem spotkaliśmy się w warszawskim Championsie - sportowym barze obwieszonym telewizorami. Do wyboru ligi hiszpańska, włoska, angielska plus jakiś turniej darta. Mekka kibiców. Mateusz zamówił herbatę ("Przepraszam, panowie, przyjechałem autem") i usiadł plecami do wszystkich ekranów. W końcu ile można gapić się na piłkę.

Piotr Hykawy-Zabłocki, Mikołaj Kirschke: - Na naszych zdjęciach wyglądasz trochę jak Cristiano Ronaldo...

Mateusz Borek: - Ha, ha, ha... Panowie, może jak "Cristiano 20 lat później". Gdy byłem młodszy, ktoś czasami dopatrywał się podobieństwa. Ale uwierzcie mi, gdybym się rozebrał, nikt by tego podobieństwa nie widział.

W garniturze zauważamy. (śmiech)

- Muszę to potraktować jako komplement. To jest wybitna jednostka. Zawsze budził moją sympatię, ale wielkiego respektu nabrałem, gdy opowiadał mi o nim Jurek Dudek. On jest drogowskazem dla młodych ludzi, jak należy traktować piłkę. O Cristiano mówią cukierkowy chłopak, nażelowany, opalony, poprawiony w Photoshopie.

Ale trzeba zacząć od tego, że to jest przed wszystkim maszyna, sportowiec z krwi i kości. Codziennie pierwszy w klubie. A kiedy wszyscy kończą, on jeszcze trenuje rzuty wolne. Całe życie podporządkowane sportowi: dieta, ilość snu i tak dalej.


To facet, który od początku kariery jest świadomy, jak powinien się prowadzić, jak talent poprzeć pracą i szacunkiem dla własnego organizmu. To mi się zawsze w nim podobało.

Jeśli zadamy pytanie: Messi czy Ronaldo...

- Nie będę obiektywny, bo od dziecka kibicuję Realowi. Ktoś, kto nosi biały trykot, będzie zawsze bliższy mojemu sercu niż zawodnik Barcelony. Szanuję Messiego, bo to fenomen, na pewno jeden z najwybitniejszych piłkarzy w historii. Ale gdybym musiał wybierać, to wybiorę Cristiano.

Ktoś mnie kiedyś zapytał, czy chciałabym, żeby Messi grał w Realu Madryt. Odpowiedziałem, że absolutnie nie, bo w ogóle nie byłoby konkurencji, bo wymiar Gran Derbi byłby zupełnie inny,

Pierwszy idol piłkarski?

- Maradona. W tym roku kibicowałem Niemcom w finale mistrzostw świata ze względu na niego. Uważałem, że jeśli Messi wywalczy to mistrzostwo, to - szczególnie w opinii młodszego pokolenia - przeskoczy Maradonę. A dla mnie Diego był i jest najlepszy, był nie do podrobienia. Myślę, że to nie jest tylko odczucie kogoś, kto oglądał Maradonę, to jest też odczucie kogoś, kto grał przeciwko Maradonie. Zbyszek Boniek opowiadał o meczach z Neapolem.

Kilka razy stanął przeciwko Maradonie. Więcej meczów wygrał Boniek niż Maradona, był w lepszym klubie. Ale Zbyszek zawsze mówił: "Ja byłem dobry, Michel Platini też był dobry, ale Maradona był fantastyczny".

Poza tym jestem fanem literatury i teatru, zawsze lubiłem postacie tragiczne. A ten osobisty dramat Maradony, narkotyki, operacje, upadki, rozwody, ale i uwielbienie narodu - to się wszystko wpisuje w obraz wielkiej postaci, która była inspiracją dla literatów.

Spośród przeczytanych przeze mnie biografii sportowych, książka Jimmy'ego Burnsa, angielskiego dziennikarza, który się z nim przyjaźnił, wydaje mi się najlepsza. Boleśnie prawdziwa. Tak oprzy okazji, świetna jest też autobiografia Mike'a Tysona, "Moja prawda"...

Dobra, dobra, wystarczy. Ciszewski, Szpakowski, Borek. Tak wygląda dynastia polskich komentatorów sportowych?

