Ale, jak się okazuje, znany nie wszystkim. Gdy wbiegłem do restauracji (ciut spóźniony, droga z Warszawy do Rzeszowa nie należy do najlepszych), zapytałem kelnerkę, gdzie siedzi Bartosz Kurek, z którym jestem umówiony na wywiad. - Kto? - zdziwiła się kobieta. - Taki siatkarz, wysoki facet - tłumaczyłem. - A, już wiem - odparła i wskazała mi stolik.

Piotr Zabłocki: - Zacznijmy tak: trzy rzeczy, które w sobie lubisz.

Bartosz Kurek: - Które w sobie lubię? Myślałem, że zaczniemy o tego, czego nie lubię. Chyba byłoby prościej.

Mogę obniżyć poprzeczkę.

- Nie! Nie idziemy na łatwiznę. Trzy rzeczy, które w sobie lubię. Dobra. Lubię swoją pracowitość...

...i że jestem przystojny, skromny i mądry.

- Ha, ha, ha, z tego wszystkiego to może skromny.

Ale wrócę: lubię swoją pracowitość. Jak się postawi przede mną zadanie, to z całych sił będę się starał je dobrze wykonać.

Po drugie, lubię swoje poczucie humoru. Nie wiem, czy inni też je lubią, ale ja bawię się ze sobą dobrze.

I jeśli mają być trzy rzeczy... lubię to, że jestem wysoki. Prosta rzecz, banalna, ale nie wyobrażam sobie życia, gdy ma się metr sześćdziesiąt. Przyzwyczaiłem się, że mam głowę ponad wszystkim.

Co jest fajnego w byciu wysokim? Trzy rzeczy.

- Na koncertach nie muszę się przepychać. Zawsze dobrze widzę, co się dzieje na scenie. Na boisku wzrost się przydaje. Poza tym nie muszę wiele robić, by się wyróżniać z tłumu. Zawsze wystaję. Nawet jak byłem dzieckiem, to mama i tata łatwo mogli mnie namierzyć. Teraz znajomi też widzą, gdzie jestem.

Są minusy?

- Niewygodne, bo za krótkie, łóżka w hotelu. Problem z ubraniami - może teraz już mniejszy, ale bywa. Wzrost idzie w parze z rozmiarem buta - trzeba się czasami naszukać. Ale to są rzeczy materialne, to mocno nie przeszkadza. Nie chciałbym być niższy.

No i przeszkadzasz w kinie.

- Nigdy! Zawsze kupuję bilet w ostatnim rzędzie, uprzedzam wszelkie problemy.

A podróżowanie? Nie za bardzo wyobrażam sobie, żebyś wyskoczył ze znajomymi na weekend tanimi liniami...

- Byłoby ciężko. Z podróżowaniem w ogóle jest ciężko. Ale gdy się jest profesjonalnym sportowcem, to trzeba nauczyć się wypoczywać w podróży. Bardzo dużo czasu spędzamy w drodze, więc trzeba być kreatywnym, by znaleźć w miarę komfortową pozycję do spania. Zresztą gdy wsiadam do autokaru, to nieważne, jak jest niewygodnie, zasypiam od razu.

Chętnie bym opanował tę umiejętność...

- Jest do ogarnięcia. Kwestia przyzwyczajenia, przychodzi z czasem. Jak jesteś sportowcem, to albo się tego nauczysz, albo podróże będą odbijały się na twojej formie w czasie meczów.

Furorę w sieci robią zdjęcia siatkarzy śpiących w samolocie na podłodze w przejściu między fotelami.

- To się zdarza dość często. Gdy akurat nie lecimy biznesklasą - choć na ważniejsze turnieje reprezentacja podróżuje w komforcie - to jednak gdy czasami mamy zwykłe miejsca, jest trudno. Wykorzystujesz więc czas, gdy stewardesy rozwożą jedzenie i kładziesz się z tyłu na podłodze. Albo między siedzeniami jakoś się wyciągasz...

Wróćmy do tego, czego w sobie nie lubisz.

- Hmm... nie lubię, że za bardzo się przejmuję. I na boisku, i głupotami, które spotykają mnie na ulicy. Chciałbym mieć grubszą skórę. A tak przejmuję się i mam przez chwilę gorszy humor, a nie lubię mieć gorszego humoru. Czasami oczywiście ten zły humor spowodowany jest porażkami czy bolesnymi komentarzami, ale często przejmuję się za bardzo.
To główna rzecz, którą chciałbym w sobie zmienić.

To wszystko?

- Bo ja siebie lubię.

