W programie "Kossakowski. Szósty zmysł" dał się zakopać żywcem. W ramach prastarego rytuału. W "Inicjacji" przez 48 godzin żył jak bezdomny. Spotkaliśmy się wieczorem, więc zaproponowałem piwo. Przemek odmówił, "po ostatnich nagraniach muszę oczyścić organizm". Kto oglądał jego programy, ten uwierzy, że detoks się przyda.

Piotr Zabłocki: - Oglądałeś "Grę"?

Przemysław Kossakowski: - Oczywiście, świetny film. Facet jest wkręcony w niesamowite sytuacje, na końcu próbuje popełnić samobójstwo, skacze, ląduje na macie i dopiero wtedy się dowiaduje, że to była ustawka, że to właśnie była Gra.

Myśli, że to się dzieje naprawdę. Ty, gdy udawałeś bezdomnego, wiedziałeś, że po 48 godzinach odbierzesz ze skrzynki na dworcu komórkę i klucze do mieszkania. A gdyby ich tam nie było, gdyby Gra okazała się rzeczywistością?

- Zastrzeliłeś mnie... nie mam pojęcia, jak bym zareagował! Rozumiesz, ja wiedziałem, że w końcu wrócę, wyciągnę klucze z tej skrzynki, zawiozą mnie do domu i wezmę prysznic. Przez 48 godzin ta myśl mi towarzyszyła. Dlatego z dystansem podchodzę do tego eksperymentu. Prześlizgnąłem się po tym temacie, pokazałem widzom życie bezdomnych, ale na tyle, na ile to było możliwe. Bo to, co jest jego najgorszą częścią, to, co kastruje psychikę, to jest ubezwłasnowolniające uczucie beznadziei. A ja wiedziałem, że jest koniec, i wiedziałem, kiedy on nastąpi.

- Choć produkcja ma swoje chwyty, żeby urealnić eksperyment, żeby mnie mocniej wkręcić, żebym mocniej poczuł wszystko. W tym akurat odcinku hasło brzmiało "nie dokarmiamy prowadzącego". Żeby coś zjeść, musiałem wyżebrać lub wygrzebać na śmietniku. I obie te rzeczy robiłem. Ale gdyby w tej skrzynce nie było kluczy... nie wiem, czy bym to wytrzymał.

Poddałeś się kiedyś w czasie "Inicjacji"?

- Robiliśmy ostatnio program o bezsenności, 52 godziny bez snu. W czasie zdjęć zmieniały się ekipy. Przy okazji, nie dostaję nigdy scenariusza do ręki albo dostaję bardzo okrojony. W przypadku bezdomności wiedziałem, że to ma trwać 48 godzin, w przypadku bezsenności - nie wiedziałem nic. Strzeliła mi psychika, gdy zobaczyłem trzecią zmianę operatorów. Ja już odpływam, wszystko wokół mnie jest hiperwyraźne, kolory mnie drażnią, a oni wchodzą: "cześć, Kosa, jak tam?" i zmieniają obiektywy. Nie byłem w stanie kontynuować. Mieliśmy zmienić lokacje kolejnych zdjęć i w czasie przejazdu zasnąłem. Nie mogli mnie obudzić. Eksperyment został zakończony. Bardzo się wkręcam w role, daje się uwodzić emocjonalnie i pewnie dlatego "Inicjacja" wychodzi wiarygodnie. Ale to mnie osłabia, rzeczywistość mocniej we mnie uderza. Wracając do pierwszego pytania: naprawdę nie mam pojęcia, co by się stało, gdyby w tej skrzynce nie było tych cholernych kluczy.

Nie dowiedziałeś się jeszcze tego o sobie?

- Prowadząc "Inicjację", dowiedziałem się o sobie rzeczy, które mnie martwią. Ale to nie jest "poznawanie granic swoich możliwości". Dowiedziałem się, że mój wizerunek wyrwał się spod kontroli i hula po kraju. Mam wrażenie, że wszyscy sądzą, że jestem kimś innym, niż jestem. Bo tak naprawdę jestem spokojnym gościem, który, jak podejrzewam, w codziennym użytkowaniu może być wręcz nudny. Mnie nie ciągnie do żadnych ekstremalnych rzeczy.