- Nie wiem, czy można mówić o jakiejś dynastii. Myślę, że w ogóle nie przeceniałbym roli komentatorów. Bardzo często mówię młodym ludziom, że nigdy nie wróci taka rozpoznawalność tego zawodu, jaka była kilkadziesiąt lat temu.

Bo jak sobie przypomnimy telewizję biało-czarną, gdzie był jeden, dwa kanały, to w zasadzie potrafiliśmy dopasowywać poszczególnych komentatorów do dyscyplin. Znaliśmy ich głosy, twarze. Do dziś pamiętamy Tomka Hopfera. Pamiętamy, że Stefan Rzeszot to był hokej na lodzie.

Jerzy Mrzygłód to były skoki, że Jan Ciszewski to piłka i żużel, i tak dalej. Było tych kilku czy kilkunastu komentatorów i ten głos człowiekowi dźwięczał w uszach przez lata. Komentator był kiedyś dużą postacią.

Dzisiaj żyjemy w świecie 26 kanałów sportowych w Polsce. Przychodzi ktoś, kto w miarę potrafi złożyć kilka zdań i już za chwilę jest komentatorem. Nagle zrobiło się ich w Polsce kilkuset.

Ale reprezentacja jest jedna.

- Tak, jest jedna. Ale reprezentacja też jest produktem tak naprawdę przyporządkowanym biznesowi. Zajmuje się nią komentator, którego stacja kupuje prawa do jej pokazywania.

Doświadczyłem tego przez duże turnieje. Mistrzostwa świata w Korei, gdzie byliśmy na zasadzie sublicencji, potem zrobiliśmy samodzielnie mistrzostwa w Niemczech w 2006 r., Euro 2008 r. znowu zrobiliśmy sami... No i teraz pozyskaliśmy reprezentację na kilka lat.

Ale żaden komentator na dłuższą metę nie wpisze się w świadomość kibica, nie będzie pamiętany przez lata, jeśli reprezentacja nie będzie wygrywała.

To było siłą Ciszewskiego. Był jeden, miał charyzmę i umiejętność wpływania na widza, ten jego sugestywny, autorski sposób prowadzenia narracji. Ale komentował sukcesy reprezentacji, złoty czy srebrny medal igrzysk olimpijski, medale na mistrzostwach świata.

My przecież wracamy do tych bramek cały czas dlatego, że przez ostatnie 30 lat reprezentacja już takich sukcesów nie ma. Gdybyśmy zdobywali medale jak Niemcy, to może też pamięć o komentatorze z lat 70. nie byłaby w narodzie aż tak duża. Wracalibyśmy bardziej do medalu z 2004 r. niż do tego z '74, czy '82. No, ale gramy jak gramy...

Czyli jeśli reprezentacja odniesie sukces, będzie to również sukces Mateusza Borka, bo zostanie zapamiętany jak Ciszewski?

- (śmiech) Żartowałem po meczu z Niemcami, że mogę już umierać.

Ty się jakoś odnosisz do Ciszewskiego, do Szpakowskiego...?

- Nie chcę się odnosić, ale coś zostaje w głowie. W Polsce to jest trudny zawód. Nie ma żadnej szkoły, nikt cię do tego nie przygotowuje. Wiedza, rozumienie piłki, detali taktycznych - to wszystko jest indywidualna praca komentatora.

W pierwszym okresie pracy różnice między komentatorami sprowadzają się do tego, kto lepiej buduje zdania, kto ma fajniejszy głos. Kto potrafi ciekawie, w specyficzny sposób zbudować narrację. Potem dopiero zaczynamy wchodzić w detale.

Poza tym komentarz meczu na antenie kodowanej musi być inny niż na antenie otwartej. Mecz reprezentacji ogląda 8-9 mln ludzi. Oglądają to kibice, ale też ludzie, którzy na co dzień piłki nie oglądają.

Muszę się zastanowić, bo z jednej strony chciałbym być detaliczny i analityczny, z drugiej strony wiem, że muszę mówić tak, żeby mnie zrozumiał też kibic, który włącza telewizor od czasu do czasu. I "4-2-3-1" mu niewiele mówi. Chciałby, żebym mu to w prostych słowach wytłumaczył.