Dobrze, to teraz inaczej: trzy rzeczy, które chciałbyś mieć.

- Dowolne?

Co ci tylko przyjdzie do głowy.

- Rozumiem. To chciałbym mieć umiejętność spojrzenia w przyszłość. Choćby raz. Żeby zobaczyć przed ważnym meczem, jak się skończy. Albo swoje życie za kilkadziesiąt lat. Chciałbym mieć szczęśliwą rodzinę. I ciekawą emeryturę, bo emerytura sportowców przychodzi bardzo szybko.

Dodam jeszcze czwartą rzecz: chciałbym mieć więcej wolnego czasu, żebym mógł spędzać swój czas, jak chcę, a nie zgodnie z planem dnia i planem treningowym.

Tyle. Resztę mam albo dostaję.

Zaraz, zaraz, ty już myślisz o emeryturze?!

- Tak to nazywamy, emeryturą, choć ta sportowa zaczyna się, gdy masz 35 czy 38 lat. Oczywiście, że się zastanawiam, bo przygoda ze sportem jest ulotna. Jedna kontuzja może zakończyć karierę. Im szybciej sportowiec zda sobie sprawę, że to nie jest wieczne, tym lepiej. Inaczej można się zachłysnąć i obudzić bez kibiców wokół i bez zespołu. I szok. Ale ja sobie z tym poradzę

Ale przypuśćmy, że omijają cię kontuzję. W wieku 40 lat zaczynasz na nowo życie. Większość facetów w okolicach czterdziestki zaczyna wchodzić na wysokie obroty kariery, twoja się wtedy skończy.

- Tego się nie boję. Nie dlatego, że jestem tak ustawiony, że mogę sobie bimbać, bo nie mogę. Ale to będzie kolejne wyzwanie, coś nowego - a ja lubię wyzwania. Zacząłem trenować, gdy miałem 10 lat. Teraz mam 27. Od 17 lat mierzę się z jednym i tym samym, próbuję dojść do perfekcji. Fajna jest ta walka, kocham to, co robię. Ale jeśli za kilkanaście lat czeka na mnie kolejna poprzeczka do przeskoczenia, to super. Zresztą mam kilka pomysłów w zanadrzu.

Masz 27 lat, a ja cię pytam o emeryturę. Dziwne...

- Ze sportowcami wszystko dzieje się szybciej. Wyprowadziłem się z domu, gdy miałem 15 lat, żeby grać. W wieku, gdy rodzice zazwyczaj ogarniają nastolatkom 70 proc. spraw, ja musiałem przejąć codzienne obowiązki, zadbać o siebie.

Powiedziałeś, że chciałbyś mieć więcej wolnego czasu. Jak go teraz spędzasz?

- Mam go bardzo mało, więc spędzam go na odpoczynku. Chciałbym teraz sypać jak z rękawa opisami moich ciekawych hobby. Ale nie mam czasu. Jeśli mam chwilę, poświęcam ją rodzinie. Jadę do rodziców, odwiedzam brata.

Zdarzają się też momenty w trakcie sezonu, że trzeba upuścić pary, wyjść z drużyną do klubu, do baru, na kolację. To pomaga zapomnieć o presji, przez moment jesteśmy jak ludzie, którzy mają normalną pracę.

No i to wszystko, co mogę ci powiedzieć o moim czasie wolnym.

Ok. To w takim razie, jak sobie wyobrażasz czas wolny?

- (śmiech) Że mogę zrealizować każdy swój pomysł. Bo mam ich bardzo dużo. Zainteresował mnie fenomen e-sportu. Profesjonalnego grania w gry komputerowe. Chętnie pojechałbym na jeden z wielkich turniejów gier komputerowych.

Jako widz?

- Tak. Oglądałem w telewizji relacje. Chciałbym to zobaczyć, przeżyć, zobaczyć, jak to jest zorganizowane, jak wyglądają zawodnicy. Mam na to środki, nie mam czasu, żeby to zrealizować. Chciałbym pojechać na igrzyska olimpijskie. Byłem raz jako sportowiec, i jest to fajne przeżycie, ale nie widziałem nic oprócz meczów amerykańskiego dreamteamu. Byłem zamknięty w wiosce. Pojechałbym na igrzyska tak po prostu, popatrzeć. Chcę też pojechać jako zawodnik, ale potem chciałbym prywatnie.

Chciałbym też spędzić fajny weekend, na przykład wyskoczyć do Rzymu. Ale to się na razie nie wydarzy, bo mam mecze.

Rzym jest super.