- Ale to, co ja wyprawiam na planie, co przychodzi mi do głowy... Czasem nawet ludzie z ekipy, którzy mnie przecież znają, patrzą na mnie jak na świra. Jest jakieś rozszczepienie. Jakbym miał dwie osobowości. Mam też wrażenie, że jednak zaczynam się uzależniać od silnych emocji. Coś jak syndrom pola walki. Nigdy mnie nie ciągnęło do skoków na bungee. I nadal mnie nie ciągnie, wracam do domu, ściągam buty i czytam książkę. Albo nie robię nic. A znowu na planie dostaję pierdolca i podbijam: mam coś zrobić, to robię dwa razy bardziej. Można się zastanawiać, na ile jestem mężczyzną, a na ile chłopcem. Może ta chłopięca ambicja do pokazania innym, ile się wytrzyma i nie pęknie, to rzecz wstydliwa, ale to jest moje paliwo.

Wojtek Balczun z Chemii, bohater drugiego wywiadu, mówi, że w każdym facecie jest chłopak, który po czterdziestce chce rzucić robotę i zagrać na gitarze...

- Kapitalne! Przed wejściem do świata medialnego miałem najgorszy okres w życiu. A teraz mam 43 lata, a jednocześnie nie mam rodziny, nie mam dzieci i żony. Dochodzą do tego elementy łechcące każdego mężczyznę: rozpoznawalność, popularność, akceptacja ze strony kobiet... to uwodzi.

I jeszcze ci za to płacą.

- Fakt. Zwykle praca polega na tym, że musimy się dostosować do norm, być ostrożni w tym, co robimy. Moja praca polega na tym, że im bardziej złamię normy i bardziej pojadę, tym bardziej moje notowania rosną. Jestem więc nie na drodze do męskości, tylko do bardzo radosnego powrotu do przeszłości.

Sam wymyślasz tematy do "Inicjacji"?

- Nie, wszyscy zaangażowani w program podrzucają pomysły. To grupa mniej więcej 10 osób.

Są rzeczy, których byś nie zrobił?

- Ostatnio przerwaliśmy zdjęcia, dlatego że moje ciało się nie zgodziło. Po prostu odpadłem i karetka zawiozła mnie do szpitala. Nie zdradzę szczegółów, bo pewnie to pokażemy na ekranie. To było dość zabawne. Jadę karetką, pod kroplówką, wjeżdżamy na SOR. Personel reaguje entuzjastycznie, bo to była Bochnia i ja w tym szpitalu właśnie miesiąc wcześniej robiłem odcinek o bezsenności. Byli przekonani, że to też coś do "Inicjacji". Gdy się dowiedzieli, że jestem prawdziwym pacjentem, mieli ubaw po pachy.

OK, ale czy są rzeczy, których tak się boisz, że byś ich nie zrobił?

- Podejrzewam się o lęk wysokości. Gdy pracowałem w Holandii na budowie, to gdy rusztowanie stawało się coraz wyższe, a ja miałem montować barierki, robiłem to na czworaka.

Po co to wszystko robisz?

- Są jakby dwie "Inicjacje". Jedna z tematyką zaangażowaną, gdzie chciałbym pokazać ludziom prawdę, ale i sam się czegoś dowiaduję o rzeczywistości. To na przykład program o bezdomności czy o Ukraińcach szukających pracy w Polsce.

- Powiem ci, że mapa emocjonalna Polaków zaczyna niezbyt dobrze wyglądać. Tematyka uchodźców rodzi dużo złych emocji, podejrzliwości. Dawno tak nie dostałem, jak właśnie po programie o Ukraińcach, tylu negatywnych komentarzy typu: "czemu nie zajmuję się Polakami, którzy też pracują za granicą i też nie widzą swoich dzieci". Nie mogę, bo w "Inicjacji" przeżywam coś po raz pierwszy, a pracę za granicą mam już odbębnioną. Uważam, że powinienem pokazywać los ludzi, którzy w taki sposób żyją w naszym kraju.

A drugi rodzaj "Inicjacji"?

- Szukanie granic możliwości. Tu nie bardzo interesuje mnie świat, tylko ja sam. Opowiadam widzowi, co czuję, gdy na przykład nie śpię przez 50 godzin. I to jest dla widza interesujące. Co czasami mnie dziwi, bo to jednak tylko moje subiektywne odczucia...