A co zamiast analizy? Ciekawostki?

- Niby komentator ma ze sto ciekawostek w głowie... ale po latach doszedłem do tego, że jak jest dobry mecz, to warto sprzedać tylko 20 proc. tego, co sobie przygotowałem. Kiedyś mi zależało, żeby sprzedać wszystko, a dzisiaj widzę, że jak jest dobry mecz, to nie ma co przesadzać z natłokiem informacji. Na poziomie reprezentacji mało kogo interesuje, czy Rybus ma trzy asysty w tym sezonie, czy pięć, bo to nie ma żadnego znaczenia.

Będę się upierał, że ważna jest dyspozycja dnia. Jak się wyśpię i jestem zrelaksowany, nie boli mnie głowa, to mogę postawić ryzykowniejszą tezę, pojawia się lekkość, skłonność do paraboli, żartu. A czasami wstajesz, czujesz ciężki dzień, wtedy się modlisz, żeby przejść tę transmisję, żeby było poprawnie i żeby nic nie zepsuć.

Gdy komentuję, nie lubię rzeczy wypisanych na kartce. Podglądam czasem kolegów, którzy mają napisane wstępy albo wypisaną tezę. Nie lubię tego robić. Trzeba wiedzieć, kto jest na ławce rezerwowych, kto jest delegatem UEFA, asystentem czy sędzią liniowym, ale wstęp na kartce? Nie...

To jak się przygotowujesz?

- Myślę, że nie można przygotować się do jednego meczu. Że mecz reprezentacji w środę, więc przygotowuję się od poniedziałku.

To jest praca na cały rok, każdy dzień zaczynasz i kończysz na czytaniu, dzwonieniu, rozmawianiu o piłce. To jest pasja, trzeba żyć piłką 24 godziny na dobę, inaczej nie da się przygotować do komentowania meczu. Moja żona nie może już tego słuchać, bo ile można pieprzyć o tym samym. (śmiech)

Pasja pasją, ale czy przygotowujesz się do konkretnego meczu? Przecież nie masz wszystkich statystyk w głowie.

- Potrzebuję dwie godziny. Przygotowanie to tylko uporządkowanie detali, tego, co mnie interesuje w kontekście konkretnego meczu. Wiadomo, że nie mam statystyk w głowie. Jest mecz, dajmy na to Polska-Szkocja, to sprawdzam historię, oglądam bramki na YouTubie, żeby w razie czego odnieść się do tego w czasie meczu.

A gdybyś miał skomentować mecz ligi meksykańskiej?

- Nie wiem, szybkie przejrzenie stron internetowych... powiedzmy trzy godziny. Byłem na kilku meczach ligi meksykańskiej.

Swoją drogą bardzo ciekawa liga, tam na mecze przychodzi po kilkadziesiąt tysięcy ludzi, kilka stacji telewizyjnych je pokazuje, rozpoznawalność piłkarzy jest ogromna. Ludzie żyją piłką...

Dobra, liga japońska.

- Byłem. (śmiech)

Australijska.

- Też byłem

Jezu.... Powiedz, gdzie nie byłeś.

- No dobra, chilijska. Gdybym miał skomentować mecz Colo Colo, to potrzebowałbym trzy godziny, żeby przeanalizować kadry, terminarz, sposób rozgrywania ligi. Reszta to doświadczenie.

Czym się różni komentowanie kadry od komentowania jakiejkolwiek ligi?

- Wszystkim. Emocjami. Komentowanie kadry to są Himalaje zawodowe. Ale trzeba umieć pogodzić komentowanie sercem i komentowanie głową.

No właśnie, na ile możesz być kibicem? Wiesz przecież, że te osiem milionów ludzi przed telewizorami jest za facetami w biało-czerwonych koszulkach....