- Wolny weekend zapewne też.

Zmieniam temat. Uderzyła ci kiedyś woda sodowa do głowy?

- Muszę się zastanowić... Nazwałbym to inaczej: był moment, w którym nie dojrzałem do miejsca, w którym się znalazłem. W 2009 r., gdy wygraliśmy mistrzostwa Europy, zagrałem fajny turniej, popularność dyscypliny i moja podskoczyły. Ale ja miałem 21 lat i nie wiedziałem, jak sobie poradzić z tym sukcesem. Nie mam na myśli imprez, używek czy kasyna. Mam na myśli obowiązek, który sobie narzuciłem, że muszę być o klasę lepszy od wszystkich wokół. I przez to słabo grałem. Po takim sukcesie wydawało mi się, że to wszystko zmieni, że muszę być najlepszy, a to nieprawda. Ale generalnie problemy miałem tylko na boisku, w życiu prywatnym ich nie było. Mam rodziców, którzy nie gryzą się w język, gdy coś jest nie tak.

To pomogło? Pomaga dalej?

- Pomogły wzory, jakie wyniosłem z domu. Widziałem, jak tata reagował po porażce, jak zostawiał to w szatni. Nie przynosił problemów z boiska do domu. W sumie... byłem megaszczęśliwym dzieckiem dwójki sportowców, a często różnie z tym bywa w takich rodzinach. W każdym momencie rodzice byli przy mnie. Dziś też mogę zadzwonić, poprosić o radę, więc tak, to pomaga.

Wracamy do quizu "trzy rzeczy, które...". Najpierw ustalmy, że mogę cię nazywać gwiazdą siatkówki.

- Gwiazda się źle kojarzy w Polsce... Po prostu chodzi o to, że ktoś jest rozpoznawalny.

Czyli możemy powiedzieć, że jesteś bardzo rozpoznawalnym graczem siatkówki.

- Rozpoznawalnym. W Polsce.

Poza granicami pewnie też.

- No nie wiem...

Bez kokieterii! W każdym razie: pięć plusów i pięć minusów bycia rozpoznawalnym graczem siatkówki w Polsce.

- Zacznę od minusów, bo ich nie ma pięciu. Jest jeden, malutki. Czasami ma się ochotę na pełną prywatność, nie myśleć, czy ktoś właśnie robi zdjęcie. Reszta rzeczy mi nie przeszkadza.

A plusy?

- Plusem jest to, że kibice siatkówki w Polsce są bardzo dobrze wychowani i bardzo sympatyczni. Nawet po przegranym meczu na ulicy można usłyszeć: "trudno, następnym razem będzie lepiej", a nie jakieś nieprzyjazne komentarze.

Drugi plus: zdarzyło mi się, że załatwiłem szybciej paszport, bo urzędnik był kibicem.

Wielki plus to liczba kibiców. Granie przy pustych trybunach, robienie czegoś, czym nikt nie jest zainteresowany, to średnia przyjemność.

W Polsce jest fajna frekwencja.

- Nigdzie na świecie siatkówka i siatkarze nie są tak popularni! Choćby to, co się dzieje tutaj, w Rzeszowie. Karnety wykupione na cały sezon, a dostać bilet na mecz jest bardzo ciężko. Nawet teraz, gdy gramy słabo.

Z czego wynika ta wyjątkowość Polski?

- Klub w mieście to coś, z czego miasto jest dumne, więc klub ma większe możliwości. Inaczej niż we Włoszech, gdzie oprócz siatkówki jest piłka nożna. Na drugą i trzecią ligę przychodzi więcej ludzi niż na siatkówkę. Dynamo Moskwa to jest w naszym odczuciu wielki klub, ale w Rosji on jest za hokejem, koszykówką, piłką nożną i multum inny sportów. A w Polsce kluby siatkarskie są chlubą miast.

Sezon spędzony w Rosji miałeś kiepski.

- Teraz traktuję to jako naukę. Jestem zadowolony, że tam pojechałem. Popełniłem mnóstwo błędów, pod względem sportowym i mentalnym. Wcześniej myślałem, że klub powinien trochę więcej dla mnie zrobić. Teraz widzę, że dużo winy było po mojej stronie. Nie boję się do tego przyznać. Teraz zrobiłbym wiele rzeczy inaczej, poradziłbym sobie lepiej.

Znowu quiz. Trzy momenty w życiu, z których jesteś wyjątkowo dumny.