Na przykład w odcinku o porodzie.

- Stałem się po tym odcinku idolem kobiet. Może nie idolem... to był taki szacunek podszyty mściwą satysfakcją: "w końcu któryś z was poczuł, jak to wygląda". Bo kobiety mówiły mi, że jak opowiadają swoim facetom o tym, jaki to jest ból, jaki to jest wpierdol fizyczny, to oni reagują w stylu "yhm, aha, taa". Wiesz, uznają, że to taka typowo kobieca skłonność do histerii.

- Dopiero jak na ekranie zobaczyli, jak facet dostaje w dupę, to zapytali: "serio?".

Ale wycofałeś się po ośmiu godzinach. Kobiety nie mogą.

- To prawda. I kobiety mi to zresztą wytykają.

Z drugiej strony, co tam poród. Wiadomo, że najgorsze cierpienia na świecie przeżywa przeziębiony facet.

- (śmiech)

Ale to naprawdę tak bolało?

- Naprawdę.

Nie przesadzałeś?

- Nie, ani trochę.

Po twoim programie będę bardzo uważał na antykoncepcję, żeby nie zafundować żadnej kobiecie takich przejść.

- Jeśli to ma być nauka, to nie jest dobra nauka. Nie to mi chodziło. Raczej o to, żeby z empatią spojrzeć na kobiety. Czeka mnie widzę jeszcze trochę pracy.

A propos pracy. W wywiadach opowiadasz, jak to byłeś na bezrobociu i dostałeś propozycję od TTV, żeby przygotować pomysł na program, i potem już poszło. Ale właściwie dlaczego dostałeś tę propozycję?

- To było coś takiego... prawda jest taka, że wcześniej znałem Lidkę [Lidka Kazen, dyrektor programowa TTV - przyp. red.]. Zadzwoniła, powiedziała, że jej się wydaje, że ja potrafię coś ciekawego wymyślić. I kluczowy cytat: "jeśli uda ci się wymyślić coś fajnego, to będziesz partycypował w zyskach". A ja byłem w czarnej dupie, nie miałem pieniędzy, jeździłem zbierać ziemniaki we Francji i na budowy do Holandii.

- Zaproszono mnie do Warszawy na burzę mózgów. Pierwszy raz byłem w gmachu telewizji, wprowadzili mnie przez te wszystkie bramki, zrobiło to na mnie wrażenie. W salce konferencyjnej siedzieli eleganccy ludzie, wszyscy mieli wypasione cieniutkie laptopy. A ja wyglądałem dość oryginalnie. Teraz dbam o siebie, chodzę do fryzjera, a wtedy nie. O ile pamiętam, to nie miałem zęba. Lidka powiedziała: "a to jest Przemek Kossakowski, nasz człowiek ze wsi". Bo jeszcze wtedy na wsi mieszkałem. Uśmiechnąłem się, obecni zobaczyli brak uzębienia, ale byli uprzejmi, więc też się uśmiechnęli.

Może wpadł im do głowy pomysł na program o bezdomności.

- Ha, ha, ha... być może. Zapłodnił ich mój widok. No, ale świat ruszył. Ci ludzie byli bardzo mądrzy i mieli świetne pomysły, a ja milczałem, bo mam tendencje do rozgadywania się, a nie chciałem im psuć spotkania. Ale w drodze powrotnej przypomniała mi się historia, którą opowiedział mi szwagier przy wódce. O znachorze spod Lublina. Następnego dnia napisałem projekt. Męczyłem się okrutnie cały dzień, bo chciałem odtworzyć ten syntetyczny język ze spotkania w telewizji. Pomysł potem wyewoluował w "Szósty zmysł", ale wtedy się na tyle spodobał, że miałem zrobić dokumentację.

- Nie wyobrażałem sobie, że będę prowadził program. "Partycypację w zyskach" pojmowałem tak, że oni kupią ode mnie pomysł. Gdy dostałem propozycję, by być dokumentalistą, traktowałem to jako ten mój zysk, to partycypowanie. Spędziłem miesiąc w podróży, spotykałem ludzi z kosmosu i jeszcze dostałem za to normalną stawkę, dla mnie to były baśniowe pieniądze. Pospłacałem długi... A że nie do końca wiedziałem, na czym polega praca dokumentalisty, to robiłem rzeczy, które sprawiły, że zostałem prowadzącym. Gdy się okazywało, że uzdrowiciel nie ma klientów, kładłem się i "działaj pan!". Dawałem mu kamerę, żeby filmował, jak na przykład przyczepia mi pijawki. Byłem pewny, że to jest zadanie dokumentalisty. W czasie pokazu w telewizji strasznie to wszystkich rozbawiło.