Na pewno można uwypuklić czasami dobre strony i sprzedać je z wielkimi emocjami. Cieszyć się po bramce jak kibic. Ale w gruncie rzeczy jestem po to, żeby ludziom mówić prawdę. Komentator musi powiedzieć, że ten gra dobrze, ten bardzo dobrze, a ten słabo. Nie jestem zwolennikiem komentarza życzeniowego.

Jaki zagraniczny styl komentowania lubisz?

- Zdecydowanie bliżej mi do Hiszpanii niż do Niemiec. W tej naszej słowiańskiej duszy trudno sobie wyobrazić komentarz w niemieckim, spokojnym stylu.

Tak jak kiedyś Andrzej Zydorowicz. Świetna anegdota. Komentował mecz Niemców z Czechami i przez dłuższy czas się nie odzywał. W Warszawie myśleli, że stracili łączność, krzyczą: "Panie Andrzeju, panie Andrzeju, jesteś?". A on po takiej szekspirowskiej pauzie mówi spokojnie: "Basler" . Tak sobie spokojnie komentował. (śmiech)

Ale trudno mi sobie wyobrazić, że Polacy z takiego stylu komentowania reprezentacji będą zadowoleni. Mecz to czas manifestacji patriotyzmu. Ludzie rzadko kiedy mają takie poczucie polskości i jedności jak wtedy, gdy są na stadionie. Kiedy mogą zaśpiewać sobie a capella "Mazurek Dąbrowskiego", a ci przed telewizorem podnoszą szklanki w górę. Oni chcą, żeby im trochę pokrzyczeć, żeby ich porwać, dać emocje.

Jak wtedy, gdy Polska strzela bramkę Niemcom...

- Właśnie. Ja ten mecz zapamiętam do końca życia, bo po raz pierwszy w życiu straciłem głos. W 88. minucie pada bramka na 2:0, a ja czuję, że to jest koniec, że mnie nie ma. Napisałem Tomkowi Hajcie na kartce, że musi ciągnąć sam. Heroicznie dotrwałem do końca.

A we wtorek był mecz ze Szkocją. W sobotę - nic nie mówię, w niedzielę - nie mam głosu, w poniedziałek wieczór - panika. We wtorek rano zadzwoniłem do Artura Barcisia. Miał kiedyś problemy z krtanią, umówił mnie na wizytę w szpitalu na Banacha.

Dali mi jakiś steryd i powiedzieli, żebym do godz. 18 nic nie mówił. A o 18 mówiłem normalnie. Doktorze, dziękuję!

Nigdy wcześniej ci się to nie zdarzyło?

- Utrata głosu? Nie. Ale gdy komentowałem finał Ligi Mistrzów w Madrycie ze Zbyszkiem Bońkiem, zachciało mi się siku około 70. minuty. Miała być przerwa w transmisji przed dekoracją zwycięzców lub dogrywką. A tu słyszę: "Zmiana decyzji. Ciągniecie bez przerwy". Napisałem Bońkowi, że musze wyjść, i zniknąłem na chwilę. (śmiech)

Kiedy postanowiłeś zostać komentatorem?

- Gdy miałem pięć lat.

Serio?

- Naprawdę, już wtedy wyłączałem dźwięk, żeby samemu komentować. Na początku turnieje hokeja, to była pierwsza dyscyplina, w której byłem zakochany. W liceum próbowałem już komentować dla kolegów.

Nie miałeś tremy?

-Nie, byłem zaprawiony w boju. Występowałem z zespołem folklorystycznym, jeździliśmy po Europie, to były koncerty nawet dla kilku tysięcy osób. Startowałem w konkursach recytatorskich, szybko zacząłem pracować jako konferansjer. Wiele rzeczy, które robiłem za młodu, pomogło mi w zawodzie

Nie mówiłem o sporcie, ale po pierwsze to daje odporność na stres, a po drugie uczysz się dykcji, budowania zdań i tak dalej. To potem się przydało w dziennikarstwie, bo gdy przychodzisz do radia czy telewizji, to nawet jeśli masz wiedze, a nie masz warsztatu, to giniesz. Nikt nie chce ci pomóc, bo konkurencja, wielu redakcji nie stać na logopedę, taka rzeczywistość.

A co ty w tym zespole folklorystycznym robiłeś?