- Muszę się poważnie nad tym zastanowić... Pierwszy moment, z którego jestem dumny i będę o nim opowiadał dzieciom, to jak pierwszy raz zagrałem poważny mecz siatkówki. Fajnie poradziłem sobie, byłem w zespole z tatą, grałem z czołowymi siatkarzami w Polsce. Miałem 16 lat, a znalazłem swoje miejsce w grupie, potrafiłem rywalizować i jestem tego bardzo dumny.

Druga rzecz to odznaczenia państwowe, które dostaliśmy jako zawodnicy reprezentacji. Zawsze myślałem, że to urzędowe i mało ważne. Ale nie, kiedy dostajesz odznaczenie od prezydenta czy premiera... Kurczę, zrobiłem coś dla mojego kraju i zostałem odznaczony!

A trzecie miejsce rezerwuję, by powiedzieć dzieciom i wnukom, że to z nich jestem bardzo dumny.

Trzy momenty w życiu, które rozegrałbyś inaczej?

- Było kilka takich sytuacji w życiu prywatnym, ale o tym mówić nie będę. A z rzeczy sportowych... Inaczej rozegrałbym tę Rosję. Chciałbym też mniej emocjonalnie podchodzić do siatkówki, gdy coś mi nie wychodzi, gdy trzeba coś powtórzyć... To chyba wszystko...

E... nie wierzę. Musze cię docisnąć o to mistrzostwo świata, które zdobyła Polska w 2014 r., ale bez ciebie...

- W złym momencie pytasz. Rok temu miałbyś emocjonalną reakcję, teraz gadasz z gościem, który sobie już wszystko poukładał w głowie.

Jak?

- Uważam, że to miało na mnie dobry wpływ.

Taki zimny prysznic?

- Tak. Kopniak w tyłek. Do tamtego momentu, nawet gdy miałem słabszy sezon w Rosji, nigdy nie dostałem po tyłku od siatkówki. A wtedy mieliśmy pierwszą kłótnię i to dość ostrą, talerze latały. To też było ważne doświadczenie. Zobaczyłem, jak bardzo lubię grać w siatkę, ale też ile potrafi sprawić mi bólu. Ale w złym momencie gadamy, bo jestem z tym już pogodzony.

Rozumiem, chociaż to było jakieś zwieńczenie złotego okresu polskiej siatkówki...

- Nie, nie, absolutnie nie. To nie było moje zwieńczenie. Dla chłopaków, trenera - owszem, ale nie dla mnie.

A dało ci to jakiegoś kopa? Masz głód olimpiady?

- Nie, nie można w ten sposób myśleć. Bo to stwarzanie sobie presji. Jeśli pojedziemy na olimpiadę, to zrobię wszystko, żeby zdobyć złoty medal. Ale po drodze jest mnóstwo rzeczy, których nie kontroluję, zdrowie, wybory trenera. Nie biorę na siebie tego ciężaru. Ale pieczątka na koniec mojej kariery, mój stempel jakości jeszcze przyjdzie.

Zaglądasz w 2050 r. do Wikipedii i co czytasz pod hasłem "Bartosz Kurek"?

- Marzenia? To na maksa. Chciałbym, żeby tam było napisane, że Bartosz Kurek to wielokrotny reprezentant Polski, mistrz świata, zdobywca złotego medalu na igrzyskach olimpijskich, zdobywca ligi mistrzów. A resztę mam. Gdybym te trzy trofea dołączył do swojej kolekcji, to byłbym spełniony pod względem sportowym. I chciałbym, żeby ten licznik występów w reprezentacji był wysoko, między Piotrem Gruszką a Pawłem Zagumnym, żeby stanąć w jednej linii z moimi kolegami. Jak już marzyć, to czemu nie. Potrzeba do tego dużo szczęścia, ale nie jest to niemożliwe.

 

Dzień z życia Bartosza kurka
Zanim wstanie, pod drzwi mieszkania trafia catering dietetyczny: gotowe posiłki na cały dzień. Pobudka o godz. 8, potem śniadanie. O 10 zaczyna się trening na siłowni, trwa 2-2,5 godziny. Potem lekki posiłek, drzemka i znowu posiłek. Po obiedzie chwila relaksu, najczęściej z książką. Popołudniowy trening siatkarski zaczyna się około 16.30, trwa co najmniej dwie godziny. Po treningu zajęcia z fizjoterapeutami lub zimna kąpiel. Potem przygotowanie do meczu: rozpracowanie przeciwnika, oglądanie nagrań z meczów. Powrót do domu, kolacja z cateringu, chwila relaksu i najpóźniej o północy - łóżko, tak by przespać osiem godzin.