Fascynowała cię tematyka "Szóstego zmysłu"?

- Fascynowało mnie wyobrażenie o niej.

A rzeczywistość?

- Okazała się inna, byłem nawet trochę rozczarowany. Byłem przekonany, że to będzie świat znachorów, ludowej magii. A okazało się, że to margines marginesu, a większość to certyfikowani bioenergoterapeuci. Swoje wyobrażenie znalazłem tylko na Podlasiu i na Wschodzie. Wiesz, nie mam nic przeciwko bioenergoterapeutom, ale tam znalazłem np. szeptunki, kobiety, które leczą modlitwą. To jest dar, być może, tak jak twierdzą one, dar od samego Boga. Nie ma certyfikatów na szeptunki.

"Szósty zmysł"... a określasz się mianem racjonalisty.

- Bo nim jestem. To jest mój bezpiecznik. Gdybym zobaczył, że ktoś chodzi po wodzie, to bym miał wątpliwości.

Ale kilka razy poczułeś coś niewytłumaczalnego?

- Tak, ale w ciągu dwóch i pół roku, kiedy się tym zajmowałem, poczułem to może pięć razy. Poczułem rzeczy, których zupełnie nie rozumiałem. Ale.... jakby ci to wytłumaczyć... to jakbym z ateisty zmienił się w agnostyka. Przed programem zupełnie nie wierzyłem w to, że istnieje coś poza naszym światem. Teraz dalej nie wierzę, ale jeśli się okaże, że jednak duchy istnieją, to mnie to nie zdziwi.

Wolisz "Inicjację"?

- Tak. Oczywiście ten cykl jest złożony z różnych skrajności, wspominałem o tym. Ale są odcinki, które mówiły o rzeczach ważnych. Jak nie być dumnym, gdy zatrzymują cię ludzie i mówią: "wie pan, zmienił pan moje spojrzenie na bezdomnych". Odczuwam wtedy autentyczne wzruszenie. W dzisiejszych czasach praca w telewizji komercyjnej i robienie czegoś, co zmienia ludzi, co zmienia ich spojrzenie na świat, to jest bardzo rzadki przywilej.

Przepraszam, ale tak mnie naszło: czy ty w ogóle jesteś normalny?

- Hmm, nie wiem, bo żyję poza normą. Nie mam etatu, nie mam kredytu, nie mam rodziny, nie mam planu emerytalnego. Choć w pierwszej chwili chciałem odpowiedzieć, że jestem do bólu normalny. Ale pewnie dla niektórych moje życie to szczyt ryzykanctwa.

Byłeś bezrobotny, teraz prowadzisz program w telewizji. Odbiła ci celebrycka palma?

- Zupełnie inaczej. Przez pierwsze półtora roku byłem święcie przekonany, że to się zaraz skończy, kompletnie nie potrafiłem dysponować pieniędzmi. Zacząłem zarabiać i miałem z tym kłopot. Bo jak nie zarabiałem, to gdy sprzedałem obraz za 1000 zł, to zaczynał się okres udręki, że mi topnieją. Ostatnie 50 złotych wydawałem więc na totalne głupoty, żeby zakończyć męczarnie. I gdy znowu zostawałem bez pieniędzy, odczuwałem ulgę. Nie musiałem się martwić, że mi się skończy kasa, bo już miałem pusty portfel. A gdy zacząłem zarabiać, to pieniądze nie znikały od razu i do tego był stały dopływ. Nie potrafiłem przywyknąć do sytuacji, w której mam pieniądze. Teraz przywykłem i to martwi mnie jeszcze bardziej.

Czyli jednak?

- Nie aż tak, ale niektórych cen nie zauważam. Chociaż ostatnio widziałem fajny T-shirt za 120 zł. Stać mnie, ale nie kupiłem. Nie mogę, nie potrafię zapłacić więcej niż 100 zł za kawałek materiału. Jest więc dla mnie nadzieja.